sobota, 7 listopada 2015

Rozdział 24 cz.2: Ja już nie istnieję



Błądziłam w nicości. Ubrana byłam w białą, długą suknię do ziemi. Włosy powiewały, stopy były bose. 
Zastanawiałam się gdzie jestem i czy umarłam. Tak samo jak moja suknia pomieszczenie a raczej ten świat był biały, wręcz blady. Szłam przed siebie, tylko tyle mogłam zrobić. Ujrzałam jakąś postać, która szła w moją stronę. Rozpoznałam ją od razu. To Cornelia! A zaraz za nią malowała się postać Whitney. Co teraz? Chciałam się cofnąć, zrobić coś tylko po to by z nimi nie rozmawiać. Podeszły do mnie, ubrane w to samo co ja. Przez długą chwilę stałyśmy i patrzyłyśmy na siebie. Czekałam aż mi to wszystko wytłumaczą. Nie bałam się ich, teraz już nic nie mogły mi zrobić. Tylko dlaczego to właśnie je spotkałam? 
- Czyli jednak cię pogrzebałyśmy. - odezwała się Whitney z triumfem w głosie.
- Dla niej jest jeszcze nadzieja. - odezwała się Cornelia.
- Gdzie jestem i dlaczego was jeszcze oglądam? - spytałam dość chłodno. 
- Jesteś wpół umarła. Masz szansę powrotu. My jesteśmy stracone, ale nie odejdziemy póki z kimś nie porozmawiamy. Najwidoczniej to jesteś ty. - odparła Cornelia, która zrobiła się o wiele milsza. 
Nie spodobało mi się to, wcale nie chciałam z nimi rozmawiać. To ostatnia rzecz na jaką miałam ochotę. 
- Przecież rozmawiamy. - warknęłam jeszcze bardziej zdenerwowana. - Tylko, że ja nie chce z wami rozmawiać. 
- To działa obustronnie. I ty stąd nie wrócisz, dla ciebie nie ma już ratunku. - odezwała się Whitney. - Tony ci już nie pomoże. 
- Whitney! - wrzasnęła Cornelia. - On nigdy nie należał do ciebie i już nie będzie!
- Gdyby ona się nie pojawiła bylibyśmy razem...
- Jego serce już od dawna należy do niej. - powiedziała Cornelia i wskazała na mnie. 
- Co to znaczy?  -spytałam lekko przestraszona. 
Pomyślałam, że Tony byłby na tyle szalony żeby się dla mnie poświęcić. Chociaż to niedorzeczne. Nie ryzykował by swojego życia...
- Głupia... Pomyślała, że się poświęcił... - skomentowała z wyraźnym zażenowaniem w głosie Whitney. 
- Kocha cię. Zrobiłby dla ciebie wszystko. 
Co? Tony mnie kocha? Nie... One mnie wkręcają... Ja zaraz się obudzę i wszystko będzie normalne.
- A my musimy  podtrzymywać cię przy życiu tak długo jak się da. 
- Nie mam zamiaru! - rzuciła wściekła panna Stane. 
- Już za późno. Robimy to od kiedy tutaj jesteśmy. 
Po minie tej zadufanej w sobie blondynce wywnioskowałam, że nie jest zadowolona. Jak z tego, że udało mi się przeżyć. 
- Czyli jeśli ja przeżyję to co z wami? 
- Już nas więcej nie zobaczysz, gwarantuję.
Tyle mi wystarczyło. 
Tylko czy jeszcze kiedyś zobaczę Tony'ego? 

~*~

 Co mam zrobić? Jak ją uratować? Skoro nie mogę dać jej implantu, to co innego mam zrobić? Myśl Tony... Gdyby teraz był tutaj tata, wiedziałby co można zrobić... Jestem sam. Oczywiście jest Rhodey, ale czy on wymyśli coś co jej pomoże? 
Muszę znaleźć rozwiązanie. Najlepiej będzie jak poszperam w papierach ojca. 
Ale najpierw do niej zajrzę. Podszedłem do jej łóżka. Była w kiepskim stanie, twarz blada a włosy jakby straciły swój dotychczasowy blask. Moja Pepper. Mogę tak mówić? Przecież nie jesteśmy razem, ale... Nie słyszy tego. Chociaż bardzo chciałem żeby wiedziała co do niej czuje. Może ona czuje to samo? 
Podszedłem bliżej i złapałem ją za rękę. Ścisnąłem delikatnie jej rękę. Była taka chłodna, jednak nie do końca zimna. Czułem trochę ciepła, jednak było ono niewielkie. Wiedziałem, że muszę się spieszyć. 
- Wytrzymaj. Nie pozwolę ci umrzeć. 
Z trudem wyszedłem. Nie chciałem jej opuszczać ale wiedziałem, że czas mnie nagli. Każda godzina a nawet minuta się liczy. W niedługim czasie byłem już w domu i postanowiłem zajrzeć do pudeł, które zostały mi po tacie. A mianowicie to co w nich było, czyli wszystkie jego niekończone projekty. Odnalazłem je zakurzone na strychu. Widocznie nikt tutaj dawno nie zaglądał. Ja też tu często nie bywałem gdyż nie chciałem wracać do tamtego dnia. 
Otworzyłem pierwsze pudełko jakie mi się nawinęło i zacząłem je wertować. Nic ciekawego, chociaż... Znalazłem projekt maski. Tej, którą nosiły te dwie pokraki. Wiem, że nie wolno źle wyrażać się o zmarłych ale nie potrafię się powstrzymać zwłaszcza, że to one są winne tej katastrofie. I po części ja. Nie umiałem temu zaradzić w odpowiednim momencie. 
Spędziłem tak sporo czasu, aż natrafiłem na dwie ciekawe rzeczy. Pierwsza z nich to notatnik, z pewnością należał do ojca. Natomiast to co przykuło moją uwagę to skład i sposób przygotowania pewnej substancji zwanej Ekstremis, Zacząłem czytać opis.Miała ona na celu dostanie się do najgłębszych i najbardziej odległych części mózgu. Dopisane było, że w przypadku złego stanu człowieka może służyć jako substancja ratunkowa.
To jest to czego szukam!
Drobnym druczkiem dopisane było, że zbyt duża ilość może doprowadzić do śmierci lub do nadzwyczajnych zdolności takich jak:
Niewidzialność
Super siła
Telekineza
Zmartwiłem się. Duże ryzyko. Co jeśli przesadzę z ilością i Pepper stanie się jakąś maszyną do zabijania? Czy jest w ogóle szansa sporządzenia tego? Tyle pytań i wątpliwości a ja dalej nie wiem co robić. Muszę zaryzykować i spróbować.
Wziąłem projekt i poszedłem do zbrojowni. Najpierw musiałem zabrać się za składniki. Co na pewno nie będzie łatwe.

~*~

Miesiąc później.

Czas leci tak szybko a ja jeszcze nie mam większości składników. A to tylko dlatego, że są bardzo trudno dostępne.
Pepper miała się tak samo jak wcześniej. Lekarze byli zaskoczeni, że tak długo utrzymuje się przy życiu. Wyglądało to tak, że na starcie chcieli ją uśmiercić. Ale ona walczyła. Jest silna, wyjdzie z tego a ja jej w tym pomogę.
Odwiedzam ją codziennie. Fakt, zaniedbuję trochę naukę ale naprawdę ciężko mi gdy nie widzę jej twarzy. Chciałbym żeby przy mnie była.
Wszedłem do sali i usiadłem na krześle obok jej łóżka. Było to moje stałe miejsce, od bardzo długiego czasu. Serce rozpadało się na milion kawałków gdy patrzyłem w jakim jest stanie. Jak mogłem do tego dopuścić? To pytanie dręczy mnie codziennie. Po nocach śni mi się jak spada, a ja nic nie mogę zrobić. Stoję jak słup soli i nagle się budzę. Mam dość, chcę żeby wróciła. Bez niej jestem tylko Iron Man'em. Tony Stark nie istnieje kiedy Pepper tutaj nie ma.

~*~

Kolejny miesiąc później.

Wszystko co potrzebne do sporządzenia Ekstremisu już mam. Gorzej jak to się w ogóle nie uda. Mogę wysadzić wszystko dookoła lub zbyt duża ilość składników spowoduje nagłe zmiany w jej organizmie. Obym tylko miał rację i żeby wszystko się udało.
Stan Pepper dalej jest nijaki. Ani dobry, już bardziej zły. Lekarze twierdzą, że już się nie obudzi. Zupełna agonia. Nie mogę tego słuchać, za bardzo boli mnie serce kiedy słyszę, że ją tracę. Zaczynam popadać w paranoje i depresję. Każde miejsce, które widzę przypomina mi ją. Rzadko kiedy jem i piję, całymi dniami siedzę zamknięty w zbrojowni. Czasami nie pójdę na lekcje. Gdyby to ode mnie zależało nie chodziłbym tam wcale, ale jest jeszcze Roberta. Rhodey próbuje ze mną rozmawiać, przemówić, że tak nie powinno być. Chociaż ja to wiem ale nie umiem inaczej. Tęsknię za nią, nie mogę tak po prostu odpuścić. 
Tylko co będzie kiedy się obudzi? Czy wszystko będzie dalej tak samo jak wcześniej? 
Za nie długo święta. Właściwie to jutro a ja nawet nic nie kupiłem Rhodey'emu. Muszę mu podziękować za to, że mnie wspiera i za to, że jeszcze nie zwariował. 
Wyszedłem ze zbrojowni i udałem się do centrum handlowego. Po niecałej godzinie dojechałem na miejsce. Było bardzo dużo ludzi, pewnie nie tylko ja nie miałem na to wszystko czasu. Przechodząc koło jubilera zauważyłem kolię wysadzaną brylantami. Od razu rzuciła mi się w oczy, nie ukrywam znowu pomyślałem o Pepper. Wiem, że nie ma jej tu ze mną, ale... Ją muszę przeprosić. Nie zapobiegłem temu wszystkiemu, pozwoliłem żeby Mandaryn i Maski ją skrzywdzili. A teraz jeszcze ten Ekstremis... Nie wiadomo co on tak naprawdę przyniesie. Wszedłem do sklepu. Potem kupie coś dla Rhodey'ego i Roberty. 

~*~

Jeszcze kolejny miesiąc później. 

