poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Rozdział 27: Niepokojące efekty


Wyszłam na pole. Było mroźno jednak mi to nie przeszkadzało. Było mi ciepło wręcz gorąco. Ciekawe co Tony chce mi pokazać i czego chce mnie nauczyć. Sądzę, że mogę sobie nie dać rady, ale czemu by nie spróbować? 
Pojawił się Tony w zbroi. Nic się nie zmieniła, czerwona ze złotymi elementami. I na środku kształt implantu, tym samym broń czyli repulsor. 
Zaczął padać śnieg. Spojrzałam w niebo. Jak cudownie patrzeć na taką pogodę kiedy jest Ci gorąco. Ciekawe co będzie w lato, może być problem. Cóż zamknę się w zbrojowni tam zawsze było chłodno w upalne dni. 
Tony odsłonił twarz. I te jego oczy. Niebieskie, teraz wręcz stalowe patrzyły na mnie jakby chciały mi coś powiedzieć. Gdyby mówiły usłyszałabym: tęskniłem. Może się myliłam ale z tego co powiedział mi Tony w zbrojowni tak wynikało. 
- No to od czego zaczniemy? - chciałam przerwać ciszę. 
- Może na początek spróbuj mnie uderzyć. 
Czy on oszalał? Chce żebym znowu wylądowała w szpitalu tym razem z otwartym z łamaniem? Chociaż nie wiem czy byłoby co ratować przecież to tytanowa zbroja... Nie miałabym ręki. Co z tego, że jestem silna ale nie aż tak. 
- Zwariowałeś? Chcesz żebym straciła rękę?! - wrzasnęłam na niego.
- Pepper nic ci się nie stanie. 
Ja zamiast zaprotestować, zdenerwowałam się i uderzyłam go pięścią w brzuch. Zanim zorientowałam się co się stało, Tony leżał kilka metrów dalej i nie dawał znaków życia. Leżał bez ruchu. Czym prędzej do niego podbiegłam. Nie zdążył zasłonić twarzy, widziałam jego zaskoczoną minę. Nie wiedziałam, że mam aż tyle siły! 
- Tony! Nic ci nie jest? Bolało cię coś? 
Spojrzałam na jego brzuch i klatkę piersiową. Nie było widać żadnego wgniecenia. Całe szczęście, chociaż to i tak było destrukcyjne. 
- Nic mi nie jest. - odpowiedział po chwili namysłu. - Nie wiedziałem, że masz aż tyle siły. Może teraz spróbujesz być nie widzialna i zaatakujesz? 
- Chcesz żebym cię zabiła czy co? - spojrzałam na niego jak na wariata.
- Nie, jestem w zbroi nic mi nie zrobisz. 
Westchnęłam z żalem. Oby tylko nie wynikło nic złego z tego. 


~*~


Postanowiłem, że wrócę do zbrojowni do Tony'ego i Pepper. Ciężko było mi uwierzyć w to co przekazała nam rudowłosa ale nie miałaby po co kłamać. One już nie żyją nie wrócą. A ja jednak wciąż za nią tęsknię. Tak, żeby nie czuć tego bólu, który nam zadała nie wypowiadam jej imienia. Ale czy to właśnie mi nie zadała największego ciosu? Prosto w serce. Muszę się ogarnąć i o niej zapomnieć, użalanie się nad sobą nic nie da. W końcu to ona chciała nas wykończyć. A mimo to wciąż za nią tęsknię. 
Wyszedłem na pole i zobaczyłem jak Tony walczy. Nie wiedziałem jednak z kim bo nie widziałem tej osoby. Może po prostu ćwiczy sam ze sobą? 
Jednak sytuacja wyglądała inaczej. Ktoś podniósł Tony'ego. Wiedziałem to bo nie miał włączonych silników. Przez chwilę trzymał go w górze a później rzucił o jakieś dziesięć metrów dalej. Cholera!
Czym prędzej biegłem do niego jednak dalej nie widziałem przeciwnika. Po chwili wszystko stało się jasne. 


~*~

Zobaczyłam Rhodey'ego, który biegł do Tony'ego. Sama to robiłam tylko on nie mógł mnie zobaczyć bo stałam się niewidzialna. Chyba trochę przesadziłam. Znokautowałam Iron Man'a! 
Podbiegłam do Tony'ego nad, którym stał już Rhodey. Czarnowłosy odsłonił maskę.
- Pepper... 
Przestałam być niewidzialna, znów byłam widoczna. Rhodey przestraszył się. Najwidoczniej nie spodziewał się, że to ja. 
- Tony! Nic ci nie jest?! - zapytał Rhodey. - Co wy wyprawiacie?
- To ja jej kazałem. Chciałem sprawdzić co z nią zrobiłem. - odezwał się Tony, który powoli wstał. - Jesteś silniejsza ode mnie... A ty nie masz zbroi. 
- Wiem, jestem niewidzialna i mogę wszystkich parzyć. 
- Parzyć? - spytał czarnoskóry.
Dotknęłam jego ramienia. Tym razem starałam się kontrolować to aby go nie poparzyć. Chyba zrozumiał o co mi chodziło. 
- Nieźle, możesz wszystkich ogrzewać.
- Nie poparzyłaś go? - spojrzał na mnie Tony.
- Nie, kontrolowałam to. Tony więcej już nie próbujmy. - westchnęłam. 
- Ona ma rację, gdyby ktoś jeszcze to zobaczył. - potwierdził Rhodes. 
- Dobrze, jak na razie koniec.
Westchnęłam po raz kolejny tym razem z ulgą. 
- Chciałem sprawdzić jeszcze jedno. Jesteś w stanie stopić moją zbroję? 
Czy on do cholery zwariował? 
- Daj jej jakąś starą część a nie zbroję, chłopie! - złapał się za głowę Rhodey.
- Zgoda, niech będzie.
Już miałam iść w stronę zbrojowni kiedy zauważyłam porozumiewawcze spojrzenia chłopaków. Zignorowałam to i ruszyłam przed siebie. Jednak nie dane było mi iść bo poczułam jak czyjeś dłonie mnie oplatają i wzbijamy się w powietrze. Tony! 
- Co ty wyprawiasz? 
- Będzie szybciej. 
Nie odezwałam się już bo po chwili byliśmy już w zbrojowni. Byłam cała mokra od tego śniegu. Kilka razy wylądowałam na białym puchu. Kazałam Tony'emu puścić wszelkie hamulce. Mimo to jednak on dalej miał jakąś blokadę. Cóż może i lepiej w zbroi ma więcej możliwości. Oczywiście przecięłam sobie policzek nie wiem jakim cudem. Gdy Tony to zobaczył zaczął mnie przepraszać. Chciałam to teraz obejrzeć ale kiedy sięgnęłam po lusterko niczego nie zobaczyłam. Dziwne. 
W tym czasie Tony szukał jakiejś starej części. Po chwili przyniósł mi ją a ja zabrałam się do roboty. Skupiłam się i przyłożyłam rękę do kawałka. Po chwili zaczął się lekko przetapiać. Natychmiast odpuściłam. 
- Co ja z tobą zrobiłem. 
Nie to chciałam usłyszeć. Uratował mi życie, więc o co mi chodzi? To, że mam jakieś zdolności nie oznacza, że zaraz wszystkich pozabijam. 
- Uratowałeś mi życie. A te umiejętności to nic. Teraz już nikt mi nic nie zrobi. 
- Gdzie masz ranę? 
- Nie mam... Zniknęła. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. 
- Pepper. Muszę przeprowadzić skan. - widząc moją minę dodał. - To ważne.
Zrobiłam minę jakbym miała od tego umrzeć i westchnęłam ciężko. Żadnego skanu nie będzie, o nie! Po moim trupie! Niech mnie najpierw znajdzie jeśli tak bardzo tego chce. Stałam się niewidzialna i już po chwili zbierałam swoje rzeczy z kanapy. Tony na początku nie zrozumiał co się stało. Postanowiłam go zmylić. Podeszłam pod drzwi od zbrojowni i wyszłam. Oczywiście tylko z jego perspektywy tak wyglądało. Ja zostałam w środku. Nie wiem jak to się stało, ale gdy dotknęłam moich ciuchów stały się przezroczyste. Fajna sprawa, najwidoczniej czego nie dotknę to robi się niewidzialne.
Tony oczywiście był bardzo zły ale w tej chwili mnie to nie obchodziło. Musiał przestać świrować, to wszystko przez tą substancję. Gdyby nie ona leżałabym w śpiączce albo dawno kopnęła w kalendarz. Rozumiem, że się martwi ale teraz już nie ma o co. Dla niego jest ważne to czy nie stanę się maszyną do zabijania a nie to, że żyję!
To naprawdę przykre kiedy przyjaciel... Zaraz przyjaciel? Czemu ja tak o nim myślę. Czułam coś do niego to niewątpliwe, ale czy mogłam go nazywać kimś więcej niż tylko przyjacielem? Właściwie co ja sobie wyobrażam? Może on niczego nie chce? A właściwie to czego chciałby chcieć ode mnie? Jest Tony'm Starkiem, przystojnym bogaczem i skrywa tajemnicę, która każdego zastanawia. Bo on jest Iron Man'em i choćby wydawało się, że jest zepsutym do szpiku kości dzieckiem bogatego tatusia to jednak on nie potrafi przejść obojętnie kiedy innym dzieje się krzywda. Właśnie dlatego go kocham. Bez wątpienia muszę się w końcu do tego przyznać. Zrozumiałam, że chciałabym być dla niego wszystkim... Ostoją, spokojem, radością, muzą, przyjaciółką, kobietą a przede wszystkim dać mu miłość. Czułam coś już wcześniej przed moją ,,śmiercią"*, kiedy przez przypadek mnie dotknął albo spojrzałam w jego oczy. Dopiero ten wypadek uświadomił mi, że mogę stracić wszystko.
Nawet nie zorientowałam się kiedy Tony założył zbroję i wyleciał przez otwór. Nie wiem czy poleciał mnie szukać czy może ochłonąć. Może odezwał się jakiś alarm? Sprawdźmy to.
Podeszłam do komputera i faktycznie coś tam było. O cholera! Jakaś nieznana sygnatura w okolicy centrum. To musi być Mandaryn. Usiadłam przy fotelu i włączyłam system. Widziałam wszystko oczami Tony'ego. Leciał w samo centrum walki. Okazało się, że Mandaryn specjalnie wywołał zamieszanie bo wiedział, że zjawi się tutaj Iron Man.
- Wiedziałem, że przylecisz. Jak Pepper? Słyszałem, że ma się cudownie! - słychać było drwinę w jego głosie.
Prychnęłam pod nosem. Zapomniałam jednak, że dźwięk nie jest wyłączony i Tony może wszystko usłyszeć. Na wszelki wypadek wyłączyłam komunikacje między zbrojownią a pancerzem.
- Ty gnoju! Wszystko twoja wina! - wrzasnął Tony.
Rozumiałam jego rozpacz. Przeze mnie zmieniło się cale jego życie, przynajmniej z kilku ostatni miesięcy. A wszystko zaczęło się od tego feralnego wypadku. Uratował mnie, zawdzięczam mu życie. Te ostatnie trzy miesiące można nazwać ,,W pogoni za Ekstremis".
- Prawie ją zabiłem. Wiedziałem, że uderzę w twój czuły punkt. Ale ty Stark jesteś geniuszem, nie doceniłem cię. Dzisiaj naprawdę dala ci radę bez większego trudu.
Co? Skąd on wiedział, że walczyłam z Tony'm? Cholera, on nas śledzi... Kto wie, może zna kod do zbrojowni?
- Skąd ty to wiesz?
- Obserwuję was, czasami, A raczej, Pepper ostatnio się bardzo zmieniła, przez to co jej podałeś. Z każdym dniem coraz piękniejsza.
Po tych słowach Tony ostro się wkurzył. Nie miał zamiaru odpowiadać więcej na zaczepki Mandaryna. Zaatakował go. Strzelił z repulsorów. I tak rozpętała się prawdziwa walka. Byłam w pogotowiu, bo wiedziałam, że Tony może sobie nie dać rady. Kto wie do czego ten wariat był zdolny. I miałam rację. Już po chwili rozpętała się prawdziwa burza. Tony ledwo dawał sobie radę, a poziom naładowania implantu w dalszym ciągu malał. Zaczęłam z nerwów ściskać pięści. Mandaryn był bardzo silnym przeciwnikiem, atakował Iron Man'a pierścieniami, których miał aż pięć. Jeden z nich pozwalał mu się teleportować, drugi pozwalał używać ognia, w końcu przestałam zwracać uwagę na Mandaryna, tylko na Tony'ego. Jakoś dawał sobie radę jednak oberwał dość mocno i zaczął lecieć w dół. Na ekranie pokazały mi się uszkodzenia zbroi, oraz niski poziom energii. Postanowiłam działać. Włączyłam zdalne sterowanie zbroją i próbowałam zgubić Mandaryna. W tym samym czasie przyszedł Rhodey, który zobaczył jak bardzo jestem przerażona podszedł do mnie i spytał.
- Pepper, co się dzieje?
Jednak nie czekał na odpowiedź tylko spojrzał na ekran.
- Zakładam zbroję i lecę pozbyć się tego gościa. Ty w tym czasie sprowadź Tony'ego bezpiecznie do zbrojowni.
Jednak okazało się to nie potrzebne. Tony przejął kontrolę nad zbroją, uderzył Mandaryna całą mocą i resztkami sił przyleciał do nas. Wylądował. Kiedy zbroja się otworzyła czarnowłosy padł jak długi na ziemie. Razem z Rhodey'm przenieśliśmy go na kanapę. Podłączyłam ładowarkę do implantu i teraz pozostało nam tylko czekać.

~*~

Godzinę później

Tony powoli otwierał oczy. Siedziałam nad nim cały czas bo dopadły mnie wyrzuty sumienia. Gdybym nie uciekła to może bym go powstrzymała. Ale będzie wkurzony, już to czuję. Rhodey w tym czasie poszedł do sklepu bo jak zwykle jest nienażarty! A mnie zostawia z tym wszystkim samą. 
- Co się stało? - spytał Tony patrząc na mnie.
- Mandaryn. 
Wystarczyło jedno słowo a ja widziałam, że zaraz wybuchnie. 
- Czemu uciekłaś?! - krzyknął. - Ja to robię wszystko dla twojego dobra a ty sobie to lekceważysz! 
- Przesadzasz! Nic mi nie jest! To była tylko zwykła rana... Zrozum, że tej dawnej słabej Pepper już nie ma. Jestem silna, niewidzialna, parzę na zawołanie i szybciej się regeneruję. 
- Właśnie, nie ma jej... daj mi przeprowadzić ten cholerny skan i będziesz miała spokój.
- Niech ci będzie. - wywróciłam oczami.
Po chwili było już po wszystkim. Okazało się, że oprócz tych wszystkich zdolności może pojawić się telekineza. Byłam w stu procentach zdrowa, miałam podwyższony poziom regeneracji. To znaczy, że jeśli ktoś zraniłby mnie nożem - oczywiście lekko - to nie będzie po tym śladu. Taka cząstka nieśmiertelności. 
- To nie jest od Ekstremis. Tam nic takiego nie pisało...
- Tony skąd możesz to wiedzieć? Może na każdego reaguje to inaczej.
- Sugerujesz, że mój ojciec nie odkrył wszystkich efektów ubocznych?
Oho, temat ojca Tony'ego był drażliwy, tyle sama zdążyłam zaobserwować. Co tu teraz powiedzieć żeby nie rozpętać niepotrzebnej kłótni?
- Ja nic takiego nie powiedziałam, sugeruję tylko, że tak naprawdę nie znasz do końca właściwości tej substancji.
Po tych słowach chłopak trochę się opanował. Chyba zrozumiał, że każdy ma prawo wyrazić swoje zdanie, zwłaszcza, że to na mnie przetestował tą substancję. Wiem, nie powinnam tak mówić, ale taka jest prawda. Nie mam do niego żalu, w końcu dzięki niemu znów mogę podziwiać świat. Który przyjaciel by się tak poświęcił? Żaden. Ale Tony to wyjątkowy człowiek o wielkim sercu.
- Przepraszam, jestem po prostu zły. Chciałem rozprawić się z nim raz na zawsze, ale mi nie wyszło.
- Tony, nie zadręczaj się tak wszystkim. On cię sprowokował...
Niepotrzebnie to powiedziałam, bo chłopak zorientował się, że coś jest nie tak. Myślał chyba, że Rhodey po mnie zadzwonił.
- Byłaś tutaj cały czas?
- Yy... no tak.
- Pepper! Nie nadużywaj swoich zdolności tylko po to aby się przede mną ukryć!
- Przepraszam, ale nie bądź taki nadopiekuńczy, ja nie umieram.
- Fakt, ale samokontrola się liczy. - odparł Tony z rozczarowaniem.
Postanowiłam, że jednak go posłucham dla dla świętego spokoju. Wiem, że ma rację, ale Pepper Potts słucha samej siebie. Może dlatego pakuje się w ciągłe kłopoty?
Co zrobić... Przecież ja wcale nie robię tego specjalnie, taka już moja natura. Z drugiej strony lubię gdy w moim życiu dużo się dzieje. W sumie to nie raz sama prowokowałam niepotrzebne kłótnie, sytuacje. Najczęściej zdarzało się to w szkole. Starcia z nauczycielami, a później dywanik u dyrektora. Teraz wcale nie będzie lepiej. Muszę zacząć nad sobą panować, przecież Tony nie chce mojej krzywdy.
- Przepraszam. Ciężko mi, to nowa sytuacja. Zrozum, że nie wiem jak mam się zachować.
- Rozumiem, Pep. - mówiąc to uśmiechnął się do mnie.
Chyba nigdy tak do mnie nie mówił. Tak zdrobniale i z takim uśmiechem. Promiennym, szerokim. Właśnie takiego Tony'ego lubiłam najbardziej, to w nim się zakochałam. Sama się teraz uśmiechałam tak o nim myśląc. Oby wszystko było dobrze. Tylko ten cholerny Mandaryn nie daje nam spokoju. Mam nadzieję, że wszystkie nasze kłopoty znikną. Niepokoi mnie ten sms od Mandaryna. Może powinnam mu odpisać żeby dał nam spokój? Tak, to chyba nie jest taki zły pomysł. W końcu to tylko jedna wiadomość. Zrobię to później, bo Tony może coś zauważyć. A tego bym nie chciała, znowu zacząłby robić wszystko by go odnaleźć i zniszczyć. Dzisiejsza akcja mogła skończyć się tragedią. Tony ma słabe serce, nie mogę dokładać mu zmartwień. Wystarczy, że chroni nas wszystkich. Skoro ja jestem super silna i niewidzialna, mogę to wykorzystać. Przynajmniej będę jakoś mogła obronić się przed Mandarynem. To naprawdę ważne.
- Tony, muszę wyjść tata mnie potrzebuje.
- Tata? To on nie jest w pracy?
Właściwie czemu go kłamie? Dlaczego tak powiedziałam? To dziwne, ale to chyba jedyna wymówka jaka przyszła mi do głowy. Tak naprawdę chciałam wysłać sms'a i odpocząć w domu. Trochę ciszy mi nie zaszkodzi, wręcz przeciwnie ukoi nerwy. Tony chyba mi uwierzył, bo już po chwili wychodziłam ze zbrojowni. Odpisałam Mandarynowi żeby zostawił nad w spokoju. Wątpię, że posłucha ale zawsze można spróbować.
Niedługo później byłam w domu. O dziwo zastałam też ojca. Był tylko na chwilę po jakieś ważne dokumenty. Nawet nie zapytał mnie jak się czuje, jak było wczoraj na balu. Cóż, chyba nie przejmuje się mną aż tak bardzo, jak inni ojcowie o swoje dzieci. Przykre, jednak da się przywyknąć. Nie ukrywam, że czasami sprawiało mi to ból. Jestem silna, wielokrotnie radziłam sobie w takich sytuacjach. Teraz też tak będzie.




Nowy rozdział już jest! Komentujcie, przyjmę każdy rodzaj krytyki. 
Pozdrawiam.




czwartek, 28 lipca 2016

Rozdział 26: Ta jedna noc




Impreza miała miejsce w budynku jednego z lepszych hoteli Nowego Jorku. Sala przystrojona była w podobny kolor do mojej sukienki, z sufitu zwisały sztuczne płatki śniegu, a na parkiecie gdzie nie gdzie była rozrzucona imitacja białego puchu. Wszystko to wyglądało bajecznie. Stoliki przystrojone białymi obrusami i do ozdoby mini rzeźbami z lodu.
Jak się okazało Rhodey już czekał na nas przy jednym ze stolików. Tak samo jak Tony był ubrany w czarny, elegancki garnitur.
- Wow, Pepper. Wyglądasz świetnie.
Zaśmiałam się tylko i spojrzałam na Tony'ego, który przez chwilę patrzył na Rhodey'ego tak jakby miał go udusić. Zdziwiłam się, o co może mu chodzić? Zawsze mieli dobry kontakt, przecież znali się od dziecka. Wydaje mi się, że dużo się zmieniło jak mnie nie było. Może trzeba o tym porozmawiać? Nie chcę żeby ich przyjaźń się rozpadła.
- Tony, wszystko w porządku? - spytałam nachylając się do niego.
Nie odpowiedział mi przez dłuższą chwilę. Patrzył tylko na mnie tymi swoimi pięknymi, niebieskimi oczami, które mnie zahipnotyzowały. Nie wiem kiedy to się stało, ale nasze usta zaczęły się do siebie zbliżać. Dzieliły nas milimetry, prawie stykaliśmy się nosami. W porę oprzytomniałam. Chrząknęłam wstałam i poszłam na parkiet. Nie ukrywam, przestraszyłam się. Ale dlaczego stchórzyłam?


~*~


Nie mogłem znieść tego, że ktoś oprócz mnie powiedział jej, że ładnie wygląda. To prawda, ale... Czy ja jestem zazdrosny? I ta chwila zapomnienia. Co ja właściwie chciałem zrobić? Pocałować ją? Zatraciłem się w jej brązowych oczach, które zawsze w jakiś sposób mnie przyciągały. Najbardziej zdziwiła mnie jej reakcja. Zachowała się tak jakby nic się nie stało. Może nic więcej dla niej nie znaczę? Teraz kiedy się zmieniła, kto wie czy nie zmienił się jej sposób myślenia i postrzegania wszystkiego?
Nie odpuszczę tak łatwo. Może zbiorę w sobie na tyle odwagi aby powiedzieć jej co czuję. W końcu jest bal, to jedyna taka noc. Szukałem Pepper wzrokiem. Tańczyła z jakimś chłopakiem w żółtych okularach. Miał czarne włosy, ubrany był w garnitur. Kto to jest? To pewnie ten nowy uczeń. Tylko jak on się nazywał... Gene? Chyba tak. Nie ukrywam, poczułem jak moje serce zaczyna mocniej bić. Nie chciałem się przyznać, ale byłem cholernie zazdrosny. W końcu Pepper to najładniejsza dziewczyna jaką dane mi było spotkać.
Poczekałem aż ten debil w żółtych okularkach odejdzie od niej. Kiedy tak się stało, zerwałem się z krzesła i podszedłem do niej.
Bez żadnego pytania porwałem ją w ramiona. Miałem takiego pecha, że akurat włączyli trochę wolniejszą nutę. Chociaż ja wiem? Czy to pech?
- Kto to był? - nie mogłem utrzymać języka za zębami.
- To Gene. Nowy uczeń...
- I już z nim tańczyłaś? Skąd on cię w ogóle zna? - nie ukrywam, zacząłem się robić trochę podejrzliwy.
Po ostatnich zdarzeniach obiecałem sobie, że nie pozwolę aby po raz kolejny cierpiała. Choćby nawet kosztem mojego zdrowia.
- Przypadkiem. Coś nie tak? Wydajesz mi się jakiś... co najmniej dziwny.
- Wydaje ci się. Jestem po prostu ostrożny.
- Ostrożny, bo myślisz, że się wygadam o Iron Man'ie? Albo, że zobaczy,  że coś ze mną nie tak?
Poczułem jak moje ramię zaczyna mnie piec. To chyba od gorąca.  Pepper musiała się zdenerwować i tak jakby... Nie chcący zaczęła wydzielać większe ciepło.
- Uspokój się.  Patrzysz..
Spojrzała na mnie przestraszona. Chyba nie była tego świadoma.
- Mój boże! Przepraszam.
- Mówiłem ci, że ten bal to nie jest dobry pomysł... Powinienem przeprowadzić badania, sprawdzić czy nie zaszły w tobie jakieś poważniejsze zmiany..
- Świetnie! Czy ty chociaż raz możesz się przestać przejmować? Daj mi się cieszyć życiem...
Powiedziawszy to zwyczajnie odeszła. Tak po prostu w środku piosenki. Kiedy zorientowałem się, że stoję jak głupi na parkiecie kiedy wszyscy tańczą, podszedłem do naszego stolika.
Szukałem jej wzrokiem, niestety nigdzie jej nie widziałem. Czy ona nie może zrozumieć, że się martwię? Jeśli coś będzie nie tak urwę sobie głowę...
Gdzie mam jej szukać? Może jest gdzieś z Rhodey'm. Usiadłem przy stoliku i czekałem, aż któreś z moich przyjaciół wróci. Minęło piętnaście minut, siedziałem razem z Rhodey'm. Nadal nigdzie nie widziałem Pepper. Zacząłem się martwić. Dałem znać przyjacielowi, że zaraz wracam. Udałem się na poszukiwanie rudowłosej.