Nadszedł ten dzień. Ekstremis jest w pełni gotowy. Próbowałem przez dwa miesiące stworzyć recepturę idealną i z dumą mogę powiedzieć, że mi się udało. Tylko czy to na pewno zadziała i da taki efekt jakiego oczekuję? 
Dalej panuje zima, Mamy środek stycznia, czyli nowy rok. Tak, Pepper jest już trzy miesiące w śpiączce, a może cztery? Straciłem rachubę czasu. Ważne, że mogę ją uratować. 
Rhodey przestał mnie już dręczyć i prawić kazania. Wiedział, że Pepper jest dla mnie bardzo ważna. Chyba zorientował się, że ją kocham i to bardzo. Na szczęście nie zadaje pytań, na które nie chce odpowiadać. Nie lubię mówić o swoich uczuciach, to zawsze sprawiało mi trudność. 
Wziąłem ze sobą lek w strzykawce. Oczywiście była tam tylko jedna kropla, nie chcę ryzykować gdyż jest to bardzo silna substancja. 
Po piętnastu minutach wpadłem do szpitala i od razu poszedłem do sali, w której leżała Pepper. Upewniłem się, że nikt się tutaj nie kręci. 
Bałem się, cholernie, że coś pójdzie nie tak. Wstrzyknąłem jej Ekstremis i czekałem. Czułem się jakbym trwał w wieczności, ta chwila wydawała mi się bardzo długa. 
Jednak kiedy usłyszałem nieustające pikanie i to, że monitor pokazuje wstrzymanie akcji serca i tą poziomą, ciągłą kreskę... 
Zabiłem ją. 
Zacząłem szybciej oddychać, poczułem ucisk w sercu. Co ja najlepszego zrobiłem?! Musiałem usiąść, bo myślałem, że serce wyskoczy mi z piersi... 
Patrzyłem na jej twarz, która była jeszcze bardziej blada niż powinna. Modliłem się żeby do mnie wróciła. 

~*~

Czułam rozsadzające mnie od środka ciepło. Poczułam się o niebo lepiej niż wcześniej. Taka silna i niezależna. 
- Udało mu się. - usłyszałam ostatni raz głos Cornelii. 
Znowu zapadłam w ciemność, jednak nie na długo. Otworzyłam oczy, jednak po chwili musiałam je zamknąć ponieważ ono drażniło moje oczy. Kiedy się już oswoiłam otworzyłam je ponownie. Wzięłam głęboki wdech i rozejrzałam się. Obok mnie siedział Tony, który miał twarz schowaną w dłoniach. 
Podniosłam się, jednak dalej siedziałam na łóżku. 
- Tony? 
Nie reagował przez chwilę. Po chwili podniósł głowę i spojrzał na mnie z nie dowierzaniem a jednocześnie z narastającą ulgę w oczach. Przyjrzałam mu się. Wyglądał na wyczerpanego i jednocześnie na szczęśliwego. Tak cieszyłam się, że go widzę, że los dał mi szansę powrotu. A może to sprawa Tony'ego?
- Powiesz coś? - spytałam bo zaczął mi się przyglądać ze zdziwieniem. 
Aż z nerwów chciałam poprawić włosy. Myślałam, że będą do łopatek, jednak kiedy moja ręka nie poczuła końcówek zdziwiłam się. Złapałam je i przełożyłam na ramię. Jakie było moje zaskoczenie kiedy moje włosy sięgały mi do bioder. 
- Tylko nie to. - powiedział Tony, jakby wybudzony z transu. 
Nie zrozumiałam nic z tego co powiedział. Jedyne co wiedziała, to to, że coś jest nie tak i to prawdopodobnie ze mną. 
- Idę po lekarza. Masz powiedzieć, że wszystko w porządku i wypisać na własne żądanie. Wytłumaczę ci wszystko potem. 
Lekarz przybył a zaraz za nim Tony. 
- Panno Potts, już myśleliśmy, że się pani nie wybudzi. Jak się czujesz? 
- Bardzo dobrze. Ile byłam w śpiączce?
- Ponad trzy miesiące. To cud, że w ogóle z nami rozmawiasz. - odparł lekarz z wyraźnym zadowoleniem. - Zrobimy jeszcze badania kontrolne i możesz opuścić szpital już nie długo.
- Chcę się wypisać na własne żądanie. - powiedziałam stanowczo. 
Nie potrzebne mi były żadne badanie, czułam się niesamowicie. Jak nowo narodzona, silna. Nie wiem dlaczego, ale coś musiało się stać.
- Skoro tak. Proszę chwilę poczekać. 
Lekarz wyszedł i po niecałych dziesięciu minutach wrócił. Oznajmił, że już wszystko załatwione i mogę stąd wyjść. Na szczęście miałam tutaj swoje ciuchy i kiedy się już przebrałam mogłam jechać z Tony'm do zbrojowni. Mam nadzieję, że dowiem się wszystkiego. 





Zaskoczone? Czuję, że zupełnie nie wyszedł mi ten rozdział. Nie jest taki jaki chciałam. Ale ocenę pozostawiam wam. 
Pozdrawiam. 





KONIEC KSIĘGI I

niedziela, 25 października 2015

Rozdział 24 cz.1: Żyj albo giń



Nadszedł ten dzień. A raczej wieczór. Stałem na dachu Stark International razem z Rhodey'm. Ja jako Iron Man a on jako War Machine. Wiedzieliśmy co nas czeka. Lada chwila zjawią się tutaj Maski. I mam nadzieję zobaczyć Pepper całą i zdrową. Muszę ją mieć przy sobie by się uspokoić. Nie spałem całą noc, dopracowywałem pancerze. Zrobiłem to bo nie wiem czego się po nich spodziewać. 
Ja i przyjaciel milczeliśmy. Chyba każdy z nas myślał jak to wszystko się potoczy, co będzie dalej. Nie czekaliśmy długo. Na dachu zjawiły się Whitney i Cornelia ale był z nimi ktoś jeszcze. Z góry założyłem, że to chłopak, gdyż miał na sobie czarną zbroję i hełm z rogami. Był w niej wysoki i wydawał się bardzo postawny. 
Teraz moją uwagę przykuła Pepper. Wyglądała na zmęczoną i zmartwioną. Na twarzy widziałem siniec, ktoś ją uderzył. Zdenerwowałem się. W dodatku ten gość trzymał ją za ręce i nie pozwolił się jej uwolnić. 
- Pepper!
Chciałem do niej podejść i ją uwolnić, już raz na zawsze ale nie mogłem jeszcze tego zrobić. Zatrzymał mnie słowa tego gościa. 
- Spokojnie, Stark. Twojej królewnie nic nie jest. Tylko Maski ją trochę poobijały. 
Spojrzałem z pogardą i wściekłością na te dwie, mimo to, że one nie mogły tego zobaczyć. 
- Czego chcecie? - spytałem, chociaż wiedziałem czego chcą. Naszej śmierci.
- Stark, imbecylu. Oczywiście, że waszej śmierci. Tylko ty i ta twoja zgraja możecie mi przeszkodzić w poszukiwaniu pierścieni. - mówiąc to, wskazał na rękę, na której połyskiwały dwa pierścienie, każdy z innym odcieniem kamienia. 
Zgłupiałem całkiem. O co mu chodzi? W życiu nie widziałem tych pierścieni na oczy. 
- Załatwcie ich. 
Wtedy stało się coś niespodziewanego. Whitney jak mi się wydaje, pokonała kilka metrów, które nas dzieliły i dobiegła do Rhodey'ego przyczepiając mu coś do pancerza. Ten nie mógł tego zdjąć. Domyśliłem się, że to bomba bo zaczęła pikać i świecić na czerwono. Obejrzałem się i zobaczyłem, że Mandaryn stoi przy dachu i trzyma Pepper na krańcu. Ta szarpała się a ja bałem się, że wypadnie. 
- No, kogo poświęcimy na początek? - zapytała Cornelia z niepohamowanym śmiechem.
Spojrzałem na Pepper, która miała nieodgadnięty wyraz twarzy. Spojrzała na mnie przepraszająco ale jednocześnie z oddaniem i... miłością? Przewidziałem się? Myślałem, że tylko ja czuję do niej coś więcej niż tylko przyjaźń. Przynajmniej tak mi się wydawało... Zamartwiałem się o nią i byłem gotowy do największego poświęcenia. Próbowała się uśmiechnąć ale chyba strach jej na to nie pozwalał. 
- Złap ją to przeżyje. 
Wszystko wydawało się iść w zwolnionym tempie. Chłopak w zbroi wypuścił Pepper z ucisku. Widziałem tylko jej spojrzenie pełne strachu i słyszałem jej przerażający krzyk. Zanim się zorientowałem co tak naprawdę się stało i zanim poleciałem w dół... Już nie widziałem jak spada. 
Zostawiłem Rhodey'ego bo wiedziałem, że sobie poradzi. Ma silny pancerz, który został wzmocniony i przetrwa ten wybuch, a w lepszym wypadku strąci bombe. 
Leciałem w dół z coraz większą rozpaczą. Prawie wpadłem na jakiś dach, a potem wleciałem w sznurki na pranie. Wylądowałem i wtedy moje serce zamarło. 

~*~

Chwile wcześniej

Mandaryn trzymał mnie bardzo mocno nad przepaścią. Bałam się, jednak nie chciałam tego pokazywać. Spojrzałam na Tony'ego, a raczej Iron Man'a. Mimo to, wyobraziłam sobie jego roześmianą twarz i te oczy, tak cudownie niebieskie. 
Tony nie był mi obojętny.
Martwiłam się o niego nawet teraz, przez chwilę jeśli mu nic nie grozi. Zakochałam się?
Wiedziałam, że teraz już na wszystko za późno. Jeśli Mandaryn mnie puści, nie przeżyję tego. Małe szanse, że Tony mnie złapie, jednak wolałabym aby tak się stało. Próbowałam się uśmiechnąć gdy poczułam jak uścisk się zwalnia a ja spadam. 
Krzyczałam, wiedziałam, że to nic nie da, ale poczucie lęku było zbyt duże. Obiłam się o jakiś dach. Powoli zaczynałam tracić świadomość. Do tego doszły jakieś sznurki, które trochę spowolniły upadek dzięki temu, że się na nich przez chwile zatrzymałam. Próbowałam się ich jakoś złapać, rozpaczliwie nie chciałam spaść i obić się o ziemię. W końcu upadłam na twardy grunt. Dopiero wtedy poczułam ból w okolicy serca i czaszce. Spojrzałam resztkami sił w górę. Widziałam go jak leciał w moją stronę. Był całkiem blisko. Chciałam zobaczyć jego twarz, walczyłam aby nie zamknąć oczu. Było to trudne, bo ciężko mi się oddychało, jakby ktoś usiadł na moich płucach. Do tego ten pulsujący ból w czaszce. 