~*~


Siedziałam sobie na dachu budynku. W sumie bycie innym nie jest takie złe. Jest środek zimy a mi jest gorąco. Bez problemu wyszłam na dach, chyba nie mam już lęku wysokości. I jestem super silna w dodatku gdy się wkurzę to parzę. A właśnie Tony. Czemu on się tak wszystkim przejmuje? Żyję, nic mi nie jest! Chyba muszę w coś walnąć... to jest dobry pomysł? A jak coś rozwalę? Chyba się jednak muszę troszeczkę hamować... Może być ciężko.
Usłyszałam kroki. Ciekawe kto to. Obejrzałam się i zobaczyłam Tony'ego. No super, znowu przyszedł mi prawić kazania?
- Jeśli przyszedłeś mi  mówić jaka to jestem chora i umierająca to od razu mówię, że nie chce tego słuchać.
- Słuchaj to nie jest śmieszne! Mogłaś umrzeć! - warknął Tony.
Wstałam i spojrzałam na niego. - Ale żyję!
- Żyjesz, ale to nie znaczy, że masz się przemęczać!
- Co ja takiego robię? Tylko tańczyłam, nie jesteś moim ojcem żeby mi nawet tego zabronić! - wrzasnęłam na niego i z nerwów przeczesałam swoje włosy, wydawało mi się, że stają się jeszcze dłuższe.
- Pepper... Ja cię wcale nie chce krytykować. To zwykła troska... To nie tobie śni się po nocach jak spadasz... Czasami w ogóle nie śpie, nie chce widzieć tego po raz kolejny...
Nie wiedziałam, że on aż tak to przeżywa. Muszę mu opowiedzieć co się działo po drugiej stronie. O ile jeśli tak to można nazwać. Jeśli w ogóle to się tak nazywa. Zdecydowałam, że nie będę się z nim kłócić, a jutro opowiem mu co widziałam.
- Ja nie wiedziałam, że tak to przeżywasz... Tony, nie kłóćmy się, chodźmy się bawić. Potraktujmy to jako rekompensatę za stracony czas.
O dziwo posłuchał mnie. Spojrzał na mnie już trochę bardziej radośnie niż przed chwilą. Zeszliśmy na dół i zaczęliśmy tańczyć. Byłam szczęśliwa, zatraciłam się w oczach Tony'ego. Tańczyliśmy bardzo długo, w ogóle nie odczuwałam zmęczenia a tym bardziej jakichkolwiek zmartwień. Jednak nie spodziewałam się co będzie działo się za kilka dni. 


~*~


Zbliżała się północ. Razem z Pepper świetnie się bawiliśmy. Nie wiadomo kiedy skończy się bal, podejrzewam, że bardzo późno nad ranem.
Postanowiłem trochę odpocząć ze względu na moje serce, przez, które poczułem się trochę słabiej niż zwykle. Pepper oczywiście to zauważyła i kazała mi usiąść. Nie chciałem się jej sprzeciwiać, teraz to tak jakby ona rządzi. Poza tym jest silna i jak się złości to parzy. Oj będzie ciężko jak wróci do szkoły.
- Tony może chcesz coś pić? Jak implant? Ładowałeś go w ogóle, czy znowu lecisz na rezerwie?
Jednego jestem pewien. Gadulstwo rudowłosej nie uległo zmianie. Uśmiechałem się jak głupi do sera. Moja Pepper.
- Jedno się w tobie nie zmieniło, dalej nie przestajesz zadawać tylu pytań na raz. - mówiąc próbowałem powstrzymać się od śmiechu widząc jej minę. - Wszystko jest w porządku, implant ma 80%, wystarczy na całą noc.
- Jesteś pewien? Ale masz ze sobą ładowarkę?
Oczywiście, że nie miałem. No cóż, muszę powiedzieć jak jest. Nie jestem kaleką żeby się co chwilę ładować, dam radę.
- Nie mam, nie jest mi teraz potrzebna.
Pepper westchnęła z żalem. - Obiecaj, że jeśli coś będzie się działo to po nią pojedziemy.
- Dobrze.
Siedzieliśmy przy stoliku dłuższą chwile aż nagle stało się coś dziwnego. Pepper spojrzała na Gene'a. Obserwowała go przez cały czas. Nie powiem trochę mnie to denerwowało, była na balu ze mną a nie z tym chłoptasiem. Postanowiłem jednak nic nie mówić, mieliśmy się dzisiaj nie kłócić. Zobaczymy jak sytuacja się rozwinie. Gene spojrzał się na nas. Najpierw mnie zmierzył lodowatym wzrokiem jakby chciał co najmniej mnie poszatkować. Później swoje spojrzenie przeniósł na Pepper, która nie wątpliwie wpadła mu w oko. Uśmiechnął się do niej, rudowłosa robiła to samo tylko z niechęcią. Gene jednak potraktował to inaczej, uznał to na zachętę. Powoli podchodził do stolika przy którym siedzieliśmy. Zacząłem się powoli wkurzać, co ten dupek sobie wyobraża! Spojrzałem na rudą ale ona nic sobie z tego nie robiła. Gene przeciskał się przez tłum ludzi a ja postanowiłem zareagować.
- Pepper, co ty do cholery wyprawiasz?!
Ona spojrzała na mnie rozdziawionymi oczami i jak gdyby nigdy nic spytała:
- Tony czy ja mogę być niewidzialna?
Co? O co ona mnie pyta?
- Czytałem, że to możliwe ale...
Zanim zdążyłem się obejrzeć Pepper zniknęła akurat wtedy gdy podszedł do nas Gene. W dalszym ciągu patrzyłem się w miejsce gdzie siedziała dziewczyna. Co się stało?!
- Gdzie Pepper? Przed chwilą tu siedziała.
- Przywidziało ci się. - odrzekłem z pogardą.
Wkurzony odszedł od stolika na tyle daleko, że pojawiła się Pepper. Byłem w szoku! Co ja najlepszego zrobiłem z tym cholernym Ekstremis?!
- Pepper do jasnej cholery! - uniosłem się trochę.
- Tony musiałam coś zrobić... Tak się skupiłam, że w końcu się udało... Przepraszam.
- Tutaj nie o to chodzi, nie wiem co jeszcze przyniesie Ekstremis.
- Nic się nie dzieje, naprawdę. Nie możesz się wiecznie martwić Tony.
Znów wróciliśmy na parkiet i tak spędziliśmy całą noc. Faktycznie przestałem się przejmować, przy niej było mi tak cudownie. 

 

~*~



Obudziłam się w swoim łóżku. Spojrzałam na zegarek było po czternastej! Pamiętam, że Tony odwiózł mnie do domu o piątej, bardzo długo balowaliśmy. Trochę szumi mi w głowie, ukradkiem przed niebieskookim wypiłam parę drinków. On chyba też coś wypił, tylko mniej ode mnie musiał prowadzić. Nie pamiętam co stało się z Rhodey'm. Ogólnie po drugiej w nocy lekko straciłam świadomość, tak dobrze bawiłam się z Tonym.
Okazało się, że spałam w ubraniach. Spojrzałam na telefon. Dwadzieścia nieodebranych połączeń od Tony'ego! Może coś się stało?
Zdjęłam ciuchy i poszłam na szybki prysznic. Ciężko było mi poradzić sobie z włosami, jednak takie długie włosy to marzenie. Dziwię się tylko, że mój tata nie pytał o nie. Najwyżej wcisnę mu kit, że to od jakiś lekarstw. Po kąpieli przebrałam się w czyste ciuchy, włosy zostawiłam rozpuszczone i zeszłam na dół aby sprawdzić czy jest coś do jedzenia.
Oczywiście nie zastałam mojego taty tylko wiadomość od niego.
,,W lodówce nic nie ma, zjedz coś na mieście"
Czyli standard. Ubrałam płaszcz mimo, że było mi gorąco, do tego buty i torebka. Chyba mam wszystko. Padał śnieg. Chyba był duży mróz bo nie było mi już tak ciepło jak przed chwilą. Chociaż tyle, że nie zamarzałam jak zazwyczaj. Nie oddzwaniałam do Tony'ego, postanowiłam zjawić się w zbrojowni.
Po około trzydziestu minutach znalazłam się w zbrojowni. Wklepałam kod na panelu i weszłam do środka.  Oczywiście zastałam Tony'ego przy panelu, Rhodey siedział w fotelu. Czułam wewnętrzny spokój. Masek już nie było i nigdy nie wrócą. Jednak jest jeszcze Mandaryn.
- Cześć chłopaki.
Chyba ich przestraszyłam bo oby dwoje się wzdrygnęli.
- Pepper, dzwoniłem do Ciebie. – odezwał się Tony, który założył ręce na klatkę piersiową. Wyglądał jakby zaraz miał zrobić mi wojnę stulecia.
- Przepraszam, wstałam po czternastej zdążyłam się tylko wykąpać i przebrać.
Zdjęłam płaszcz i rzuciłam go na kanapę.
- Szukacie kogoś? Wyglądacie jakby coś się stało.
- Pepper pokaż Rhodey’emu czego się wczoraj nauczyłaś, bo on mi zwyczajnie nie wierzy.
Zdziwiłam się. O co mu chodzi?
- Chodzi ci o niewidzialność?
Tony kiwnął głową. Pomyślałam o tym i stało się, byłam przezroczysta. Fajne uczucie kiedy nikt cię nie widzi.
Spojrzałam na Rhodey’ego, który był zwyczajnie w szoku. Myślałam, że zaraz spadnie z fotela.
Wróciłam do normalności i spojrzałam na niego z triumfem.
- No i co? Przecież nie zwariowałem…
Rhodey w dalszym ciągu się nie odzywał. Chyba aż za bardzo nim to wstrząsnęło.
Ja miałam zamiar opowiedzieć im co działo się po drugiej stronie. Oczywiście nie miałam zamiaru wspominać o tym co powiedziała mi Cornelia. Tony mnie nie kocha, jesteśmy tylko przyjaciółmi. Szkoda.
- Chłopaki muszę wam coś powiedzieć. – widząc panikę na twarzy Tony’ego dodałam. – Nic mi nie jest. To dotyczy Cornelii i Whitney.
- No to mów. – ożywił się czarnoskóry.
- Tak więc… Żeby to nie zabrzmiało dziwnie, to one utrzymywały mnie przy życiu. Inaczej nie przeszłyby na drugą stronę. Cornelia była pewna, że Tony coś wymyśli i tak się faktycznie stało.
Spojrzeli na mnie jak na wariatkę. Spodziewałam się tego, bo nikt normalny by w to nie uwierzył. A ja widziałam na własne oczy jak z nimi rozmawiam. Czekałam aż któryś z nich w końcu coś powie. Po chwili byłam już lekko podirytowana, ile można?
- Halo, jesteście tam jeszcze czy wyparowaliście?
- Pepper mówisz poważnie? - odezwał się Rhodey, który dopiero teraz zrozumiał co ja powiedziałam.
- A po co miałabym żartować?
Nagle ożywił się nie kto inny, jak pan Stark. - Dlaczego mi nic nie powiedziałaś? - słyszałam wyraźne pretensje w jego głosie. 
- Tony, jestem przytomna dopiero dwa dni. Poza tym wczoraj był bal nie chciałam was wszystkich martwić. Ważne jest to, że nigdy nie wrócą. - podsumowałam.
Mina Tony'ego była nie pewna, ale skoro nic nie mówi to chyba sobie odpuści zbędne komentarze. Tak powinno być.
Jak dawno nie byłam w tym miejscu. Ogólnie trzy miesiące to wielka strata w życiu, przyjaźni, szkole. Buda to dla mnie najmniejszy problem ale będzie ciężko tam wrócić, przyzwyczaić się.  Rozsiadłam się wygodnie na kanapie i wyjęłam telefon. Wczoraj sprawdzałam już na zabawie czy nie ma na nim wiadomości albo nieodebranych połączeń. Nic nie było. Teraz zauważyłam jedną wiadomość. Odczytałam ją. Jej treść była przerażająca...
<Przed śmiercią nie uciekniesz, Pepper. Jeszcze się spotkamy.>
Byłam przekonana, że ta wiadomość jest od Mandaryna. Tylko skąd on wiedział, że żyję? Musi nas obserwować. Boże czy to piekło się kiedyś skończy? Schowałam telefon czym prędzej aby chłopaki nie zaczęli zadawać pytań.
Starałam się zachowywać jakby nic się nie stało ale chyba mi to nie wychodziło. Tony dziwnie na mnie spoglądał mimo to, że był zajęty pracowaniem przy komputerze. Rhodey natomiast zmył się. Chyba nie mógł zrozumieć tego co powiedziałam. Oby tylko Stark nie zorientował się, że coś jest nie tak. Spokojnie Pepper, wdech i wydech. Jak tu się uspokoić skoro Mandaryn wie, że żyjesz... Tutaj nie chodzi też o mnie bo mam super siłę, niewidzialność i parzenie na zawołanie. Bez wątpienia potrafię siebie ochronić ale co z Tony'm i Rhodey'm? Może i mają zbroje ale to nie to samo co ja... Mandaryn zna ich tożsamość może w każdej chwili im coś zrobić. Postanowiłam przerwać ciszę bo zorientowałam się, że niebieskooki ciągle na mnie patrzy.
- Czego szukasz?
- Skąd wiesz?
- Widzę, martwi cię ten koleś w zbroi. Mandaryn. - właściwie to nie wiem czemu zaczęłam ten temat. Obym się nie wygadała.
- Skąd wiesz jak się nazywa? - spytał podejrzliwie.
- Pamiętasz jak Maski porwały mnie i kazały stawić wam się na dachu Stark International? Właśnie wtedy z nim rozmawiały. Kazał im wykonać zadanie tak jak potrzeba bo inaczej spotka je kara. I spotkała.
- I ty mi dopiero teraz o tym mówisz?
Znowu zaczyna. Chyba tak musi być, że robi mi wyrzuty.
- Tony, ja nie miałam pojęcia, że go szukasz. Wiem tylko tyle.
Westchnęłam. Czy już zawsze tak będzie? Wieczne problemy, kolejni wrogowie, śmierć czyhająca na nas na każdym kroku?
- Wybacz. Ostatnio jestem dość nerwowy, mało sypiam. Dużo czasu zajęło mi sporządzenie Ekstremis, w między czasie szukałem, tego Mandaryna.
- Rozumiem, na razie możesz spać spokojnie.
- Na razie?
Ups, zaraz się wygadam... Powiedzieć mu czy nie o tej wiadomości?
- Yy... no...
- Pepper, mów co wiesz. Im szybciej go znajdziemy tym lepiej dla nas wszystkich.
- Tony, wiesz, że teraz to wy jesteście najbardziej zagrożeni. Mnie uratowałeś i wzmocniłeś a wy bez zbroi możecie mieć poważne kłopoty.
- Nie zapominaj, że nie jesteś nieśmiertelna. A jeśli chcesz się jakoś bronić to musisz poćwiczyć. Najlepiej z nami, gdy będziemy w zbroi. - powiedział Tony.
- Możemy już teraz? - zapytałam wyraźnie podekscytowana.
- No... - chyba się wahał ale spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem. - Dobrze.
Zaklaskałam z radości w dłonie. Stwierdziłam, że wyjdę na pole bez żadnej kurtki. Będzie gorąco.