~*~

Podbiegłem do niej zdejmując hełm. Nie przejmowałem się tym, że ktoś mnie może zobaczyć. Liczyła się tylko ona. Uklęknąłem przy niej i zobaczyłem, że ma otwarte oczy. 
- Pepper... Wytrzymaj zabiorę cię do szpitala. 
- Nie... dam... rady. - wyjąkała, ledwie słyszalnym głosem. - To... koniec... 
Ciężko było mi uwierzyć, że ona - twarda i silna dziewczyna się poddaje. Nie chciałem myśleć o tym, że Pepper, dziewczyna, która zawsze była dla mnie pocieszeniem mnie opuszcza. I to na zawsze. Nie chciałem dopuścić tego do myśli. 
- Pepper... Nie rób mi tego, błagam! - spojrzałem na nią z żalem i rozpaczą.
Uśmiechnęła się lekko, a jej oczy zamknęły się. Ciało opadło jakby przestała oddychać. Zrozumiałem, że nie żyje. Rozpłakałem się, miałem ochotę rozwalić wszystko dookoła, nawet cały świat. Tylko.., czy mój cały świat nie zgasł? Tak... Cholera nie! Nie pozwolę na to!
Dlaczego ona?! Była cudowna pod każdym względem, a ja dopiero teraz to zrozumiałem. Kocham ją. Bez wątpienia, bez żadnego zapytania. Tylko czemu ja głupi nie domyśliłem się tego wcześniej? Może w obliczu śmierci przez poczucie strachu rozumiemy co tak naprawdę ta osoba dla nas znaczy i ile dla niej jesteśmy w stanie poświęcić?
Nie mogłem się poddać, nikt nie mógł mi jej odebrać. Założyłem hełm i wziąłem ją na ręce. Była taka lekka i delikatna. Nie czułem jak oddycha... A tak bardzo chciałem poczuć iskierkę nadziei. Wylądowałem na dachu budynku. Spojrzałem na Rhodey'ego, był cały i zdrowy. Pancerz był nie uszkodzony, więc nie zdetonowały bomby albo ją zdjął.
Teraz moją uwagę zwrócił Maski... One także nie żyły. Tylko kto je zabił?
- Co z nią? - spytał mnie Rhoedy, wskazując na Pepper.
- Stark, ona tego nie przeżyła. Dobrze o tym wiesz.
Zdenerwowałem się. To wszystko jego wina! To on nasłał na nas te dwie pokraki! Przez niego moja Pepper nie żyje!
- Ty pieprzona gnido, to wszystko twoja wina! - już miałem się na niego rzucić, jednak on mi przerwał.
- Brawo, Stark. Pamiętaj spotkamy się jeszcze. W końcu tylko ona nie żyje. - mówiąc to zaśmiał się diabolicznie i zniknął.
Stałem i patrzyłem się w to miejsce, w którym stał przed chwilą Mandaryn. Później szukałem wzrokiem Masek jednak nigdzie ich nie znalazłem. Musiał je zabrać. Cholera, on je zabił. To był ich plan?
Spojrzałem na Pepper. Nic się nie zmieniło, nie otworzyła oczu. Nie chciałem jej tracić. Nie teraz kiedy na razie mogliśmy odetchnąć.
- Czy ona naprawdę... nie żyje? - spytał mnie Rhoedy, nie dowierzając.
- Nie pozwolę na to.
Odleciałem w kierunku szpitala. Musi być szansa, nie odpuszczę tak łatwo. Nikt nie może mi jej zabrać. Nie mogę sobie wyobrazić życia bez jej uśmiechu i tych pięknych, brązowych oczu, które zawsze wyrażały tyle szczęścia.
Wbiegłem do szpitala. Ludzie patrzyli na mnie zaskoczonym wzrokiem, niektórzy komentowali moje pojawienie się tutaj. Nie obchodziło mnie to, jak przez mgłę docierały do mnie różne słowa.
- Proszę ją ratować! - wykrzyknąłem do lekarza, który szedł przez korytarz,
- Co się stało? - spytał bardzo zaskoczony.
- Spadła z bardzo wysoka.
Położyłem ją na łóżku, które przygotowały pielęgniarki.
- Oddycha?
- Nie wiem. - skłamałem. Wiedziałem, że nie oddycha. Może chciałem mieć choć płomyk nadziei?
Lekarz sprawdził puls. Modliłem się, błagałem, żeby zaczęła wracać. Nie chciałem dopuścić myśli, że jest już po ,,tamtej stronie"
- Prawie niewyczuwalny. Serce bije słabo. Proszę zawieźć ją jak najszybciej na sale. - oznajmił lekarz.
Teraz wszystko działo się w przyśpieszonym tempie. Chciałem iść za nimi, jednak powiedziano mi, że jest to niemożliwe.
Teraz muszę wrócić do zbrojowni i czekać aż ktoś powiadomi mnie, że tutaj jest. Chociaż ja wiedziałem o tym pierwszy, to formalnie Tony Stark nie.
Wyszedłem ze szpitala i wzbiłem się w powietrze, Tak bardzo nie chciałem stąd odlatywać, ale wiedziałem, że muszę. Zadzwoniłem do Rhodey'ego, odebrał.
- Czekam w zbrojowni.
Po tym rozłączyłem się. Wleciałem przez tunel prowadzący do zbrojowni. Zdjąłem pancerz i schowałem go do komory. Rhodey już na mnie czekał.
- Co z nią? - spytał.
Chciałem uniknąć tematu, nie wiedziałem co mam mu powiedzieć, bo tak naprawdę to sam chciałem wiedzieć czy Pepper przeżyje.
- Co tam się stało? - zadałem pytanie, tylko po to aby go nie martwić.
James zamilkł. Spuścił wzrok, patrzył na swoje buty.
- Strąciłem bombę i rzuciłem nią w Maski. Dobrze wiedziałem, że mogą tego nie przeżyć. Chciałem żeby zapłaciły za wszystko co nam zrobiły. Najbardziej dostała Whitney... Mandaryn się wkurzył i je dobił.
Co miałem powiedzieć? Byłem zaskoczony, że Rhodey chciał je wykończyć, chociaż pewnie to samo zrobiłbym na jego miejscu.
- Dobrze zrobiłeś. Nie miałeś na to wpływu, zasłużyły sobie na to.
- Powiesz mi w końcu jak ona się czuje? - zapytał James, z lekkim rozdrażnieniem w głosie.
- Umarła na moich oczach... Nie oddychała... Nie wiadomo czy to prawda, ale... Tak jakby wróciła... Cudem. - mówiąc to, czułem jak moje serce zalewa fala rozpaczy i smutku.
Jak mogłem do tego dopuścić, żeby tak cierpiała i to tylko przezemnie? Jeśli z tego wyjdzie to nie pozwolę jej już nigdy się narażać. Musi przeżyć, musi walczyć - walczyć dla mnie.
- Tony?
Nagle ogarnęła mnie złość, którą już od tak dawna dusiłem w sobie. Zrzuciłem wszystko z blatu.
- Tony! Moja mama dzwoniła, już wszystko wie. Co jej powiemy?
- Musimy skłamać. Nie było nas przy tym... Dobrze wiesz, że nie możemy jej powiedzieć o tym co tam zaszło.
Wyszliśmy ze zbrojowni. Złapaliśmy taksówkę i jechaliśmy w kierunku szpitala. Po jakiś piętnastu minutach znaleźliśmy się na miejscu. Wbiegłem do szpitala potrącając wszystkich. Dobiegłem do recepcji.
- Gdzie leży Patricia Potts?
Nie uzyskałem odpowiedzi od recepcjonistki tylko od mamy James'a.
- Chodźcie, lekarz już jest.
Poszliśmy za nią. Dotarliśmy pod blok i sale zabiegowe. Doktor widząc nas oznajmił.
- Nie mam dla państwa dobrych wieści. Dziewczyna jest w stanie krytycznym jej serce jest za słabe... Będzie dobrze jeśli z tlenem wytrzyma tydzień. Nic nie możemy zrobić.
- A gdyby dostała rozrusznik? - szukałem dla niej ratunku.
- Małe szanse.. Musiałaby dostać naprawdę silnych wstrząsów aby się obudzić a najgorszym przypadku i bardziej przewidywalnym nie przeżyłaby. Przykro nam.
Mój świat przestał istnieć. Teraz wiedziałem, że ona umiera i, że nie ma dla niej ratunku. Dlaczego akurat ona? Była najlepszą osobą jaką znałem, a teraz świat mi ją odbiera. Nigdy się z tym nie pogodzę. Jeśli jej nie uratuję, nie nazywam się Tony Stark.
Poczułem jak robi mi się słabo. Nie reagowałem, nie zależało mi w tej chwili na niczym. Jeśli Pepper umrze ja też długo nie pociągnę. W końcu moje serce bije tylko dla niej.
Upadłem na podłogę i straciłem przytomność. Niech się dzieje co chce, skoro przy mnie jej nie ma.






Zaskoczone? 
Już prawie koniec księgi I :) Jak wam się podoba?
Pozdrawiam. 



sobota, 17 października 2015

Rozdział 23: Każdy na tym ucierpi




Wpadłem w szał. Miałem dość tego wszystkiego, chciałem to zakończyć raz na zawsze. Ostatecznie. Nie chcę czekać do jutra! Dlaczego nie teraz?! Przecież wiem co mam robić, mam je wykończyć!
Ochłoń trochę Tony, ochłoń. Musisz porozmawiać z Rhoedy’m. Powinien wiedzieć co się stało. Ale co z Pepper? Mam ją tak zostawić i czekać? Co jeśli to kolejna pułapka? Boże, co ja mam robić? Chyba zaczynam wariować.
Pójdę do przyjaciela, - chociaż ciężko mi nie myśleć o Pepper -  tylko on myśli racjonalnie w takich sprawach.
Rhoedy był w domu, w naszym pokoju. Siedział przy biurku z książką do historii. Jak on może się tego uczyć? Zamknąłem drzwi i podszedłem do niego. Zamknąłem mu książkę i powiedziałem.
- Mamy kłopoty, a ty te średniowieczne pierdoły czytasz. – mruknąłem z wyrzutem.
- Co się stało? – spytał patrząc na mnie dociekliwie. – Gdzie Pepper?
- W tym właśnie problem, Whitney ją zabrała…
- I mówisz to tak spokojnie?! – prawie krzyknał.
- Ale do cholery co miałem zrobić?! Nawet nie wydała żadnego dźwięku! Porwała ją przy zbrojowni, byłem tak blisko a jednocześnie tak daleko! – wydarłem się i zrzuciłem książki z blatu.
Rhoedy spojrzał na mnie wielkimi oczami, chyba nie spodziewał się takiej reakcji z mojej strony. Ja sam nawet nie wiedziałem, dlaczego tak wybuchłem. Może dlatego, że byłem u kresu sił?
- Dobrze… Widzę, że nie jesteś spokojny.
- Jutro wieczorem na dachu. Jeśli nie, Pepper zginie. – powiedziawszy to opadłem na łóżko.
- Pieprzone wariatki!
Byłem zaskoczony, pierwszy raz w życiu Rhodey się uniósł. Nie przypominam sobie żeby wcześniej przeklął albo krzyczał. Z natury jest spokojnym i rozważnym człowiekiem. Widocznie nie tylko ja mam dość tej sytuacji. O ile to można tak nazwać..
- Nie mamy wyjścia. Wiem na pewno, że nie pozwolę aby któremuś z was coś się stało.
- Co zrobimy? Szukamy jej czy czekamy do jutra?
Cholera… Nie chcę jej zostawiać. Nie teraz, kiedy wiem, że wszystko może się stać przez tą jedną noc. Jeśli Whitney kłamała i zrobi coś Pepper? Co jeśli nie dotrzyma słowa? A może lepiej nie ryzykować jej życia? Nie wiem co robić, a tak bardzo chcę wiedzieć. Jeden błąd może kosztować jej życie. Ona musi żyć, musi żyć dla mnie. Martwię się o nią nawet wtedy kiedy wiem, że nic jej nie grozi. Kiedy jest przy mnie czuję coś dziwnego, coś czego nie umiem nazwać.
Muszę podjąć decyzję, mam nadzieję, że nie będę jej żałował.
- Nie szukajmy jej. – powiedziałem cicho z wielkim trudem.
- Jesteś pewny? – spytał przyjaciel patrząc na mnie nie pewnie.
- Nie jestem. A co jeśli będziemy jej szukać i one się zorientują?
- Może i masz rację.
- Teraz tylko musimy czekać. – odpowiedziałem i wstałem.
- Gdzie idziesz?
- Do zbrojowni, nie mogę siedzieć bezczynnie.
Wyszedłem z pokoju i zamknąłem drzwi. Zbiegłem po schodach i poszedłem w kierunku zbrojowni. Wpisałem kod i podszedłem do głównego komputera. Coś we mnie pękło. Wpisałem dane Pepper i wydałem polecenie lokalizacji. Jeśli nic się nie wyświetli to zacznę się martwić jeszcze bardziej.
O dziwo ukazał się wynik. Lokalizacja podawała, że Pepper jest gdzieś na obrzeżach Nowego Yorku. Zdziwiło mnie to, że nie próbowały zakłócić sygnału. Wtedy zrozumiałem że to musi być pułapka. Jeśli tam polecę, to tym samym pożegnam się z Pepper. Ciężko mi podjąć taką decyzję, ale wiem, że teraz będzie trochę bardziej bezpieczna. Chociaż niczego już nie jestem pewien.
Aby się trochę uspokoić zabrałem się za udoskonalanie mojej zbroi. Potem trzeba zabrać się za pancerz Rhodey’ego.


~*~

Obudziłam się, chociaż wcale tego nie chciałam. Wiedziałam, że porwały mnie Maski i nie będę miała chwili spokoju. Rozejrzałam się i stwierdziłam, że nie jestem w najgorszym miejscu. Pomieszczenie było wielkie i oświetlone. Leżałam na jakiejś zatęchłej, starej kanapie. Cieszyłam się z tego, że nie musiałam leżeć na betonie. Przede mną stały trzy osoby. Duet czyli Whitney i Cornelia. Trzeciej osoby nie rozpoznawałam. Przyglądałam się jej i stwierdziłam, że ma ona zbroję na sobie i hełm z rogami – jeśli tak można je nazwać – a na lewej ręce dwa pierścienie. Starałam się być cicho gdyż ta trójka o czymś rozmawiała.
- Lepiej żebyście wykonały swój plan tak jak potrzeba, bo jeśli nie to was spotka kara. – powiedział jak mi się wydaje mężczyzna w tej przedziwnej zbroi.
- Mandarynie, wątpisz w nasze możliwości? – odezwała się jedna z Masek.
Teraz już wiem, że ten koleś w zbroi jest zwany Mandarynem. Dość dziwna nazwa, trochę śmieszna jak na szefa tej zabójczej dwójki.
- Tak. Wam nie można ufać. – warknął Mandaryn.
- Tak jak tobie.
Mandaryn odszedł zostawiając Maski same. Wiedziałam, że teraz zainteresują się mną, co mi się szczególnie nie podobało.
- Witaj w naszej siedzibie. Podoba się? – rozpoznałam po głosie, że to Cornelia.
- Może być. – odpowiedziałam odważnie, było mi wszystko jedno.
Tymczasem Whitney stała przy wielkim panelu, który zapewne był komputerem. Uśmiechała się patrząc w pulpit.
- Wiedziałam. – mówiąc to odwróciła się w moją stronę. – Jeśli Tony tutaj przyleci, to zginiesz.
Spojrzałam na nią przestraszonym wzrokiem. Przemknęło mi przez myśl, że Tony o niczym nie wie i się tutaj zjawi.
- Jutro wieczorem na dachu Stark International wszystko się zakończy. Ale jeśli on tutaj się zjawi, ty skończysz szybciej. Módl się żeby nie był taki głupi i wyrywny.
Z trudem przełknęłam ślinę. Miałam nadzieję, że Tony domyśli się, że to może byś pułapka. Chociaż znając jego porywczość i zdolność do pakownia się w kłopoty może się tu pojawić. Obym się myliła.
- Zastanawiasz się pewnie co zrobi? – spytała mnie Cornelia, która zdjęła swoją maskę.
Wyglądała tak jak zwykle tylko widać było po niej zmęczenie. Chyba musiały nie spać, bo pewnie nas obserwowały. Poczułam jeszcze większą niechęć do niej niż wcześniej. Jeszcze gorszą niż do Whitney, którą do tej pory tak nienawidziłam. Oczywiście nic się w tej kwestii nie zmieniło. Teraz oby dwie stoją na tej samej pozycji: Numer jeden na liście znienawidzonych osób. I do tego dochodzi ten tajemniczy facet, Mandaryn.
- Nie przyleci. Nie zaryzykuje twojego życia. W końcu to Anthony Stark, jest przebiegły, inteligentny i do tego jest Iron Man’em. Zrobi wszystko, ale nie wyda cię na pewną śmierć.
Byłam zaskoczona jej wypowiedzą... Skąd ona może tyle o nim wiedzieć? Pewnie przez te dwa dni, które spędziła z Tony’m jako ja. Wiedziałam, że jest dobrą obserwatorką, ale żeby aż tak?
- A Whitney ma jeszcze jakiekolwiek nadzieje. – mówiąc to zaśmiała się. – Jesteś głupia jeśli tak myślisz.
Teraz druga blondyna zdjęła maskę. Wyglądała gorzej od mojej dawnej przyjaciółki. Oczy miała podkrążone i podpuchnięte jakby płakała.
- Wcale tak nie jest. – wrzasnęła i rzuciła maską gdzieś w kąt.
Wzdrygnęłam się. Co ją tak zdenerwowało? Wiem, że chciała mojej śmierci, ale skoro zaprzeczyła to o co chodzi?
- Masz wątpliwości Whitney. Nie chcesz jego śmierci. – odparła z wyższością.
- A ty chcesz śmierci Rhodey’ego? – podeszła do niej i spojrzała z pogardą. – Odwal się ode mnie, zajmij się sobą. Zakończymy to i się rozstaniemy.
Teraz Cornelia nie odpowiedziała. Jak mogły porwać się na takie szaleństwo skoro oby dwie są zakochane w osobach, które mają zabić? Skrzywdziły nas wszystkich a tylko dlatego, że pojawiłam się ja. Whitney uważała, że stanęłam na drodze jej szczęścia z Tony’m. A Cornelia? Nie wiem. Jest dobry moment aby się dowiedzieć co ją podkusiło do tego wszystkiego.
- Dlaczego to robicie?
Zapadła krępująca cisza. Whitney spojrzała na mnie z nienawiścią w oczach, tak samo jak Cornelia.
- Jeszcze nic nie rozumiesz, tępa dziewucho?! Zabrałaś mi Tony’ego! To ja miałam być z nim szczęśliwa! Zjawiłaś się ty i wszystko się popsuło! – wrzeszczała jak oszalała blondyna.
Nie było mi jej żal. Nie czułam się winna. Tony sam sobie wybiera przyjaciół, ja nie ingerowałam w jego kontakty z córką Stane’a. Nie dość, że sprowadziła terror na naszą trójkę to teraz chce nas wszystkich pozabijać. Kompletna wariatka!
- Whitney do jasnej cholery! Chcesz żeby Mandaryn się znowu na nas zdenerwował?! Dalej nic nie rozumiesz?! Jedno nie porozumienie i to on nas zabije, kretynko! – krzyknęła Cornelia podchodząc do Whitney.
Whitney nie patrząc na nią podbiegła do mnie. Ja wiedząc czego się można po niej spodziewać wstałam i zaczęłam odchodzić od kanapy. Whitney była szybsza. Złapała mnie za ramię a drugą ręką wymierzyła cios z pięści w prosto moją twarz. Splunęłam krwią. Nie myśląc o konsekwencjach oddałam jej. Ta zachwiała się i kopnęła mnie z kolana w brzuch a potem powaliła na podłogę. Spodziewałam się kolejnego ciosu, jednak nic takiego się nie stało. Kręciło mi się w głowie, wiedziałam, że stracę przytomność. I tak też się stało. Przynajmniej nie poddałam się bez walki.