Witam! Wiem, jesteście zdziwieni. Pod koniec pierwszego rozdziału wstawiam wam nowy rozdział. Jest to już księga druga, w której 26 rozdział jest drugą notką tyczącą się tej serii.
Pozdrawiam, miłego czytania.






środa, 20 lipca 2016

Wielki Powrót

Cześć!

Nie było mnie tutaj aż 7 miesięcy. Chciałabym bardzo przeprosić ale ostatnie półrocze w mojej starej szkole było bardzo pracowite, do tego egzaminy gimnazjalne i walka o dobre oceny. Oczywiście wybór dobrego liceum!
Wszystko zakończyło się pomyślnie dlatego wracam do was moi kochani czytelnicy. Mam już napisane dwa rozdziały ale o tym za chwilę.

Dziękuję za ponad 10000 tysięcy wyświetleń! Nigdy nie spodziewałam się, że aż tyle osób będzie czytało mojego bloga. Dla mnie to wielkie osiągnięcie zwłaszcza,  że tyle razy próbowałam.

Wracając do rozdziałów. Wczoraj przez przypadek usunęłam prolog. Nie będę pisać go od nowa tylko dorzucę coś do pierwszego rozdziału. I tak poprawiam wszystko od początku z błędów, literówek a nawet niepotrzebnych przecinków. Postaram się zmienić szablon, poszukam czegoś co bardziej pasuje do tematyki. Dopóki czegoś stosownego nie znajdę i nie poprawie rozdziałów nowych notek na razie nie będzie.

Jednak żeby nie zostawiać was w niepewności dodam, że dalej będzie się dużo działo. Przeczytacie między innymi co potrafi nasza Pepper jak i uczucie, które rodzi się między rudowłosą i naszym przystojnym Tony'm.

Pozdrawiam wszystkie osoby, które jeszcze z nadzieją odwiedzają tego bloga. 

I przepraszam blogi czytelniczek, które zapomniałam komentować. Na to wszystko naprawdę nie było czasu. Obiecuje poprawę :)

sobota, 5 grudnia 2015

Rozdział 25: Nowa ja



Jechaliśmy autem. Byliśmy już blisko zbrojowni a ja coraz bardziej się niecierpliwiłam. Dla zabicia czasu bawiłam się swoimi włosami. Nie ukrywam, bardzo mi się spodobały. Ale czy aż tak szybko mogły urosnąć tylko przez trzy miesiące? Podejrzane. 
Zerknęłam na Tony'ego. Znowu wyglądał na zmartwionego. 
- Tony? 
Znowu nic. Chyba jest bardzo zamyślony, bo nawet nie drgnął. Na szczęście dojechaliśmy do zbrojowni, zaraz wszystkiego się dowiem. 
Wysiadłam z auta. Jak cudownie było poczuć świeże, czyste powietrze. Zobaczyć miejsce, które tak bardzo lubiłam. Nareszcie wróciłam, teraz już naprawdę. Wszystko było pokryte białym puchem. Mimo, że nie lubiłam zimy to teraz cieszyłam się, że mogę widzieć jak jest piękna. Świat zaczął wydawać mi się jeszcze piękniejszy niż wcześniej. Nic się tutaj nie zmieniło. Ciekawe jak jest w środku? 
Nie zdążyłam zrobić kroku a Tony podszedł do mnie i złapał za ramię. Po chwili spojrzał na mnie i spostrzegł, że jestem tylko w krótkim rękawku. Było mi bardzo gorąco a był środek zimy. 
- Pepper? Nie zimno ci? - spytał patrząc na mnie przerażonym wzrokiem. 
- Nie. - odparłam wesołym głosem. 
Tego się nie spodziewałam. Tony wziął mnie na ręce mimo moich protestów. Położył mnie dopiero na kanapie w zbrojowni. Obejrzałam dokładnie to miejsce. Wyglądało jak jakaś wielka pracowania. Oczywiście nie zabrakło opakowań i puszek po jedzeniu i piciu. Widocznie musiał tutaj bardzo długo przesiadywać. Może przestępczość wzrosła? Nie chciałam leżeć, dlatego wstałam i podeszłam do zbroi Iron Man'a. Nic się nie zmieniła. Przypomniałam sobie ten feralny dzień, ten w którym wszystko się kończyło. Jak musiał czuć się Tony, kiedy widział, że umieram... 
- Miałaś leżeć. - powiedział najspokojniej jak mógł czarnowłosy.
- Powiesz mi dlaczego jesteś taki przestraszony? 
- Lepiej jak usiądziesz. 
Zrobiłam to o co prosił. Teraz to i ja zaczęłam się denerwować. 
- Wszystko to co zrobiłem to tylko po to abyś przeżyła. Lekarze nie dawali ci szans. - westchnął Tony i podszedł do blatu. 
Pokazał mi fiolkę, w której był jakiś zielony płyn. Wydawało mi się, że fosforyzował. 
- Co to jest?
- Ekstremis, dzięki niemu żyjesz. 
Zatkało mnie. Otworzyłam usta ze zdziwienia. Jak to? Było ze mną aż tak źle, że musiał mi to podać? Po raz kolejny uratował mi życie. Rzuciłam mu się na szyję i mocno przytuliłam. Miałam tak cudownego przyjaciela! A może kogoś więcej? Pepper, on wcale nie myśli o tobie tak jak o potencjalnej kandydatce na dziewczynę. Ty chyba zaczynasz tak sądzić...
- Udusisz mnie... 
Momentalnie wypuściłam go z objęć. Przez chwile nie mógł złapać oddechu. Aż tak mocno go nie przytuliłam i nie chciałam go udusić. 
- Jednak muszę cię zmartwić. Ale najpierw jak się czujesz? 
- Doskonale... Mogłabym zrobić wszystko. Czy to źle? - spytałam z radością w głosie.
- Myślałem, że tego unikniesz ale jednak... To wszystko co się teraz z tobą dzieje... Jest winą Ekstremis. Nadaje on niezwykłych zdolności. Podałem ci jedną kroplę a już jesteś bardzo silna i zmieniła się temperatura twojego ciała. Jeszcze tak szybko urosły ci włosy. 
- Czego mogę się jeszcze spodziewać? - spytałam roztrzęsiona. 
Nie sądziłam, że coś się we mnie zmieniło. Myślałam, że to wszystko jest naturalne. A co jeśli stanę się nieobliczalna? 
- Nie wiem. Ja sam się tego nie spodziewałem. Obiecaj mi, że będziesz uważać. Staraj się zachowywać normalnie i gdyby coś się działo masz mi powiedzieć.
Kiwnęłam głową. Sprawa jest poważna, ale cieszę się, że żyję.
- Jak z Rhodey'm? Co się dzieje w szkole? - zaczęłam serię pytań. - Najlepiej opowiedz mi wszystko.
- Wszystko mi z nim w porządku. Teraz jest na kole historycznym. W szkole podobno ma zjawić się jakiś nowy uczeń, a jutro bal sylwestrowy.
- W samą porę. - uśmiechnęłam się.
Zamierzałam iść na ten bal i dobrze się bawić. W końcu nie każdy ma szansę na drugie życie.
- Chyba się tam nie wybierasz? - spytał podejrzliwie.
- Oczywiście, że tak! Dlaczego nie?
- To chyba nie jest dobry pomysł... Nikt nie wie, że tutaj jesteś.
- Spokojnie, uprzedzisz dzisiaj wszystkich.
Usiadłam obok niego i spojrzałam mu w oczy. Myślałam, że będzie się cieszył, że wszystko ze mną okej a on tylko zadaje mi pytania i na siłę chce zatrzymać w domu. Za długo już leżałam, pora się rozerwać.
- Cieszysz się, że żyję? - zapytałam w prost.
- Co to za pytanie? Odchodziłem od zmysłów... Nie wiedziałem co mam robić, jak cię ratować. Nie mogłem pozwolić żebyś umierała... Tak cholernie się bałem, że już cię nigdy nie zobaczę.
Nie mogłam zebrać myśli. Tak bardzo się martwił? Słysząc to miałam nadzieję, że powie te dwa słowa, które z pewnością chciałabym od niego usłyszeć.
Teraz już wiem, kocham go i nic na to nie poradzę.
- Nigdy więcej nie pozwolę aby ktokolwiek zrobił ci krzywdę. - mówiąc to zbliżył się do mnie i przytulił. Schował twarz w moje włosy i westchnął. Położyłam głowę na jego ramieniu. Chciałam żeby ta chwila się nie kończyła.
Co teraz? Czy moje uczucie do niego nie zepsuje naszej przyjaźni? Gorzej jeśli Tony nic do mnie nie czuje. Bo z pewnością tak jest. Cóż.. Przyjaźń musi mnie zadowolić.
- Skoro masz zamiar iść na ten bal to... Czy pójdziesz razem ze mną?
Znowu mnie zaskoczył. Pewnie chce mnie mieć na oku... I to wszystko. Szkoda, liczyłam na coś więcej.
- Pewnie.
Poczułam jak jeszcze mocniej przyciąga mnie do siebie. Teraz czułam jego spokojny oddech przy uchu. Ja sama nie mogłam kontrolować bicia serca, które uderzało jak szalone.
Nie wiadomo skąd, przypomniałam sobie o ojcu. Może dlatego, że kiedy to on mnie tak tulił kiedy było źle?
- Tony? Wiesz może co z moim... ojcem?
Wypuścił mnie ze swoich objęć i spojrzał na mnie. - Był u ciebie kilka razy. Rozmawiałem z nim. Okazało się, że ktoś sfałszował wyniki. Jesteś w pełni jego córką.
Kamień spadł mi z serca. Nie miałam się już czym martwić. Wszystko co było złe już odeszło i miejmy nadzieje, że nigdy nie wróci.
- Czyli mogę tam wrócić.
Tony tylko kiwnął głową.
- Może cię odwiozę? - zaproponował.
- Już chcesz się mnie pozbyć? - zaśmiałam się.
- Nigdy.
Uśmiechnęłam się. Zadowalała mnie taka odpowiedź, jednak nie chciałam tego za bardzo po sobie pokazywać. Chłopak też się już uśmiechał, wyraźnie promieniał ze szczęścia. To zupełnie jak ja.
- Może pójdziemy do domu? W końcu u mnie jest jeszcze reszta twoich rzeczy.
- Okej.
Wyszliśmy z hangaru a ja dalej nie mogłam napatrzeć się na świat. Oby wszystko było takie jakie jest i nigdy nie popsuło.
- Nie zimno ci?
- Chyba musisz się do tego przyzwyczaić.
- Tylko pamiętaj... Gdyby ktoś cię tak zobaczył mogłoby to wydać się podejrzane.
- Wiem, wiem. Będę ostrożna.
Weszliśmy do domu Rhodey'ego i zarazem Tony'ego. Wszystko było na swoim miejscu. Dom dalej był przytulny i miły tak samo jak jego mieszkańcy. Aż chciało się tutaj mieszkać.
Weszłam po schodach na górę. Skierowałam się do pokoju, w którym wcześniej mieszkałam. Zabrałam się za pakowanie swoich rzeczy.