Wróciłam do was po długiej nieobecności z nowym rozdziałem. Jeszcze dwa rozdziały i koniec pierwszej księgi. Spodziewajcie się, że będzie gorąco. 
Pozdrawiam. 


wtorek, 22 września 2015

Rozdział 22: Koniec jest bliski



Spędziłem w zbrojowni już kolejną godzinę. Nie wiem ile czasu tutaj siedzę. Dwoiłem się i troiłem, by znaleźć Maski. Na próżno. Zero śladów, czegokolwiek. Próbowałem już wszystkich sposobów: tradycyjnej lokalizacji, szukania przez satelitę, patrolów, ostatnich miejsc, w których się pokazały. Wielka pustka, dosłownie, jakby zniknęły, zapadły się pod ziemię. To nie zwiastuje niczego dobrego. Może jestem przewrażliwiony, ale czuję, że niedługo spotkamy się. I to jedna strona ostatecznie.  
Ech, ględzę jak Rhodey. A właśnie, ciekawe gdzie on się podziewa, nawet nie wiem kiedy wyszedł. Chyba byłem aż tak pochłonięty pracą. Pora się zrelaksować chociaż przez chwilę. Może zobaczę co u Pepper?
Wyszedłem z hangaru podążając ku domowi. Miałem nadzieje, że rudowłosa tam jest i nic jej nie grozi, tak samo jak Rhodey’emu. Nie wiem gdzie mój przyjaciel mógłby pójść, jedyne miejsce jakie przychodzi mi do głowy – oprócz zbrojowni, oczywiście – to,  dach Akademii Jutra. Często tam przesiadywaliśmy na przerwach.
Otworzyłem drzwi. Nie oglądając się po innych pomieszczeniach, wszedłem na górę. Pomyślałem, że Pepper będzie w swoim pokoju i nie myliłem się. Leżała na łóżku, najwidoczniej spała. Chciałem po cichu wyjść, jednak dziewczyna otworzyła oczy i podniosła się na łokciach, żeby na mnie spojrzeć.
- Wybacz, nie chciałem cię obudzić. – uśmiechnąłem przepraszająco.
Ona tylko westchnęła i odparła: - Nie spałam. To była bardziej drzemka.
Przez chwilę panowała cisza. Nie wiedziałem czy się wycofać, czy zostać. Chciałem wiedzieć co jej powiedziały Cornelia i Whitney. Może zrobiły jej krzywdę? Muszę wiedzieć.
- Wiem, że chcesz wiedzieć co się stało. – wzdrygnąłem się lekko, nie spodziewałem, że rudowłosa się odezwie. – Zaplanowały to, wiedziały, że będziesz mnie szukał. Jednak zmieniły zdanie w ostatniej chwili, wypuściły mnie.
Byłem zaskoczony. Tylko tyle tam się działo? Myślałem, że znowu jej groziły. A może tak było, tylko nie chce się przyznać?
- To wszystko, Tony, nie patrz tak na mnie. Nie ukrywam niczego co powinieneś wiedzieć.
- To znaczy jak patrzeć? – spytałem zdziwiony.
- Jakbym coś zrobiła, z wyrzutem. – odparła z westchnięciem.
Nie wiedziałem, że to aż tak widać. Myślałem, że tylko w środku to czuję, a tutaj okazało się, że na zewnątrz też.
- Przepraszam, martwiłem się o ciebie. – dodałem i podszedłem do łóżka.
Teraz dopiero się jej przyjrzałem, zobaczyłem w jakim jest stanie. Oczy podkrążone jakby nie spała – bardzo możliwe, że tak było, - zapuchnięte w dodatku. Jej lewe policzko było czerwone, pewnie ją uderzyła któraś z Masek. Wiedziałem, że wszystkiego mi nie mówi.
- I tak Cię dobrze traktowały? – spytałem unosząc jedną brew w górze. Jednak po chwili zorientowałem się jak mogła odebrać to pytanie. – Wiesz jak było wcześniej.
Jej twarz wykrzywił grymas, a oczy stały się nie do odgadnięcia.
- Tony, co chcesz wiedzieć więcej? Wszystko już powiedziałam.
Dotknąłem delikatnie jej lewego policzka, na którym był ślad zapewne bo uderzeniu. Mimo, że starała się ukryć ból, syknęła cicho i gwałtownie się odsunęła.
- To nic takiego, tylko raz mnie uderzyły. – powiedziała to tak jakby to była jakaś błahostka.
Zdenerwowałem się i to bardzo. Ja się martwię, szukam jej a ona nawet nie chce mi powiedzieć co się naprawdę wydarzyło!
- Tylko raz tak?! To ja tu odchodzę od zmysłów, że nigdy cię już nie zobaczę a ty z takim tekstem wyskakujesz?! – aż z tego wszystkiego wstałem, dodatkowo gestykulując.
Spojrzała na mnie lekko przestraszonym wzrokiem, mimo to widziałem coś czego nie spotkałem do tej pory we wzroku żadnej dziewczyny. Teraz to ja lekko się zdziwiłem, jednak wróciła wściekłość.
- Tony, ja po prostu nie chciałam cię martwić. – powiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszałem.
- Martwię się jeszcze bardziej, kiedy starasz się coś przede mną ukryć. – odparłem spoglądając na nią.
Nadal byłem nie uległy, nie chciałem na nią krzyczeć, ale musiałem w końcu powiedzieć jej, że lepiej będzie jak niczego przed sobą nie zataimy.
Nastała cisza, niezręczna cisza. Wzrok spuściłem na swoje buty i ponownie usiadłem koło Pepper. Nawet na nią nie spojrzałem, nie wiem, chciałem ją w ten sposób ukarać? Wcale tak nie myślałem i nie chciałem tak robić. Po prostu było mi źle z tym, że w pewnym stopniu mi nie ufa. Przynajmniej tak to odebrałem. Może i nie chciała mnie martwić, ale jeszcze bardziej wzmogła przez to moją troskę. Nie mogłem pozwolić na to, żeby to się powtórzyło. Mówię to już któryś raz, a i tak Maski dalej robią swoje. Zapewniam siebie, ale tak naprawdę nie jestem w stanie przewidzieć kiedy zaatakują. Byłem rozdarty, pierwszy raz odkąd jestem Iron Man’em. Sytuacja wydawała się prosta, wręcz banalna. Nigdy nie musiałem walczyć o życie bliskich mi ludzi. Obchodzili mnie tylko Stane i banda okolicznych złoczyńców. A teraz? Czasami wydaje mi się, że to za dużo jak na jednego nastolatka. Jednak nie mogłem się poddać, nie teraz kiedy wszyscy na mnie liczą.
- Nie masz mi za złe, że podałam im kod do zbrojowni?
Tym pytaniem wyrwała mnie z natłoku myśli. No tak, Cornelia – jako Pepper – dostała się do zbrojowni, bo ta podała jej kod. Ciekawe co było tego powodem. Oczywiście nie miałem jej tego za złe, nie mógłbym po tym wszystkim co wycierpiała przez nie, ale nie tylko. Zdawałem sobie sprawę, że część winy, spada na mnie. W końcu tu chodzi o mnie, Iron Man’a. Gdybym nie zadawał się z Pepper, wszystko byłoby inaczej. Nie musiałaby tyle cierpieć i to w dodatku przez jedną osobą. Tak samo było z Rhodey’m. On też nie byłby w to zaangażowany, gdyby nie moja osoba.
- Znowu się zamyśliłeś. Jeśli cię zdenerwowałam swoim zachowaniem to przepraszam… Ale chyba na moje pytanie możesz odpowiedzieć.
Ożywiłem się trochę. Jak mogła pomyśleć, że będę na nią zły? I to przez długi czas? Teraz, kiedy powinniśmy trzymać się razem, to najmniej odpowiedni moment aby rozpamiętywać kłótnie. To wszystko minie, będzie jak dawniej.
- Zdenerwowało mnie raczej to, że bagatelizujesz to na co sobie pozwalają. Chcesz żeby cię wykończyły?
- Tony, znowu zmieniasz temat.
- Dlaczego nie chcesz mi odpowiedzieć? – spytałem, już lekko podirytowany.
- A ty? – zablokowała mnie tym pytaniem.
Chyba aż tak bardzo chciałem znać odpowiedź na to co mnie dręczy, że zapomniałem o jej pytaniu.
- Nie jestem.
Chyba jej nie przekonałem, gdyż, spojrzała na mnie podejrzliwie, a zarazem tak jakby chciała mnie prześwietlić wzrokiem i dowiedzieć się co mnie gryzie, trapi.
- Kod jest już dawno zmieniony.
Tym ją uspokoiłem, bo odetchnęła z wyraźną ulgą.
- Możesz mi coś obiecać?
- To znaczy?
- Powiesz mi o wszystkim o czym powinienem wiedzieć, zawsze, ale to zawsze? – spytałem, trochę nie pewnie, jakby bojąc się co mi odpowie.
Wyglądała jakby trochę się zastanawiała nad odpowiedzią.
- Nie mogę ci tego obiecać, dobrze o tym wiesz.
Zaskoczyła mnie, nie zrozumiałem dlaczego. Przyjaźniliśmy się, więc oczekiwałem, że będzie ze mną szczera, tak jak ja.
- Nie rozumiem.
- Tony, ja już dłużej tego nie wytrzymam… Nie chcę was tracić. Nie chcę patrzeć jak Maski robią krzywdę tobie i Rhodey’emu.
- Nie stracisz. Zrobię wszystko żeby je powstrzymać, żeby was ochronić. – powiedziałem z pełnym przekonaniem. Jednak chyba jeszcze bardziej ją tym zmartwiłem, wyglądała na smutną i… nie wiem jak to określić… wyglądała jakby nad czymś się bardzo długo zastanawiała.
- Nawet za cenę własnego życia? – spytała załamanym, cichym głosem.
Wahałem się z odpowiedzią. Tak, ochroniłbym ich za wszelką cenę, nawet za cenę mojego życia. Jestem Iron Man’em, nie umiem myśleć tylko o sobie, a może i nawet nie chce. Po stracie ojca zmieniłem się, zacząłem myśleć o innych, nie przejmowałem się sobą.
- Tak. Mam tylko was, jesteście dla mnie jak rodzina.
Chyba zdenerwowałem ją tą odpowiedzią. Gwałtownie wstała i podeszła do drzwi. Sięgnęła już ręką do klamki, jednak po chwili odwróciła się i spojrzała na mnie, tak jakby chciała mnie usilnie przy sobie zatrzymać.
- A pomyślałeś co ja zrobię, co zrobi Rhodey kiedy się tak głupio poświęcisz?! – krzyknęła, szarpnęła za klamkę i trzasnęła drzwiami.
Zostałem sam. Ale nie na długo. Coś kazało mi pójść za nią. Nie mogłem jej zostawić samej, zwłaszcza kiedy Maski się panoszą. Wybiegłem za nią. Usłyszałem kolejny trzask drzwi. O nie, wyszła z domu! Przecież wie, że może już nie wrócić…
Wyszedłem na zewnątrz. Stała przy drzwiach do hangaru. Idzie do zbrojowni.


~*~

Niech on da mi spokój! Zachowuje się jednocześnie odpowiedzialnie, a z drugiej strony chce nas chronić, to jest bardzo odpowiedzialne i wymaga dużej odwagi. Ale żeby się poświęcać? Zwariował do reszty!
Weszłam do hangaru. Było bardzo ciemno. Poświeciłam sobie telefonem, aż zobaczyłam, że ktoś przede mną stoi. Poznałam tą osobę. To była jedna z Madame Mask! Podbiegła do mnie, złapała mnie za ręce i jakimś cudem powaliła na beton. Nie byłam w stanie zareagować, wszystko działo się tak szybko. Strach sparaliżował moje ciało a nawet umysł. Do hangaru wbiegł do Tony. Nie mogłam dostrzec jego miny, było zbyt ciemno. Nie krzyczałam, wiedziałam, że chłopak pobiegłby do zbrojowni i założył pancerz. W tym czasie Madame Mask dostałaby się do zbrojowni, a tego nie chciałam. Trudno i ciężko mi się do tego przyznać, ale poddałam się. Udałam, że tracę przytomność. Chyba jednak faktycznie tak było bo już nic nie słyszałam.

~*~

Wbiegłem do hangaru. To co zobaczyłem prawie ścięło mnie z nóg. Madame Mask pochylała się nad Pepper, która leżała na betonie. Zdenerwowałem się, nie mogłem nic zrobić, bo zbrojownia znajdowała się za jedną z Masek. Nie ma szans bym tam dobiegł, zdążył wpisać kod i zamknąć drzwi. Gorsze było to, że Pepper nie krzyczała, nie wydała żadnego dźwięku.
- No proszę, myślałam, że zorientujesz się później, Tony. - poznałem ten głos. To była Whitney. – Jesteś bezbronny, ale dam ci szansę uratowania tej wywłoki. Bądź jutro wieczorem na dachu Stark International. Wiem i tak, że Rhoedy nie przepuści takiej okazji. Czekam na was oboje.
Nie odezwałem się ani słowem, a chciałem. Jednak Whitney przerwała mi:
- To już koniec.








niedziela, 2 sierpnia 2015

Rozdział 21: Przed nami daleka droga



Nie dam rady… Jak długo jeszcze mam iść? Nogi odmawiają mi posłuszeństwa, a już zaczęło świtać. Mam wrażenie, że nie pokonałam nawet połowy drogi…
Zastanawiam się, czy Tony i Rhodey mnie szukają. W końcu Cornelia ujawniła, że się tylko pode mnie podszywała. Podła suka! Tak, może i to była moja przyjaciółka, ale właśnie… BYŁA. Definitywny koniec naszej przyjaźni… Co ja gadam, od początku powinnam sobie powiedzieć, że to koniec. A ja się łudziłam, że coś jeszcze z tego będzie. Taka prawda, że mam za dobre i za kruche serce na takie sytuacje i dla takich osób jak ona… I jestem naiwna, a to moja najgorsza wada z możliwych. Przynajmniej tak mi się teraz wydaje, a pewnie jest wiele innych, których chciałabym się pozbyć.
Przez to wszystko zapomniałam dokąd zmierzam. W sumie, to sama tego nie wiedziałam, szłam przed siebie, byleby znaleźć jakiś znak, wskazówkę, cokolwiek. Minęło kilka dobrych godzin, a ja wciąż błądziłam na odludziu. Tylko pola, łąki. Nic więcej. Muszę odpocząć i pomyśleć co dalej. Usiadłam na uboczu, na trawie. Spojrzałam w niebo, które przybierało pomarańczowo-różowawe barwy. Za niedługo powita mnie wschód słońca.


~*~

Już świtało, a ja dalej tkwiłem w zbrojowni. Nie przeszkadzało mi to, że spędziłem tutaj tyle godzin, ale to, że do tej pory nie znalazłem Pepper. Byłem dwa razy na patrolu, przy okazji jej szukając. Za chwilę będę musiał się zmywać do domu, zanim mama Rhodey’ego się zorientuje, że mnie nie ma. Cholera, jeśli jej teraz nie znajdę, to Roberta zacznie coś podejrzewać, przecież rudowłosa nie zeszłaby na śniadanie.
Moją ostatnią szansą była satelita, przez którą mógłbym ją namierzyć. Zacząłem się podświadomie modlić, aby mój plan wypalił. Rozpocząłem namierzanie i nie posiadałem się z radości! Udało się! Znajdowała się gdzieś około siedemdziesięciu kilometrów od zbrojowni. Bardzo daleko, co ona tam mogła robić?
Nie zastanawiając się, założyłem zbroję i wyleciałem ze zbrojowni. Oby tylko zbytnio nie oddaliła się od miejsca. Może zastanę tam Cornelię i Whitney? Chyba pora już się z nimi rozprawić, nic tylko same kłopoty…
Doleciałem na miejsce. Miałem szczęście! Odnalazłem ją!
Leżała na ziemi, wyglądała jakby spała. I tak faktycznie było, nie reagowała kiedy delikatnie ją szturchnąłem. Wziąłem ją na ręce i poleciałem w kierunku zbrojowni. Kiedy tak lecieliśmy, przyglądałem się jej twarzy. Nie była poobijana, z czego bardzo się ucieszyłem. Może tym razem nie znęcały się nad nią tak bardzo. Muszę się wszystkiego dowiedzieć na miejscu.
Około pięciu minut potem, lądowałem już w hangarze, w którym mieściła się zbrojownia. Nikogo w środku nie było oprócz naszej dwójki. Ułożyłem rudowłosą na kanapie. Zdjąłem zbroje i podszedłem do komputera. Rozpocząłem lokalizacje tych dwóch osób, które ostatnio spędzały mi sen z powiek. Zwłaszcza kiedy nie wiedziałem co z moją przyjaciółką.
Zastanawiało mnie też, gdzie podziewa się Rhodey. Oby i jemu się coś nie stało, zwariowałbym gdyby tak było. Może do niego zadzwonię?
<Rhodey? Gdzie jesteś? Wszystko w porządku?>
<Stary, z tymi pytaniami zupełnie jak Pepper. Jestem w domu, jest okej. Znalazłeś ją?>
<Tak. Jestem w zbrojowni.>
<Zaraz będę.>
To chyba najkrótsza rozmowa jaką kiedykolwiek przeprowadziliśmy. Nim się obejrzałem Rhodey wszedł do zbrojowni. Spojrzał na Pepper a potem na mnie, wzrokiem który oczekuje wyjaśnień. Ale co ja mogłem mu powiedzieć, sam mało wiedziałem.
- Co się stało?
- Sam nie wiem, znalazłem ją w jakiś polach, daleko od nas. Pewnie to one ją tam wywiozły.
- Z całą pewnością. – dodał i spojrzał na ekran komputera. – Tony, wiesz, że to nic nie da. One są jak cienie, nie znajdziesz ich.
- Muszę spróbować, nie mogę was ciągle narażać. – czułem narastającą w sobie złość.
Poczułem skurcz w klatce piersiowej, automatycznie się skuliłem łapiąc za implant. Rhoedy schylił się i spojrzał na mnie przestraszonym wzrokiem.
- Tony?
Ja nie odpowiedziałem, zrobiło mi się ciemno przed oczami, na tyle, że usiadłem i przymknąłem lekko powieki. Oddychałem głęboko aby się uspokoić. Wiedziałem, że to przez stres i nerwy. Ale cóż mogłem poradzić, sytuacja jest bardzo poważna.
- Tony, co Ci jest?
Nawet nie zauważyłem kiedy Pepper się obudziła. Moje serce aż zaczęło szybciej bić, już czułem się dobrze. Na jej widok zawsze się cieszyłem, zawsze czułem coś więcej. Po prostu nie umiałem tego wytłumaczyć, dlaczego tak jest.
Wstałem, mimo groźnej miny Rhodey’ego, który mi to ewidentnie odradzał. Co ja poradzę, że chciałem ją przytulić, przekonać się, że to mi się nie śni. Podszedłem do niej i przytuliłem najmocniej ale też najdelikatniej jak tylko mogłem. Chyba była zaskoczona, bo przez chwilę stała bez ruchu, jednak odwzajemniła gest. Nie dane nam było tak długo stać gdyż James chrząknął znacząco, przerywając nam chwilę zapomnienia. Rudowłosa podeszła do Jamesa też go przytulając. Każdy z nas ucieszył się, że widzi Pepper w tak dobrym stanie. Ciekawe czy tak jest w środku.
- Dobrze, że jesteś. – powiedział Rhodey uśmiechając się promiennie. – Co się stało?
Kiedy czarnoskóry zadał to pytanie, którego z pewnością nie chciała słyszeć, nagle zmarkotniała.
- Możemy o tym teraz nie mówić? Jestem zmęczona.
Spojrzałem na nią jakbym chciał dowiedzieć się co przed nami ukrywa. Pepper to zauważyła i dodała pośpiesznie.
- Bardzo zmęczona.
Westchnąłem tylko, mogłem jedynie patrzeć jak wychodzi. Tym razem rzuciłem spojrzenie James’owi, który wydawał się tak samo zmartwiony jak ja.
- Co teraz? – spytał.
- Nie mam pojęcia. Idziemy za nią?
- Myślę, że lepiej będzie jak zostanie przez chwilę sama. Nie bądź taki nadgorliwy i nachalny, bo w końcu nic nam nie powie.
Jak zwykle, Rhodey i te jego dobre rady. Ale tym razem poczekam, Pepper nam wszystko opowie w swoim czasie.


~*~

To dopiero męczący dzień. Dotarłam do domu państwa Rhodes’ów. Miałam nadzieje, że nie zastanę Roberty, nie chciałabym żeby widziała mnie w takim stanie. Co prawda nie było źle, jednak nie chciałam ryzykować. Na pewno drążyłaby i zadawała pytania, a tego chciałam za wszelką cenę uniknąć. Nie lubiłam okłamywać ludzi, nie umiałam tego robić. Mogłam zmienić temat, ale nie zręcznie okłamać. Ciężko mi to przychodziło.
Otworzyłam drzwi i szybko przeszłam przez przedpokój. Weszłam po schodach a zaraz
potem zamknęłam się w pokoju. Odetchnęłam z ulgą, nie zastałam pani Rhodes. Rozejrzałam się i stwierdziłam, że nic się tutaj nie zmieniło. W sumie, nie zniknęłam na długo. Myślałam, że Kornelia narobi bałaganu, dla niepoznaki. Jednak udało jej się zmylić Tony’ego. Co z tego, że przybrała moją postać, wiedziała jaki mam charakter i to wykorzystała. Perfidna… Mogłam się spodziewać, że kiedyś mi taki numer albo podobny, wywinie.
Podeszłam do szafy i wyjęłam czyste ciuchy. Mimo, że był ranek, postanowiłam, że się trochę zdrzemnę. Nie miałam dobrych warunków do spania, jeszcze ta podróż mnie wykończyła. Dziwię się, że nie bolą mnie nogi.
Skierowałam się do łazienki aby się trochę odświeżyć. Umyłam też włosy, które rozpuściłam i pozostawiłam do wyschnięcia.
Wchodząc do pokoju, spojrzałam na mój telefon. Matko, ile nieodebranych połączeń… Zdziwiło mnie, że wszystkie były od taty. Cóż on mógł pomyśleć gdy nie obierałam… Może, że nie chce mieć z nim nic wspólnego? A wręcz przeciwnie, chciałam utrzymywać z nim kontakt, jednak nie będzie już tak samo jak kiedyś. I oby dwoje o tym wiedzieliśmy.