~*~

Widziałem jak Pepper znika na poddaszu. Tak bardzo się cieszyłem, że żyje. Myślałem, że ją zabiłem przez ten głupi Ekstremis. A tutaj się okazuje, że mogłaby przenosić góry. Może tego nie wie, ale jest super silna. Mogłaby bez problemu coś rozwalić. Mam nadzieję, że będzie uważać. 
Usłyszałem jak ktoś wchodzi do domu. Okazało się, że to Rhodey. Chciał wejść na górę ale go zatrzymałem.
- Tony? Co ty taki szczęśliwy? Nie jesteś u Pepper? 
- Muszę z tobą porozmawiać. 
Opowiedziałem mu to wszystko co chciał wiedzieć wcześniej. Praktycznie kiedy pracowałem nad Ekstremis nie wpuszczałem go do zbrojowni. Ale musi wiedzieć co tak naprawdę się dzieje. W końcu jest moim przyjacielem.
- I mówisz mi to dopiero teraz?
- Rhodey! - krzyknęła Pepper, która schodziła po schodach z zapakowaną walizką. 
Podbiegła do niego i przytuliła go. Widziałem, że Rhodey'emu było ciężko oddychać, Pepper miała naprawdę bardzo dużo siły.
- Przepraszam... Jeszcze się nie przyzwyczaiłam. 
Uśmiechnęła się niewinnie. Wyglądała jak anioł, a jakże silny i piękny. 
- Dobrze cię widzieć. 
- No to jak, gotowa? - spytałem.
- Na co? - spytał zdezorientowany Rhodey.
- Wracam do domu. Kiedyś trzeba.
Mieliśmy już wychodzić kiedy przypomniałem sobie, że Pepper chce wyjść z domu w samej koszulce. Zatrzymałem ją w drzwiach.
- Co jest? - spytała zaskoczona.
- Zapomniałaś. - powiedziałem i wskazałem na nią. 
- Faktycznie. - westchnęła. - Ale mi jest bardzo gorąco. 
- Musisz wytrzymać. 
Wyjęła bluzę z walizki i zarzuciła ją na siebie. Wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do jej domu.

~*~

Kiedy znalazłam się w domu byłam bardzo szczęśliwa. Co prawda ojca nie było w domu ale cieszyłam się, że mogę wrócić do miejsca, w którym spędziłam tyle lat. 
Poszłam na górę do swojego pokoju, Nic się w nim nie zmieniło. Fioletowe ściany i białe meble. Położyłam się na swoim łóżku. Nareszcie mogłam pomyśleć. Tyle w ciągu tego jednego dnia się wydarzyło. 
Zyskałam nowe życie. Teraz już nic nie będzie takie samo. Chociaż moja przyjaźń z Rhodey'm i Tony'm się nie zmieni. A właśnie Stark... Co ja do niego czuję? 
Chciałam uniknąć myślenia o tym. Przypomniałam sobie, że nie mam sukienki na bal. Znalazłam jakieś pieniądze w domu i wyszłam. Teraz już nie zapomniałam żeby narzucić na siebie bluzę. 


~*~

Dzień później

Rozmawiałam z tatą. Wszystko sobie wyjaśniliśmy. Spodziewam się, że jeszcze trochę minie zanim wszystko powróci między nami do normy czyli do takich stosunków jakie łączyły nas wcześniej. Zapewniałam go tysiąc razy, że czuję się dobrze i mogę iść na bal. 
Dzisiaj jest sobota. Tony powiedział, że przyjedzie po mnie trochę przed osiemnastą. Sukienkę miałam już kupioną tak jak i buty. Wykosztowałam się trochę na suknię ale było warto. Do imprezy została mi się jeszcze niecała godzina, więc stwierdziłam, że powoli zacznę się szykować.
Poszłam wziąć prysznic i umyć włosy. Bardzo ciężko było mi je umyć dlatego, że są długie i gęste. Mimo to cieszyłam się, że są tak długie. Wysuszyłam je i prze prostowałam aby nadać im wygładzony, prosty i błyszczący efekt. Wydawały się jeszcze dłuższe.
Postanowiłam, że zrobię sobie lekki makijaż. Nie potrzebowałam korektora, bo moja twarz była gładka jak nigdy przedtem. Pomalowałam rzęsy tuszem, dodałam kreski zrobione eyelinerem. Były cienkie i nie bardzo widoczne, takie o jakie mi chodziło. Nałożyłam odrobinę różu na policzki. To wszystko.
Zostało mi około dwadzieścia minut do przyjazdu Tony'ego. Założyłam sukienkę, która miała kolor mięty i delikatne zdobienia w talii. Plecy miała przezroczyste, również ozdabiane. Długa do ziemi, tak, że jej koniec leżał na podłodze. Jednak kiedy założyłam moje czarne obcasy na sześciocentymetrowej szpilce była idealna i zakrywała buty. Obejrzałam się w lustrze i stwierdziłam, że wyglądam bajecznie.
Zeszłam na dół. Od razu przywitał mnie tata, który nie mógł się powstrzymać i od razu coś napomknął.
- Ślicznie wyglądasz. Dla kogo się tak wystroiłaś?
- Tato, idę z Tony'm. Nie rób sobie nadziei...
Nie lubię kiedy uznaje każdego mojego znajomego, przyjaciela za chłopaka, któremu się podobam. Chociaż w tej sytuacji bardzo chciałam się podobać Tony'emu.
- Na pewno czujesz się na siłach żeby iść na ten bal?
- Tak. - powtórzyłam po raz setny przez zaciśnięte zęby.
Ledwo zdążyłam usiąść na kanapie a zadzwonił dzwonek do drzwi. Wstałam i podeszłam do drzwi. Jednocześnie spojrzałam na tatę. Chyba domyślił się o co chodzi i wyszedł z pokoju. Poprawiłam jeszcze włosy i otworzyłam drzwi. Tony był ubrany w czarny garnitur. Włosy jak zawsze były w nieładzie, tylko przeczesane ręką. W prawej dłoni trzymał bukiet białych róż. Moich ulubionych kwiatów.
Oniemiałam. Wyglądał przystojnie. On sam nie wiedział co powiedzieć bo stał i wpatrywał się we mnie. Zawstydziłam się.
- Tony? Wszystko w porządku?
- Tak... Tylko... Wyglądasz prześlicznie.
Zarumieniłam się.
- To dla ciebie. - powiedziawszy wręczył mi kwiaty.
Powąchałam je i podziękowałam. Wpuściłam go do domu a ja tymczasem poszłam wstawić kwiaty do wazonu. Postarał się naprawdę. Wstawiłam bukiet do wazonu i poszłam do Tony'ego. Siedział w salonie.
- Jedziemy już?
- Jeśli chcesz.
Wyszłam na zewnątrz i usłyszałam ciche chrząknięcie. Odwróciłam się i zobaczyłam Tony'ego, który trzyma mój płaszcz w ręce. No tak znowu zapomniałam... Podeszłam i zarzuciłam płaszcz na ramiona. Wsiedliśmy do auta. Panowała cisza dość krępująca. Nie wiedziałam jak zacząć rozmowę.
- Czemu nic nie mówisz? - spytałam lekko zawiedziona.
Myślałam, że to wszystko będzie wyglądać inaczej. Chociaż czego się spodziewałam... Tony idzie ze mną na ten bal tylko po to żeby mnie pilnować. Szkoda, liczyłam na coś więcej.
- Zamyśliłem się, przepraszam.
- Od kiedy tu jestem jesteś jakiś małomówny. Co się dzieje?
- Nic. Kiedyś ci powiem.
Co? Jak to kiedyś mi powie? Chciałabym wiedzieć co go gryzie... Nie lubię czekać. Westchnęłam z żalem.
Dojechaliśmy na miejsce. Czas by się nie przejmować tym co było, jest i będzie.



POCZĄTEK KSIĘGI II 



Chyba długo czekałyście. Mam nadzieję, że was nie zawiodłam. 
Pozdrawiam i wesołych mikołajek! :) 



sobota, 7 listopada 2015

Rozdział 24 cz.2: Ja już nie istnieję



Błądziłam w nicości. Ubrana byłam w białą, długą suknię do ziemi. Włosy powiewały, stopy były bose. 
Zastanawiałam się gdzie jestem i czy umarłam. Tak samo jak moja suknia pomieszczenie a raczej ten świat był biały, wręcz blady. Szłam przed siebie, tylko tyle mogłam zrobić. Ujrzałam jakąś postać, która szła w moją stronę. Rozpoznałam ją od razu. To Cornelia! A zaraz za nią malowała się postać Whitney. Co teraz? Chciałam się cofnąć, zrobić coś tylko po to by z nimi nie rozmawiać. Podeszły do mnie, ubrane w to samo co ja. Przez długą chwilę stałyśmy i patrzyłyśmy na siebie. Czekałam aż mi to wszystko wytłumaczą. Nie bałam się ich, teraz już nic nie mogły mi zrobić. Tylko dlaczego to właśnie je spotkałam? 
- Czyli jednak cię pogrzebałyśmy. - odezwała się Whitney z triumfem w głosie.
- Dla niej jest jeszcze nadzieja. - odezwała się Cornelia.
- Gdzie jestem i dlaczego was jeszcze oglądam? - spytałam dość chłodno. 
- Jesteś wpół umarła. Masz szansę powrotu. My jesteśmy stracone, ale nie odejdziemy póki z kimś nie porozmawiamy. Najwidoczniej to jesteś ty. - odparła Cornelia, która zrobiła się o wiele milsza. 
Nie spodobało mi się to, wcale nie chciałam z nimi rozmawiać. To ostatnia rzecz na jaką miałam ochotę. 
- Przecież rozmawiamy. - warknęłam jeszcze bardziej zdenerwowana. - Tylko, że ja nie chce z wami rozmawiać. 
- To działa obustronnie. I ty stąd nie wrócisz, dla ciebie nie ma już ratunku. - odezwała się Whitney. - Tony ci już nie pomoże. 
- Whitney! - wrzasnęła Cornelia. - On nigdy nie należał do ciebie i już nie będzie!
- Gdyby ona się nie pojawiła bylibyśmy razem...
- Jego serce już od dawna należy do niej. - powiedziała Cornelia i wskazała na mnie. 
- Co to znaczy?  -spytałam lekko przestraszona. 
Pomyślałam, że Tony byłby na tyle szalony żeby się dla mnie poświęcić. Chociaż to niedorzeczne. Nie ryzykował by swojego życia...
- Głupia... Pomyślała, że się poświęcił... - skomentowała z wyraźnym zażenowaniem w głosie Whitney. 
- Kocha cię. Zrobiłby dla ciebie wszystko. 
Co? Tony mnie kocha? Nie... One mnie wkręcają... Ja zaraz się obudzę i wszystko będzie normalne.
- A my musimy  podtrzymywać cię przy życiu tak długo jak się da. 
- Nie mam zamiaru! - rzuciła wściekła panna Stane. 
- Już za późno. Robimy to od kiedy tutaj jesteśmy. 
Po minie tej zadufanej w sobie blondynce wywnioskowałam, że nie jest zadowolona. Jak z tego, że udało mi się przeżyć. 
- Czyli jeśli ja przeżyję to co z wami? 
- Już nas więcej nie zobaczysz, gwarantuję.
Tyle mi wystarczyło. 
Tylko czy jeszcze kiedyś zobaczę Tony'ego? 

~*~

 Co mam zrobić? Jak ją uratować? Skoro nie mogę dać jej implantu, to co innego mam zrobić? Myśl Tony... Gdyby teraz był tutaj tata, wiedziałby co można zrobić... Jestem sam. Oczywiście jest Rhodey, ale czy on wymyśli coś co jej pomoże? 
Muszę znaleźć rozwiązanie. Najlepiej będzie jak poszperam w papierach ojca. 
Ale najpierw do niej zajrzę. Podszedłem do jej łóżka. Była w kiepskim stanie, twarz blada a włosy jakby straciły swój dotychczasowy blask. Moja Pepper. Mogę tak mówić? Przecież nie jesteśmy razem, ale... Nie słyszy tego. Chociaż bardzo chciałem żeby wiedziała co do niej czuje. Może ona czuje to samo? 
Podszedłem bliżej i złapałem ją za rękę. Ścisnąłem delikatnie jej rękę. Była taka chłodna, jednak nie do końca zimna. Czułem trochę ciepła, jednak było ono niewielkie. Wiedziałem, że muszę się spieszyć. 
- Wytrzymaj. Nie pozwolę ci umrzeć. 
Z trudem wyszedłem. Nie chciałem jej opuszczać ale wiedziałem, że czas mnie nagli. Każda godzina a nawet minuta się liczy. W niedługim czasie byłem już w domu i postanowiłem zajrzeć do pudeł, które zostały mi po tacie. A mianowicie to co w nich było, czyli wszystkie jego niekończone projekty. Odnalazłem je zakurzone na strychu. Widocznie nikt tutaj dawno nie zaglądał. Ja też tu często nie bywałem gdyż nie chciałem wracać do tamtego dnia. 
Otworzyłem pierwsze pudełko jakie mi się nawinęło i zacząłem je wertować. Nic ciekawego, chociaż... Znalazłem projekt maski. Tej, którą nosiły te dwie pokraki. Wiem, że nie wolno źle wyrażać się o zmarłych ale nie potrafię się powstrzymać zwłaszcza, że to one są winne tej katastrofie. I po części ja. Nie umiałem temu zaradzić w odpowiednim momencie. 
Spędziłem tak sporo czasu, aż natrafiłem na dwie ciekawe rzeczy. Pierwsza z nich to notatnik, z pewnością należał do ojca. Natomiast to co przykuło moją uwagę to skład i sposób przygotowania pewnej substancji zwanej Ekstremis, Zacząłem czytać opis.Miała ona na celu dostanie się do najgłębszych i najbardziej odległych części mózgu. Dopisane było, że w przypadku złego stanu człowieka może służyć jako substancja ratunkowa.
To jest to czego szukam!
Drobnym druczkiem dopisane było, że zbyt duża ilość może doprowadzić do śmierci lub do nadzwyczajnych zdolności takich jak:
Niewidzialność
Super siła
Telekineza
Zmartwiłem się. Duże ryzyko. Co jeśli przesadzę z ilością i Pepper stanie się jakąś maszyną do zabijania? Czy jest w ogóle szansa sporządzenia tego? Tyle pytań i wątpliwości a ja dalej nie wiem co robić. Muszę zaryzykować i spróbować.
Wziąłem projekt i poszedłem do zbrojowni. Najpierw musiałem zabrać się za składniki. Co na pewno nie będzie łatwe.

~*~

Miesiąc później.

Czas leci tak szybko a ja jeszcze nie mam większości składników. A to tylko dlatego, że są bardzo trudno dostępne.
Pepper miała się tak samo jak wcześniej. Lekarze byli zaskoczeni, że tak długo utrzymuje się przy życiu. Wyglądało to tak, że na starcie chcieli ją uśmiercić. Ale ona walczyła. Jest silna, wyjdzie z tego a ja jej w tym pomogę.
Odwiedzam ją codziennie. Fakt, zaniedbuję trochę naukę ale naprawdę ciężko mi gdy nie widzę jej twarzy. Chciałbym żeby przy mnie była.
Wszedłem do sali i usiadłem na krześle obok jej łóżka. Było to moje stałe miejsce, od bardzo długiego czasu. Serce rozpadało się na milion kawałków gdy patrzyłem w jakim jest stanie. Jak mogłem do tego dopuścić? To pytanie dręczy mnie codziennie. Po nocach śni mi się jak spada, a ja nic nie mogę zrobić. Stoję jak słup soli i nagle się budzę. Mam dość, chcę żeby wróciła. Bez niej jestem tylko Iron Man'em. Tony Stark nie istnieje kiedy Pepper tutaj nie ma.

~*~

Kolejny miesiąc później.

Wszystko co potrzebne do sporządzenia Ekstremisu już mam. Gorzej jak to się w ogóle nie uda. Mogę wysadzić wszystko dookoła lub zbyt duża ilość składników spowoduje nagłe zmiany w jej organizmie. Obym tylko miał rację i żeby wszystko się udało.
Stan Pepper dalej jest nijaki. Ani dobry, już bardziej zły. Lekarze twierdzą, że już się nie obudzi. Zupełna agonia. Nie mogę tego słuchać, za bardzo boli mnie serce kiedy słyszę, że ją tracę. Zaczynam popadać w paranoje i depresję. Każde miejsce, które widzę przypomina mi ją. Rzadko kiedy jem i piję, całymi dniami siedzę zamknięty w zbrojowni. Czasami nie pójdę na lekcje. Gdyby to ode mnie zależało nie chodziłbym tam wcale, ale jest jeszcze Roberta. Rhodey próbuje ze mną rozmawiać, przemówić, że tak nie powinno być. Chociaż ja to wiem ale nie umiem inaczej. Tęsknię za nią, nie mogę tak po prostu odpuścić. 
Tylko co będzie kiedy się obudzi? Czy wszystko będzie dalej tak samo jak wcześniej? 
Za nie długo święta. Właściwie to jutro a ja nawet nic nie kupiłem Rhodey'emu. Muszę mu podziękować za to, że mnie wspiera i za to, że jeszcze nie zwariował. 
Wyszedłem ze zbrojowni i udałem się do centrum handlowego. Po niecałej godzinie dojechałem na miejsce. Było bardzo dużo ludzi, pewnie nie tylko ja nie miałem na to wszystko czasu. Przechodząc koło jubilera zauważyłem kolię wysadzaną brylantami. Od razu rzuciła mi się w oczy, nie ukrywam znowu pomyślałem o Pepper. Wiem, że nie ma jej tu ze mną, ale... Ją muszę przeprosić. Nie zapobiegłem temu wszystkiemu, pozwoliłem żeby Mandaryn i Maski ją skrzywdzili. A teraz jeszcze ten Ekstremis... Nie wiadomo co on tak naprawdę przyniesie. Wszedłem do sklepu. Potem kupie coś dla Rhodey'ego i Roberty. 

~*~

Jeszcze kolejny miesiąc później. 

Nadszedł ten dzień. Ekstremis jest w pełni gotowy. Próbowałem przez dwa miesiące stworzyć recepturę idealną i z dumą mogę powiedzieć, że mi się udało. Tylko czy to na pewno zadziała i da taki efekt jakiego oczekuję? 
Dalej panuje zima, Mamy środek stycznia, czyli nowy rok. Tak, Pepper jest już trzy miesiące w śpiączce, a może cztery? Straciłem rachubę czasu. Ważne, że mogę ją uratować. 
Rhodey przestał mnie już dręczyć i prawić kazania. Wiedział, że Pepper jest dla mnie bardzo ważna. Chyba zorientował się, że ją kocham i to bardzo. Na szczęście nie zadaje pytań, na które nie chce odpowiadać. Nie lubię mówić o swoich uczuciach, to zawsze sprawiało mi trudność. 
Wziąłem ze sobą lek w strzykawce. Oczywiście była tam tylko jedna kropla, nie chcę ryzykować gdyż jest to bardzo silna substancja. 
Po piętnastu minutach wpadłem do szpitala i od razu poszedłem do sali, w której leżała Pepper. Upewniłem się, że nikt się tutaj nie kręci. 
Bałem się, cholernie, że coś pójdzie nie tak. Wstrzyknąłem jej Ekstremis i czekałem. Czułem się jakbym trwał w wieczności, ta chwila wydawała mi się bardzo długa. 
Jednak kiedy usłyszałem nieustające pikanie i to, że monitor pokazuje wstrzymanie akcji serca i tą poziomą, ciągłą kreskę... 
Zabiłem ją. 
Zacząłem szybciej oddychać, poczułem ucisk w sercu. Co ja najlepszego zrobiłem?! Musiałem usiąść, bo myślałem, że serce wyskoczy mi z piersi... 
Patrzyłem na jej twarz, która była jeszcze bardziej blada niż powinna. Modliłem się żeby do mnie wróciła. 

~*~

Czułam rozsadzające mnie od środka ciepło. Poczułam się o niebo lepiej niż wcześniej. Taka silna i niezależna. 
- Udało mu się. - usłyszałam ostatni raz głos Cornelii. 
Znowu zapadłam w ciemność, jednak nie na długo. Otworzyłam oczy, jednak po chwili musiałam je zamknąć ponieważ ono drażniło moje oczy. Kiedy się już oswoiłam otworzyłam je ponownie. Wzięłam głęboki wdech i rozejrzałam się. Obok mnie siedział Tony, który miał twarz schowaną w dłoniach. 
Podniosłam się, jednak dalej siedziałam na łóżku. 
- Tony? 
Nie reagował przez chwilę. Po chwili podniósł głowę i spojrzał na mnie z nie dowierzaniem a jednocześnie z narastającą ulgę w oczach. Przyjrzałam mu się. Wyglądał na wyczerpanego i jednocześnie na szczęśliwego. Tak cieszyłam się, że go widzę, że los dał mi szansę powrotu. A może to sprawa Tony'ego?
- Powiesz coś? - spytałam bo zaczął mi się przyglądać ze zdziwieniem. 
Aż z nerwów chciałam poprawić włosy. Myślałam, że będą do łopatek, jednak kiedy moja ręka nie poczuła końcówek zdziwiłam się. Złapałam je i przełożyłam na ramię. Jakie było moje zaskoczenie kiedy moje włosy sięgały mi do bioder. 
- Tylko nie to. - powiedział Tony, jakby wybudzony z transu. 
Nie zrozumiałam nic z tego co powiedział. Jedyne co wiedziała, to to, że coś jest nie tak i to prawdopodobnie ze mną. 
- Idę po lekarza. Masz powiedzieć, że wszystko w porządku i wypisać na własne żądanie. Wytłumaczę ci wszystko potem. 
Lekarz przybył a zaraz za nim Tony. 
- Panno Potts, już myśleliśmy, że się pani nie wybudzi. Jak się czujesz? 
- Bardzo dobrze. Ile byłam w śpiączce?
- Ponad trzy miesiące. To cud, że w ogóle z nami rozmawiasz. - odparł lekarz z wyraźnym zadowoleniem. - Zrobimy jeszcze badania kontrolne i możesz opuścić szpital już nie długo.
- Chcę się wypisać na własne żądanie. - powiedziałam stanowczo. 
Nie potrzebne mi były żadne badanie, czułam się niesamowicie. Jak nowo narodzona, silna. Nie wiem dlaczego, ale coś musiało się stać.
- Skoro tak. Proszę chwilę poczekać. 
Lekarz wyszedł i po niecałych dziesięciu minutach wrócił. Oznajmił, że już wszystko załatwione i mogę stąd wyjść. Na szczęście miałam tutaj swoje ciuchy i kiedy się już przebrałam mogłam jechać z Tony'm do zbrojowni. Mam nadzieję, że dowiem się wszystkiego. 





Zaskoczone? Czuję, że zupełnie nie wyszedł mi ten rozdział. Nie jest taki jaki chciałam. Ale ocenę pozostawiam wam. 
Pozdrawiam. 