Są jakieś pytania? Rozdział, tak na dobry początek drugiego miesiąca wakacji. 

czwartek, 9 lipca 2015

Rozdział 20: Czas działa na nie korzyść



Gdzie ja jestem? Nie poznaję tego miejsca. Fakt, jest tutaj ciemno tak jak było w domu u Rhodey'ego, ale wydaje mi się, że jestem gdzie indziej. Powinnam leżeć przed schodami przynajmniej tak mi się wydaje. Próbowałam znaleźć ręką coś co przypominałoby schodek w najmniejszym stopniu, jednak nic takiego nie poczułam. 
Podniosłam się na rękach co i tak było mi trudno wykonać. Czułam się cała obolała, kręciło mi się w głowie. Nogi odmawiały posłuszeństwa, czułam jakby były związane. Przyciągnęłam je do siebie i faktycznie były związane sznurem. Chciałam je odwiązać jednak zamiast tego, poraniłam sobie ręce. Skoro nie mogę iść, muszę się czołgać. Tylko do czego i w jakim celu? Ciemność dookoła, więc czego mam szukać? Muszę spróbować, nie mogę leżeć bezczynnie.
Jednak zanim wykonałam jakikolwiek ruch, usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi, skrzypienie. Światło się zapaliło a ja padłam na podłogę, udając, że się nie obudziłam. Ja natomiast zaczęłam nasłuchiwać. Chciałam wiedzieć kto mnie tu przetrzymuje, jednak domyślałam się kto to. Chciałam się tylko utwierdzić w przekonaniu, że to Whitney i Cornelia. Wcześniej wymusiły ode mnie kod do zbrojowni. Nie miałam wyjścia, chociaż wcale nie musiałam się poddawać. Jednak trafiły w czuły punkt, zagroziły, że zaatakują mojego ojca. W sumie, tak naprawdę nim nie jest, ale one chyba tego nie wiedziały. Mimo to, byłam tak do niego przywiązana, kochałam go jak kogoś bliskiego, jak jednego z rodziców. Jestem przekonana, że to one za tym wszystkim stoją. W końcu ostatnio bardzo uprzykrzają nam życie, ciągle coś się dzieje. Nim się obejrzysz, następne niebezpieczeństwo.
Ktoś mną potrząsną, jednak ja nie zamierzałam się ruszyć. Poczułam jak ktoś mnie ciągnie po ziemi, za rękę. Zaczęłam powoli otwierać oczy, niby, że dopiero co się ocknęłam. Wtedy dopiero osoba ta mnie puściła.
- Proszę, proszę. Chyba za dobrze cię ugościłyśmy skoro jeszcze możesz się podnieść.
Teraz nie miałam wątpliwości, że to te dwie wariatki. Rozbłysło światło, a ja odruchowo zamknęłam oczy. Zakryłam twarz rękami, światło drażniło moje oczy. Jedna z dziewczyn pociągnęła mnie za ręce do góry, co nie ukrywam bolało bardzo. Dalej miałam zamknięte oczy, jednak zostałam zmuszona do otwarcia ich, poprzez uderzenie w twarz. Na szczęście teraz nie było tak źle jak przed chwilą. Parę mrugnięć i odzyskałam widzenie.
- Nareszcie, królewno. Wiesz jaką Tony miał minę, gdy dowiedział się, że tak naprawdę nie rozmawia z prawdziwą Pepper?
Spojrzałam na nią jakby co dopiero uciekła z psychiatryka, co ona sobie ubzdurała?
- Ach, no tak. Przecież ty o niczym nie wiesz.
Spojrzała lewo i uśmiechnęła się przebiegle.
- Pepper dwa, twoja kolej!
Rzuciłam spojrzeniem w tą samą stronę i nie mogłam uwierzyć kiedy to zobaczyłam! A raczej kogo... Ujrzałam siebie, tą samą osobę. Jednak po chwili już nie byłam to ja tylko druga maska.
- Nieźle, prawda? A co dopiero jak Cornelia się spisała... była identyczną tobą. Taką, małą, płaczliwą, żałosną Pepper! - ostatnie zdanie nieomal wrzasnęła i po raz kolejny uderzyła mnie w twarz, z taką siłą, że przewróciłam się i uderzyłam o posadzkę. Głowa znowu zaczęła boleć, mało tego, poczułam pulsujący ból i ciepło na czole. No tak, dostałam w głowę, co się dziwić, że krwawię.
- Takie uderzenie, a ty już masz ranę? Faktycznie lichutka jesteś.
- Może sama walniesz sobie w twarz i pieprzniesz o beton! - puściły mi nerwy i wrzasnęłam.
Jej mina wyrażała tysiąc różnych emocji. Teraz tylko czekać na mocniejszy cios. Zbliżyła się do mnie i pociągnęła za ręce tak, że znalazłam się parę centymetrów nad ziemią. Nie trwało to długo, gdyż upuściła mnie z powrotem na podłogę.
- Nie pogrywaj sobie, jeden zły ruch i twojemu ojcu stanie się krzywda.
Spojrzałam na nią nienawistnym wzrokiem, jednak nie odezwałam się już ani słowem. Nie będę ryzykować, nie mogę sobie na to pozwolić. Miejmy nadzieję, że Tony i Rhodey są cali.
- Wracając do tematu, Tony się tak przejął tym wszystkim, że... chyba nic nie będzie robił tylko ciebie szukał. Właśnie na to liczyłyśmy.
O nie... Znowu coś szykują! Jak mam ostrzec Tony'ego? Nawet nie wiem gdzie jestem, a co dopiero myśleć o tym żeby się z nim skontaktować.
- Jednak nastąpiła mała zmiana planów... wrócisz do nich. Ale o własnych siłach.
Nie zrozumiałam tego. Okej, cieszy mnie to, że wrócę i będę mogła przekazać im wszystko to czego się dowiedziałam, ale... co znaczy o własnych siłach? Mają zamiar mnie pobić i odstawić na jakieś odludzie żebym radziła sobie sama?
Z tym odludziem trafiłam. Whitney i Cornelia zaprowadziły mnie do wielkich, stalowych drzwi - zupełnie takich jak te od zbrojowni - i wypuściły. Tak zwyczajnie, po prostu. Drzwi zamknęły się z wielkim hukiem a ja zostałam sama. Gdzie? Tego nie wiedziałam.
Stałam na kompletnym pustkowiu, nic tutaj nie było oprócz łąk i drogi polnej. Odwróciłam się na budynek, w którym byłam przed chwilą. Nie był on wielki, była to chatka z drewna. Matko, skoro tutaj jest tylko to, to gdzie ja jestem? W życiu nie widziałam takiego odludzia, a mieszkałam już w paru miejscach. No nic, muszę dojść do miasta. Chociażby znaleźć budkę telefoniczną, coś dzięki czemu będę mogła się skontaktować z Tony'm bądź Rhodey'm.
Ruszyłam na przód, po drodze polnej. Tyle, że końca nie widać. Chyba zanim wrócę do domu, minie sporo czasu.


~*~

Zbiegłem po schodach, musiałem znaleźć Rhodey'ego. Na moje szczęście siedział na kanapie, oglądał telewizję. Nie raz zadziwiał i jednocześnie denerwował ten jego stoicki spokój. Jak człowiek może być tak zrównoważony i spokojny? Do tego, nie przejmować się zbytnio gdy kłopoty są wielkie,
- Rhodey! Pepper to nie Pepper! - podleciałem do niego i opadłem na kanapę.
Spojrzał na mnie jak na wariata, który co dopiero uciekł od psychiatry. Zaraz się zacznie ta jego spokojna, irytująca gadka.
- Może trochę więcej słów? Powoli.
Opowiedziałem mu o tym co zaszło nie dawno na górze. Był w szoku, nie sądził, że Cornelia i Whitney posuną się do czegoś takiego. Ja sam się tego nie spodziewałem. Najgorsze jest to, że dalej nie wiem gdzie jest Pepper a czas ucieka.
- No dalej Rhodey! Musimy iść do zbrojowni.
Już wstawaliśmy z kanapy gdy usłyszeliśmy, że ktoś otwiera drzwi. No tak, Roberta kiedyś musi wrócić z pracy. Tylko dlaczego teraz!
- Cześć dzieciaki. - powiedziała do nas Roberta, rozglądając się po pomieszczeniu.
Domyśliłem się, że szuka wzrokiem Pepper.
- A gdzie Pepper?
- Yy... śpi.
Spojrzała na nas, jakby chciała nas prześwietlić i wybadać czy mówimy prawdę. Oby tylko nie pomyślała o tym, aby iść sprawdzić co u niej.
- Jesteście głodni?
- Nie dzięki. - tym razem odezwał się Rhodey. - My też już się położymy.
Co on wyprawia?! Musimy iść do zbrojowni! Zaczął mnie pchać w kierunku schodów. Kiedy już znaleźliśmy się w pokoju, nie wytrzymałem, musiałem się odezwać.
- Co ty robisz?! Musimy szukać Pepper!
- A myślisz, że jak wyjdziemy, to ona do niej nie zajrzy? Właśnie jak się położymy to da nam spokój. Będziesz się mógł wymknąć.
- A ty? - spytałem już trochę bardziej opanowany.
- Ja zostanę, żeby nie wzbudzać podejrzeń.
Teraz tylko czekać aż wszyscy zasną. Coś mi się wydaje, że to nie nastąpi szybko. Położyłem się do łóżka i z niecierpliwością czekałem aż wszyscy zasną, nawet Rhodey. Przecież ktoś musi zostać żeby nie wzbudzać podejrzeń.
Po jakiś dwóch godzinach byłem pewien, że wszystko ucichło. Miałem racje, przebrałem się i wyszedłem z domu najciszej jak tylko mogłem. Pobiegłem do zbrojowni, wpisałem kod i zająłem się lokalizowaniem Pepper.
To będzie długa noc.