KONIEC KSIĘGI I

niedziela, 25 października 2015

Rozdział 24 cz.1: Żyj albo giń



Nadszedł ten dzień. A raczej wieczór. Stałem na dachu Stark International razem z Rhodey'm. Ja jako Iron Man a on jako War Machine. Wiedzieliśmy co nas czeka. Lada chwila zjawią się tutaj Maski. I mam nadzieję zobaczyć Pepper całą i zdrową. Muszę ją mieć przy sobie by się uspokoić. Nie spałem całą noc, dopracowywałem pancerze. Zrobiłem to bo nie wiem czego się po nich spodziewać. 
Ja i przyjaciel milczeliśmy. Chyba każdy z nas myślał jak to wszystko się potoczy, co będzie dalej. Nie czekaliśmy długo. Na dachu zjawiły się Whitney i Cornelia ale był z nimi ktoś jeszcze. Z góry założyłem, że to chłopak, gdyż miał na sobie czarną zbroję i hełm z rogami. Był w niej wysoki i wydawał się bardzo postawny. 
Teraz moją uwagę przykuła Pepper. Wyglądała na zmęczoną i zmartwioną. Na twarzy widziałem siniec, ktoś ją uderzył. Zdenerwowałem się. W dodatku ten gość trzymał ją za ręce i nie pozwolił się jej uwolnić. 
- Pepper!
Chciałem do niej podejść i ją uwolnić, już raz na zawsze ale nie mogłem jeszcze tego zrobić. Zatrzymał mnie słowa tego gościa. 
- Spokojnie, Stark. Twojej królewnie nic nie jest. Tylko Maski ją trochę poobijały. 
Spojrzałem z pogardą i wściekłością na te dwie, mimo to, że one nie mogły tego zobaczyć. 
- Czego chcecie? - spytałem, chociaż wiedziałem czego chcą. Naszej śmierci.
- Stark, imbecylu. Oczywiście, że waszej śmierci. Tylko ty i ta twoja zgraja możecie mi przeszkodzić w poszukiwaniu pierścieni. - mówiąc to, wskazał na rękę, na której połyskiwały dwa pierścienie, każdy z innym odcieniem kamienia. 
Zgłupiałem całkiem. O co mu chodzi? W życiu nie widziałem tych pierścieni na oczy. 
- Załatwcie ich. 
Wtedy stało się coś niespodziewanego. Whitney jak mi się wydaje, pokonała kilka metrów, które nas dzieliły i dobiegła do Rhodey'ego przyczepiając mu coś do pancerza. Ten nie mógł tego zdjąć. Domyśliłem się, że to bomba bo zaczęła pikać i świecić na czerwono. Obejrzałem się i zobaczyłem, że Mandaryn stoi przy dachu i trzyma Pepper na krańcu. Ta szarpała się a ja bałem się, że wypadnie. 
- No, kogo poświęcimy na początek? - zapytała Cornelia z niepohamowanym śmiechem.
Spojrzałem na Pepper, która miała nieodgadnięty wyraz twarzy. Spojrzała na mnie przepraszająco ale jednocześnie z oddaniem i... miłością? Przewidziałem się? Myślałem, że tylko ja czuję do niej coś więcej niż tylko przyjaźń. Przynajmniej tak mi się wydawało... Zamartwiałem się o nią i byłem gotowy do największego poświęcenia. Próbowała się uśmiechnąć ale chyba strach jej na to nie pozwalał. 
- Złap ją to przeżyje. 
Wszystko wydawało się iść w zwolnionym tempie. Chłopak w zbroi wypuścił Pepper z ucisku. Widziałem tylko jej spojrzenie pełne strachu i słyszałem jej przerażający krzyk. Zanim się zorientowałem co tak naprawdę się stało i zanim poleciałem w dół... Już nie widziałem jak spada. 
Zostawiłem Rhodey'ego bo wiedziałem, że sobie poradzi. Ma silny pancerz, który został wzmocniony i przetrwa ten wybuch, a w lepszym wypadku strąci bombe. 
Leciałem w dół z coraz większą rozpaczą. Prawie wpadłem na jakiś dach, a potem wleciałem w sznurki na pranie. Wylądowałem i wtedy moje serce zamarło. 

~*~

Chwile wcześniej

Mandaryn trzymał mnie bardzo mocno nad przepaścią. Bałam się, jednak nie chciałam tego pokazywać. Spojrzałam na Tony'ego, a raczej Iron Man'a. Mimo to, wyobraziłam sobie jego roześmianą twarz i te oczy, tak cudownie niebieskie. 
Tony nie był mi obojętny.
Martwiłam się o niego nawet teraz, przez chwilę jeśli mu nic nie grozi. Zakochałam się?
Wiedziałam, że teraz już na wszystko za późno. Jeśli Mandaryn mnie puści, nie przeżyję tego. Małe szanse, że Tony mnie złapie, jednak wolałabym aby tak się stało. Próbowałam się uśmiechnąć gdy poczułam jak uścisk się zwalnia a ja spadam. 
Krzyczałam, wiedziałam, że to nic nie da, ale poczucie lęku było zbyt duże. Obiłam się o jakiś dach. Powoli zaczynałam tracić świadomość. Do tego doszły jakieś sznurki, które trochę spowolniły upadek dzięki temu, że się na nich przez chwile zatrzymałam. Próbowałam się ich jakoś złapać, rozpaczliwie nie chciałam spaść i obić się o ziemię. W końcu upadłam na twardy grunt. Dopiero wtedy poczułam ból w okolicy serca i czaszce. Spojrzałam resztkami sił w górę. Widziałam go jak leciał w moją stronę. Był całkiem blisko. Chciałam zobaczyć jego twarz, walczyłam aby nie zamknąć oczu. Było to trudne, bo ciężko mi się oddychało, jakby ktoś usiadł na moich płucach. Do tego ten pulsujący ból w czaszce. 

~*~

Podbiegłem do niej zdejmując hełm. Nie przejmowałem się tym, że ktoś mnie może zobaczyć. Liczyła się tylko ona. Uklęknąłem przy niej i zobaczyłem, że ma otwarte oczy. 
- Pepper... Wytrzymaj zabiorę cię do szpitala. 
- Nie... dam... rady. - wyjąkała, ledwie słyszalnym głosem. - To... koniec... 
Ciężko było mi uwierzyć, że ona - twarda i silna dziewczyna się poddaje. Nie chciałem myśleć o tym, że Pepper, dziewczyna, która zawsze była dla mnie pocieszeniem mnie opuszcza. I to na zawsze. Nie chciałem dopuścić tego do myśli. 
- Pepper... Nie rób mi tego, błagam! - spojrzałem na nią z żalem i rozpaczą.
Uśmiechnęła się lekko, a jej oczy zamknęły się. Ciało opadło jakby przestała oddychać. Zrozumiałem, że nie żyje. Rozpłakałem się, miałem ochotę rozwalić wszystko dookoła, nawet cały świat. Tylko.., czy mój cały świat nie zgasł? Tak... Cholera nie! Nie pozwolę na to!
Dlaczego ona?! Była cudowna pod każdym względem, a ja dopiero teraz to zrozumiałem. Kocham ją. Bez wątpienia, bez żadnego zapytania. Tylko czemu ja głupi nie domyśliłem się tego wcześniej? Może w obliczu śmierci przez poczucie strachu rozumiemy co tak naprawdę ta osoba dla nas znaczy i ile dla niej jesteśmy w stanie poświęcić?
Nie mogłem się poddać, nikt nie mógł mi jej odebrać. Założyłem hełm i wziąłem ją na ręce. Była taka lekka i delikatna. Nie czułem jak oddycha... A tak bardzo chciałem poczuć iskierkę nadziei. Wylądowałem na dachu budynku. Spojrzałem na Rhodey'ego, był cały i zdrowy. Pancerz był nie uszkodzony, więc nie zdetonowały bomby albo ją zdjął.
Teraz moją uwagę zwrócił Maski... One także nie żyły. Tylko kto je zabił?
- Co z nią? - spytał mnie Rhoedy, wskazując na Pepper.
- Stark, ona tego nie przeżyła. Dobrze o tym wiesz.
Zdenerwowałem się. To wszystko jego wina! To on nasłał na nas te dwie pokraki! Przez niego moja Pepper nie żyje!
- Ty pieprzona gnido, to wszystko twoja wina! - już miałem się na niego rzucić, jednak on mi przerwał.
- Brawo, Stark. Pamiętaj spotkamy się jeszcze. W końcu tylko ona nie żyje. - mówiąc to zaśmiał się diabolicznie i zniknął.
Stałem i patrzyłem się w to miejsce, w którym stał przed chwilą Mandaryn. Później szukałem wzrokiem Masek jednak nigdzie ich nie znalazłem. Musiał je zabrać. Cholera, on je zabił. To był ich plan?
Spojrzałem na Pepper. Nic się nie zmieniło, nie otworzyła oczu. Nie chciałem jej tracić. Nie teraz kiedy na razie mogliśmy odetchnąć.
- Czy ona naprawdę... nie żyje? - spytał mnie Rhoedy, nie dowierzając.
- Nie pozwolę na to.
Odleciałem w kierunku szpitala. Musi być szansa, nie odpuszczę tak łatwo. Nikt nie może mi jej zabrać. Nie mogę sobie wyobrazić życia bez jej uśmiechu i tych pięknych, brązowych oczu, które zawsze wyrażały tyle szczęścia.
Wbiegłem do szpitala. Ludzie patrzyli na mnie zaskoczonym wzrokiem, niektórzy komentowali moje pojawienie się tutaj. Nie obchodziło mnie to, jak przez mgłę docierały do mnie różne słowa.
- Proszę ją ratować! - wykrzyknąłem do lekarza, który szedł przez korytarz,
- Co się stało? - spytał bardzo zaskoczony.
- Spadła z bardzo wysoka.
Położyłem ją na łóżku, które przygotowały pielęgniarki.
- Oddycha?
- Nie wiem. - skłamałem. Wiedziałem, że nie oddycha. Może chciałem mieć choć płomyk nadziei?
Lekarz sprawdził puls. Modliłem się, błagałem, żeby zaczęła wracać. Nie chciałem dopuścić myśli, że jest już po ,,tamtej stronie"
- Prawie niewyczuwalny. Serce bije słabo. Proszę zawieźć ją jak najszybciej na sale. - oznajmił lekarz.
Teraz wszystko działo się w przyśpieszonym tempie. Chciałem iść za nimi, jednak powiedziano mi, że jest to niemożliwe.
Teraz muszę wrócić do zbrojowni i czekać aż ktoś powiadomi mnie, że tutaj jest. Chociaż ja wiedziałem o tym pierwszy, to formalnie Tony Stark nie.
Wyszedłem ze szpitala i wzbiłem się w powietrze, Tak bardzo nie chciałem stąd odlatywać, ale wiedziałem, że muszę. Zadzwoniłem do Rhodey'ego, odebrał.
- Czekam w zbrojowni.
Po tym rozłączyłem się. Wleciałem przez tunel prowadzący do zbrojowni. Zdjąłem pancerz i schowałem go do komory. Rhodey już na mnie czekał.
- Co z nią? - spytał.
Chciałem uniknąć tematu, nie wiedziałem co mam mu powiedzieć, bo tak naprawdę to sam chciałem wiedzieć czy Pepper przeżyje.
- Co tam się stało? - zadałem pytanie, tylko po to aby go nie martwić.
James zamilkł. Spuścił wzrok, patrzył na swoje buty.
- Strąciłem bombę i rzuciłem nią w Maski. Dobrze wiedziałem, że mogą tego nie przeżyć. Chciałem żeby zapłaciły za wszystko co nam zrobiły. Najbardziej dostała Whitney... Mandaryn się wkurzył i je dobił.
Co miałem powiedzieć? Byłem zaskoczony, że Rhodey chciał je wykończyć, chociaż pewnie to samo zrobiłbym na jego miejscu.
- Dobrze zrobiłeś. Nie miałeś na to wpływu, zasłużyły sobie na to.
- Powiesz mi w końcu jak ona się czuje? - zapytał James, z lekkim rozdrażnieniem w głosie.
- Umarła na moich oczach... Nie oddychała... Nie wiadomo czy to prawda, ale... Tak jakby wróciła... Cudem. - mówiąc to, czułem jak moje serce zalewa fala rozpaczy i smutku.
Jak mogłem do tego dopuścić, żeby tak cierpiała i to tylko przezemnie? Jeśli z tego wyjdzie to nie pozwolę jej już nigdy się narażać. Musi przeżyć, musi walczyć - walczyć dla mnie.
- Tony?
Nagle ogarnęła mnie złość, którą już od tak dawna dusiłem w sobie. Zrzuciłem wszystko z blatu.
- Tony! Moja mama dzwoniła, już wszystko wie. Co jej powiemy?
- Musimy skłamać. Nie było nas przy tym... Dobrze wiesz, że nie możemy jej powiedzieć o tym co tam zaszło.
Wyszliśmy ze zbrojowni. Złapaliśmy taksówkę i jechaliśmy w kierunku szpitala. Po jakiś piętnastu minutach znaleźliśmy się na miejscu. Wbiegłem do szpitala potrącając wszystkich. Dobiegłem do recepcji.
- Gdzie leży Patricia Potts?
Nie uzyskałem odpowiedzi od recepcjonistki tylko od mamy James'a.
- Chodźcie, lekarz już jest.
Poszliśmy za nią. Dotarliśmy pod blok i sale zabiegowe. Doktor widząc nas oznajmił.
- Nie mam dla państwa dobrych wieści. Dziewczyna jest w stanie krytycznym jej serce jest za słabe... Będzie dobrze jeśli z tlenem wytrzyma tydzień. Nic nie możemy zrobić.
- A gdyby dostała rozrusznik? - szukałem dla niej ratunku.
- Małe szanse.. Musiałaby dostać naprawdę silnych wstrząsów aby się obudzić a najgorszym przypadku i bardziej przewidywalnym nie przeżyłaby. Przykro nam.
Mój świat przestał istnieć. Teraz wiedziałem, że ona umiera i, że nie ma dla niej ratunku. Dlaczego akurat ona? Była najlepszą osobą jaką znałem, a teraz świat mi ją odbiera. Nigdy się z tym nie pogodzę. Jeśli jej nie uratuję, nie nazywam się Tony Stark.
Poczułem jak robi mi się słabo. Nie reagowałem, nie zależało mi w tej chwili na niczym. Jeśli Pepper umrze ja też długo nie pociągnę. W końcu moje serce bije tylko dla niej.
Upadłem na podłogę i straciłem przytomność. Niech się dzieje co chce, skoro przy mnie jej nie ma.