Przepraszam, przepraszam. Wiem, rozdział jest mega krótki, ale teraz takie będą, jeśli chcecie mieć je szybciej. Może to wyglądać na mały szantażyk, ale cóż... jakoś to musimy rozegrać :D 
Zbliżamy się do końca tego epizodu. Dlaczego epizodu? Bo to dopiero początek tego wszystkiego co będzie działo się potem :)
Pozdrawiam.

środa, 10 czerwca 2015

Rozdział 19: Gra cieni


Nie spojrzała na mnie ani przez chwilę. Siedziała ze spuszczoną głową, patrząc na swoje smukłe dłonie. Siedziałem obok niej i patrzyłem na nią wyczekującym spojrzeniem. Nie wiem czy zdawała sobie sprawę z tego, że patrzyłem na nią takim a nie innym wzrokiem. Chyba myślała, że przyszedłem tu tylko po to aby z nią posiedzieć. Myliła się, chciałem wiedzieć co wtedy się stało. Nie zaznam spokoju dopóki nie powie mi prawdy. Nie może przecież zamykać się w sobie, jestem tutaj po to aby jej pomóc. Nie chcę patrzeć jak się zadręcza.
Pytałem ją po raz kolejny co się stało. Jednak ona milczała jak zaklęta, jakby ktoś zamknął jej buzię na zawsze. Nie pisnęła ani słowa, nie wykonała najmniejszego ruchu, oprócz tego, że poruszyła dłońmi. Martwię się, nie może tłamsić tego w sobie, to jeszcze bardziej ją dobije. Sam na siebie się złościłem, że nie zdążyłem, nie przewidziałem tego, że może się coś stać jeśli mnie przy niej nie będzie. Jak mogłem puścić ją wtedy samą? Wiedziałem, że jest narażona na pułapki jakie przygotowały na nas Whitney i Cornelia, ale mimo to zbagatelizowałem to. A teraz ona cierpi przeze mnie. Jak mogłem być taki głupi?
- Pepper?
Cisza, znowu odpowiedziała mi cisza. Zaczynałem się denerwować, to wszystko zaczęło mnie dobijać.
- Przepraszam... to moja wina, powinienem iść z tobą wtedy nic by się nie stało...
Coś we mnie pękło, musiałem powiedzieć to na głos. Nigdy nie mówiłem co gryzło mnie w środku, aż do tej chwili. Zawsze owijałem w bawełnę, zwodząc, że nie chodzi oto o czym tak naprawdę myślałem. Nigdy nie chciałem przyznać co chodzi mi po głowie. To o czym myślę zawsze pozostawało moją tajemnicą.
- Nie, Tony. Nie powinieneś się zadręczać.
Nie myślałem, że odpowie. Liczyłem na to, że opowie mi co się stało, jednak chyba za dużo wymagam. Muszę dać jej czas, z drugiej strony jeśli nie dowiem się co się stało nie będę mógł jej pomóc.
Przysunąłem się do niej, teraz siedziałem ramię w ramię z nią. Objąłem ją ramieniem i ucałowałem w czoło. Skoro nie chce rozmawiać mogę dotrzymać jej towarzystwa, wesprzeć. Położyła głowę na moim ramieniu i westchnęła prawie słyszalnie.
Zapowiada się długi wieczór.

~*~


Siedzieliśmy już kilka godzin w zbrojowni. Panowała zupełna cisza, nie rozmawialiśmy. Zastanawiałem się czy rudowłosa nie zasnęła. Jednak kiedy spojrzałem na jej twarz byłem pewny, że nie. Oczy miała otwarte, pełne smutku i pustki. Obdarzyła mnie tylko jednym spojrzeniem przez ten cały czas. 
W zbrojowni rozległ się alarm. Podniosłem się szybko z kanapy i podbiegłem do głównego komputera. Usłyszałem tupot stóp i dźwięk otwieranych drzwi. Pepper wybiegła ze zbrojowni. Co mam teraz robić? Biec za nią czy odpowiedzieć na alarm? Trudna decyzja... ale nie mogę zaniedbywać obowiązków Iron Man'a. Spojrzałem na pulpit komputera. No pięknie, okazało się, że to fałszywy alarm. Mój system raczej nigdy się nie myli, coś jest nie tak.Może najlepszym zdarzają się pomyłki? Nie, to nie to...
I znowu pomyślałem, że coś może grozić Pepper. Może ten alarm był tylko po to aby odwrócić moją uwagę? A jak jej się coś stało?
Wybiegłem ze zbrojowni, w mgnieniu oka znalazłem się pod drzwiami domu. Otworzyłem je i nie patrząc czy ktoś jest w salonie oprócz Rhodey'ego, wbiegłem po schodach. Bez pukania otworzyłem kolejne drzwi tym razem do pokoju Pepper. Nie myliłem się była tutaj, a co najważniejsze cała i zdrowa. Siedziała przy toaletce, wzrok miała utkwiony w lusterku. Nie spojrzała na mnie kiedy przekroczyłem próg, dalej tkwiła jakby w zamyśleniu. Usiadłem przy stoliku. Poczekam, w końcu powinna coś z siebie wydusić, choćby jedno słowo.
Albo mi się wydawało, albo minęły godziny a my dalej siedzieliśmy w ciszy. Powoli zaczęło mnie to denerwować. Jak można tak zamknąć się w sobie? Nie mówić nic, nawet nie ruszyć się odrobinę. Zachowywała się tak jakbym nie istniał, jakby mnie tu nie było. Co się z nią dzieje? Czy wtedy aż tak się przestraszyła, że nie jest w stanie normalnie funkcjonować? Na dodatek nic nie chce powiedzieć. Nie chodzi mi już o tą sprawę z wypadkiem. Nie mówi nic, zupełnie nic. Nie chcę żeby przeżywała to wszystko sama, przecież ma mnie i Rhodey'ego.
Powoli zaczęło się ściemniać. Spojrzałem na zegarek, było paręnaście minut po siódmej. No tak, wrzesień, teraz o tej porze będzie coraz ciemniej. Trzeba do tego przywyknąć.
Spojrzałem na Pepper. Wyglądała na lekko przestraszoną, przestała patrzeć namolnie w lusterko. Teraz patrzyła za okno. Poderwała się szybko z krzesła i podeszła do włącznika światła. W pokoju zrobiło się jasno, a rudowłosa ponownie chciała usiąść przy toaletce.
Nie mogłem pozwolić na to, żeby znowu się zatraciła. Wstałem i złapałem ją za rękę. Drgnęła i spojrzała na mnie. Już nie tak radośnie jak kiedyś, teraz w jej oczach nie tańczyły już wesołe ogniki, panowało w nich wiele bólu. Nie mogłem na to patrzeć, moje serce jakby kuło i krwawiło.
- Powiesz w końcu co się stało? - byłem zły, że milczała.
Tego nie można było nazwać zwykłym milczeniem. W sumie nijak to nazwać.
- Tak bardzo chcesz wiedzieć? - jej głos brzmiał tak jakby chciała na mnie warknąć, a może już to zrobiła?
- Spokojnie, chce ci pomóc.
- Pomożesz mi jak stąd wyjdziesz. - teraz już prawie krzyczała.
Wyrwała swoją rękę z ucisku i wyszła na balkon. Zdziwiła mnie swoim zachowaniem, nie znałem jej od takiej strony. Może w ogóle jej nie znam? Nie zamierzałem się jednak poddawać, wyszedłem za nią. Stała oparta plecami o barierkę. Kiedy mnie zobaczyła znowu się zdenerwowała.
- Mówiłam ci, że masz wyjść!
- Nie poznaję cię. Czemu nie chcesz powiedzieć co się wtedy stało?
- Chcesz wiedzieć?!
Wrzasnęła tak przeraźliwie, że chyba było ją słychać aż na dole.
- Tak. - odpowiedziałem najspokojniej jak umiałem.
- Nie odpowiem ci na to pytanie ponieważ nie jestem Pepper. - uśmiechnęła się nikczemnie. - Ale skoro już tu jestem a ona ci nie powiedziała, jak ją pięknie w ciemnościach nastraszyłyśmy...
Dopiero teraz ujawniła swoją prawdziwą postać. Mogłem to przewidzieć, przede mną stała Madame Mask. Nie wiem czy to Whitney, czy Cornelia. Na pewno któraś z nich. Ubrana w czarny kostium i złotą maskę. Ogarnęła mnie złość, jak mogłem być taki ślepy i głupi! Cholera, przecież ona weszła do zbrojowni! Jak ona to zrobiła? Czy przez ten cały czas rozmawiałem z nikim innym jak z Maską? Musiałem z nią rozmawiać od tego wypadku... Jak ja mogłem dać się tak wyrobić!
- Gdzie jest Pepper i co z nią zrobiłaś?! - wrzasnąłem i dodałem. - Jak dostałaś się do zbrojowni?!
Zaśmiała się tak lekko, że przez chwilę wydawało mi się, że nie ma serca.
- Świetnie ją odegrałam prawda? Taka mała, płaczliwa, smutna Pepper. Dzięki niej się tam dostałam, przecież musiałam być wiarygodna.
- Co jej zrobiłaś?!
- Jest w porządku, nie rozwaliłam jej tak jak wcześniej rany... Ale możesz być pewien, że tym razem będzie gorzej. - znowu, ten przeraźliwy śmiech. Bezduszna dziewczyna!
- Mów gdzie ona jest...
- Bo co? Nie masz zbroi, jesteś bezbronny.
- Ty też, bez maski.
- Widzisz Tony... Różnica jest taka, że teraz załatwiłabym ciebie bo ją mam. Ale... - tutaj przerwała wyraźnie się nad czymś zastanawiając. - Na to jeszcze nie pora.
Nie wytrzymałem. Podbiegłem do niej i kiedy chciałem się na nią rzucić ona tak po prostu rozpłynęła się w powietrzu.
Byłem tak cholernie zły, że nie zauważyłem tego, że to nie Pepper. To musiała być Cornelia, dobrze ją znała i zaaranżowała wszystko tak abym myślał, że rozmawiam z rudowłosą.
Najgorsze było to, że nie wiedziałem gdzie jest ta prawdziwa Pepper. I chyba nie prędko się dowiem.







Rozdział jest, to już 19. Aż ciężko mi w to uwierzyć, że dotrwałam. Co nie oznacza oczywiście końca. Chce wam podziękować za ponad 4000 wejść! :) I oczywiście, za tyle komentarzy, które mnie motywowały i motywują dalej. Oby było tak dalej. 
Zaskoczone? 
Proszę o opinie w komentarzach :))
Pozdrawiam.


Obserwatorzy