Zaskoczone? 
Już prawie koniec księgi I :) Jak wam się podoba?
Pozdrawiam. 



sobota, 17 października 2015

Rozdział 23: Każdy na tym ucierpi




Wpadłem w szał. Miałem dość tego wszystkiego, chciałem to zakończyć raz na zawsze. Ostatecznie. Nie chcę czekać do jutra! Dlaczego nie teraz?! Przecież wiem co mam robić, mam je wykończyć!
Ochłoń trochę Tony, ochłoń. Musisz porozmawiać z Rhoedy’m. Powinien wiedzieć co się stało. Ale co z Pepper? Mam ją tak zostawić i czekać? Co jeśli to kolejna pułapka? Boże, co ja mam robić? Chyba zaczynam wariować.
Pójdę do przyjaciela, - chociaż ciężko mi nie myśleć o Pepper -  tylko on myśli racjonalnie w takich sprawach.
Rhoedy był w domu, w naszym pokoju. Siedział przy biurku z książką do historii. Jak on może się tego uczyć? Zamknąłem drzwi i podszedłem do niego. Zamknąłem mu książkę i powiedziałem.
- Mamy kłopoty, a ty te średniowieczne pierdoły czytasz. – mruknąłem z wyrzutem.
- Co się stało? – spytał patrząc na mnie dociekliwie. – Gdzie Pepper?
- W tym właśnie problem, Whitney ją zabrała…
- I mówisz to tak spokojnie?! – prawie krzyknał.
- Ale do cholery co miałem zrobić?! Nawet nie wydała żadnego dźwięku! Porwała ją przy zbrojowni, byłem tak blisko a jednocześnie tak daleko! – wydarłem się i zrzuciłem książki z blatu.
Rhoedy spojrzał na mnie wielkimi oczami, chyba nie spodziewał się takiej reakcji z mojej strony. Ja sam nawet nie wiedziałem, dlaczego tak wybuchłem. Może dlatego, że byłem u kresu sił?
- Dobrze… Widzę, że nie jesteś spokojny.
- Jutro wieczorem na dachu. Jeśli nie, Pepper zginie. – powiedziawszy to opadłem na łóżko.
- Pieprzone wariatki!
Byłem zaskoczony, pierwszy raz w życiu Rhodey się uniósł. Nie przypominam sobie żeby wcześniej przeklął albo krzyczał. Z natury jest spokojnym i rozważnym człowiekiem. Widocznie nie tylko ja mam dość tej sytuacji. O ile to można tak nazwać..
- Nie mamy wyjścia. Wiem na pewno, że nie pozwolę aby któremuś z was coś się stało.
- Co zrobimy? Szukamy jej czy czekamy do jutra?
Cholera… Nie chcę jej zostawiać. Nie teraz, kiedy wiem, że wszystko może się stać przez tą jedną noc. Jeśli Whitney kłamała i zrobi coś Pepper? Co jeśli nie dotrzyma słowa? A może lepiej nie ryzykować jej życia? Nie wiem co robić, a tak bardzo chcę wiedzieć. Jeden błąd może kosztować jej życie. Ona musi żyć, musi żyć dla mnie. Martwię się o nią nawet wtedy kiedy wiem, że nic jej nie grozi. Kiedy jest przy mnie czuję coś dziwnego, coś czego nie umiem nazwać.
Muszę podjąć decyzję, mam nadzieję, że nie będę jej żałował.
- Nie szukajmy jej. – powiedziałem cicho z wielkim trudem.
- Jesteś pewny? – spytał przyjaciel patrząc na mnie nie pewnie.
- Nie jestem. A co jeśli będziemy jej szukać i one się zorientują?
- Może i masz rację.
- Teraz tylko musimy czekać. – odpowiedziałem i wstałem.
- Gdzie idziesz?
- Do zbrojowni, nie mogę siedzieć bezczynnie.
Wyszedłem z pokoju i zamknąłem drzwi. Zbiegłem po schodach i poszedłem w kierunku zbrojowni. Wpisałem kod i podszedłem do głównego komputera. Coś we mnie pękło. Wpisałem dane Pepper i wydałem polecenie lokalizacji. Jeśli nic się nie wyświetli to zacznę się martwić jeszcze bardziej.
O dziwo ukazał się wynik. Lokalizacja podawała, że Pepper jest gdzieś na obrzeżach Nowego Yorku. Zdziwiło mnie to, że nie próbowały zakłócić sygnału. Wtedy zrozumiałem że to musi być pułapka. Jeśli tam polecę, to tym samym pożegnam się z Pepper. Ciężko mi podjąć taką decyzję, ale wiem, że teraz będzie trochę bardziej bezpieczna. Chociaż niczego już nie jestem pewien.
Aby się trochę uspokoić zabrałem się za udoskonalanie mojej zbroi. Potem trzeba zabrać się za pancerz Rhodey’ego.


~*~

Obudziłam się, chociaż wcale tego nie chciałam. Wiedziałam, że porwały mnie Maski i nie będę miała chwili spokoju. Rozejrzałam się i stwierdziłam, że nie jestem w najgorszym miejscu. Pomieszczenie było wielkie i oświetlone. Leżałam na jakiejś zatęchłej, starej kanapie. Cieszyłam się z tego, że nie musiałam leżeć na betonie. Przede mną stały trzy osoby. Duet czyli Whitney i Cornelia. Trzeciej osoby nie rozpoznawałam. Przyglądałam się jej i stwierdziłam, że ma ona zbroję na sobie i hełm z rogami – jeśli tak można je nazwać – a na lewej ręce dwa pierścienie. Starałam się być cicho gdyż ta trójka o czymś rozmawiała.
- Lepiej żebyście wykonały swój plan tak jak potrzeba, bo jeśli nie to was spotka kara. – powiedział jak mi się wydaje mężczyzna w tej przedziwnej zbroi.
- Mandarynie, wątpisz w nasze możliwości? – odezwała się jedna z Masek.
Teraz już wiem, że ten koleś w zbroi jest zwany Mandarynem. Dość dziwna nazwa, trochę śmieszna jak na szefa tej zabójczej dwójki.
- Tak. Wam nie można ufać. – warknął Mandaryn.
- Tak jak tobie.
Mandaryn odszedł zostawiając Maski same. Wiedziałam, że teraz zainteresują się mną, co mi się szczególnie nie podobało.
- Witaj w naszej siedzibie. Podoba się? – rozpoznałam po głosie, że to Cornelia.
- Może być. – odpowiedziałam odważnie, było mi wszystko jedno.
Tymczasem Whitney stała przy wielkim panelu, który zapewne był komputerem. Uśmiechała się patrząc w pulpit.
- Wiedziałam. – mówiąc to odwróciła się w moją stronę. – Jeśli Tony tutaj przyleci, to zginiesz.
Spojrzałam na nią przestraszonym wzrokiem. Przemknęło mi przez myśl, że Tony o niczym nie wie i się tutaj zjawi.
- Jutro wieczorem na dachu Stark International wszystko się zakończy. Ale jeśli on tutaj się zjawi, ty skończysz szybciej. Módl się żeby nie był taki głupi i wyrywny.
Z trudem przełknęłam ślinę. Miałam nadzieję, że Tony domyśli się, że to może byś pułapka. Chociaż znając jego porywczość i zdolność do pakownia się w kłopoty może się tu pojawić. Obym się myliła.
- Zastanawiasz się pewnie co zrobi? – spytała mnie Cornelia, która zdjęła swoją maskę.
Wyglądała tak jak zwykle tylko widać było po niej zmęczenie. Chyba musiały nie spać, bo pewnie nas obserwowały. Poczułam jeszcze większą niechęć do niej niż wcześniej. Jeszcze gorszą niż do Whitney, którą do tej pory tak nienawidziłam. Oczywiście nic się w tej kwestii nie zmieniło. Teraz oby dwie stoją na tej samej pozycji: Numer jeden na liście znienawidzonych osób. I do tego dochodzi ten tajemniczy facet, Mandaryn.
- Nie przyleci. Nie zaryzykuje twojego życia. W końcu to Anthony Stark, jest przebiegły, inteligentny i do tego jest Iron Man’em. Zrobi wszystko, ale nie wyda cię na pewną śmierć.
Byłam zaskoczona jej wypowiedzą... Skąd ona może tyle o nim wiedzieć? Pewnie przez te dwa dni, które spędziła z Tony’m jako ja. Wiedziałam, że jest dobrą obserwatorką, ale żeby aż tak?
- A Whitney ma jeszcze jakiekolwiek nadzieje. – mówiąc to zaśmiała się. – Jesteś głupia jeśli tak myślisz.
Teraz druga blondyna zdjęła maskę. Wyglądała gorzej od mojej dawnej przyjaciółki. Oczy miała podkrążone i podpuchnięte jakby płakała.
- Wcale tak nie jest. – wrzasnęła i rzuciła maską gdzieś w kąt.
Wzdrygnęłam się. Co ją tak zdenerwowało? Wiem, że chciała mojej śmierci, ale skoro zaprzeczyła to o co chodzi?
- Masz wątpliwości Whitney. Nie chcesz jego śmierci. – odparła z wyższością.
- A ty chcesz śmierci Rhodey’ego? – podeszła do niej i spojrzała z pogardą. – Odwal się ode mnie, zajmij się sobą. Zakończymy to i się rozstaniemy.
Teraz Cornelia nie odpowiedziała. Jak mogły porwać się na takie szaleństwo skoro oby dwie są zakochane w osobach, które mają zabić? Skrzywdziły nas wszystkich a tylko dlatego, że pojawiłam się ja. Whitney uważała, że stanęłam na drodze jej szczęścia z Tony’m. A Cornelia? Nie wiem. Jest dobry moment aby się dowiedzieć co ją podkusiło do tego wszystkiego.
- Dlaczego to robicie?
Zapadła krępująca cisza. Whitney spojrzała na mnie z nienawiścią w oczach, tak samo jak Cornelia.
- Jeszcze nic nie rozumiesz, tępa dziewucho?! Zabrałaś mi Tony’ego! To ja miałam być z nim szczęśliwa! Zjawiłaś się ty i wszystko się popsuło! – wrzeszczała jak oszalała blondyna.
Nie było mi jej żal. Nie czułam się winna. Tony sam sobie wybiera przyjaciół, ja nie ingerowałam w jego kontakty z córką Stane’a. Nie dość, że sprowadziła terror na naszą trójkę to teraz chce nas wszystkich pozabijać. Kompletna wariatka!
- Whitney do jasnej cholery! Chcesz żeby Mandaryn się znowu na nas zdenerwował?! Dalej nic nie rozumiesz?! Jedno nie porozumienie i to on nas zabije, kretynko! – krzyknęła Cornelia podchodząc do Whitney.
Whitney nie patrząc na nią podbiegła do mnie. Ja wiedząc czego się można po niej spodziewać wstałam i zaczęłam odchodzić od kanapy. Whitney była szybsza. Złapała mnie za ramię a drugą ręką wymierzyła cios z pięści w prosto moją twarz. Splunęłam krwią. Nie myśląc o konsekwencjach oddałam jej. Ta zachwiała się i kopnęła mnie z kolana w brzuch a potem powaliła na podłogę. Spodziewałam się kolejnego ciosu, jednak nic takiego się nie stało. Kręciło mi się w głowie, wiedziałam, że stracę przytomność. I tak też się stało. Przynajmniej nie poddałam się bez walki.









Wróciłam do was po długiej nieobecności z nowym rozdziałem. Jeszcze dwa rozdziały i koniec pierwszej księgi. Spodziewajcie się, że będzie gorąco. 
Pozdrawiam. 


Obserwatorzy