Obudziłam się dosyć późno. W nocy długo nie mogłam zasnąć, obracałam się z boku na bok. Była to dla mnie naprawdę ciężka sytuacja. Martwiłam się co będzie między mną a Tony'm. Bałam się, że to co się stało zniszczy naszą przyjaźń. O ile już jej nie zniszczyło... Nie ukrywam, że w nocy też płakałam z nerwów i strachu przed tym co może przynieść przyszłość. Było mi bardzo ciężko pogodzić się z tym co się stało. Oczywiście nie żałowałam tego pocałunku, tylko, że to może odmienić naprawdę wszystko... Poza Tony'm i Rhodey'm nie mam nikogo. Boję się stracić Tony'ego... To zabawne, znamy się niecały rok a ja nie potrafię żyć bez niego. Jest dla mnie bardzo ważny i chciałabym móc być przy nim tyle ile tylko będę mogła. Będę mu dozgonnie wdzięczna za to, że kilka razy uratował mi życie i dał nowe. Teraz to ja mogę go chronić i pomagać w walce. Wiem, że nie będzie chciał mi na to pozwolić, ale trudno jakoś muszę chociaż trochę spłacić dług wdzięczności.
Wzięłam szybki prysznic, zjadłam śniadanie i usiadłam przed telewizorem. Tata jak zwykle był w pracy więc miałam dom cały dla siebie. Przełączałam kanały szukając czegoś wartego uwagi, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Zlękłam się, pomyślałam, że to nie kto inny jak Stark. Wstałam i podeszłam do okna, z którego widać ganek. Myliłam się to był Rhodey. Odetchnęłam z ulgą i wpuściłam przyjaciela do środka.
- Pepper, co się z tobą dzieje? - spytał oburzony. - Wiesz która jest godzina? Jest 15, a Tony wariuje, że nie odbierasz telefonu.
Westchnęłam. Wiedziałam, że Tony dzwonił tysiące razy ale nie miałam odwagi odebrać. Bałam się tego co mogę usłyszeć, bałam się konfrontacji.
- Wiem, Rhodey, że Tony dzwonił. - mówiąc to prawie płakałam. - Nie chce odbierać. Boję się tego co mogę usłyszeć. Proszę powiedz mu, że rozchorowałam się...
- Rozchorowałaś się? Pepper, jest zima, a Ty możesz chodzić w krótkim rękawku! Myślisz, że Tony da się na to nabrać?
Znowu westchnęłam. Oczywiście, że Tony jest zbyt inteligentny żeby się na to nabrać. Chciałam grać na czas... Myślałam, że może w ten sposób jakimś cudem unikniemy rozmowy. Dziwiłam się sama sobie, że aż tak panikuje. Powinniśmy już wczoraj w zbrojowni porozmawiać, powiedzieć sobie, że nic z tego nie będzie... Bo Tony mnie nie kocha. A raczej kocha jak przyjaciółkę. Nikogo więcej.
- Rhodey, błagam. - powiedziałam to z wielkim żalem w głosie.
Rhodey widząc mnie w tym stanie przytulił mnie i pogłaskał po włosach. Tego teraz właśnie potrzebowałam. Ukojenia.
- Rhodey, co ja mam robić?
Przyjaciel milczał. Chyba sam nie wiedział jak powinnam postąpić. Będzie mi ciężko udawać przed Tony'm, że jestem chora. Mógłby tutaj przyjść i wypytywać co się ze mną dzieje. Dlaczego to musi być aż tak trudne? Większość osób powiedziałaby teraz, że się nad sobą użalam i miałaby rację. Wystarczyło wczoraj wyjaśnić sobie wszystko w zbrojowni. Tony powiedziałby, że kocha mnie jak przyjaciółkę i zadziałał pod wpływem chwili i światła księżyca... A ja oczywiście bym przytaknęła jemu, że jest tylko moim przyjacielem i nic więcej aby nie psuć naszej przyjaźni. To chyba jedyna opcja jaką może mi dać Tony... Trudno będę się cieszyć tym, że jest przy mnie.
- Pepper? Wszystko w porządku? - spytał Rhodey.
- Co? Ach, tak. Zamyśliłam się. - odpowiedziałam, siląc się na uśmiech.
- Dobrze, powiem mu, że jesteś chora. Ale jeśli tu przyjdzie, błagam nie wiń mnie. Będę się starał go zatrzymać, ale wiesz, że on jest bardzo uparty.
- Jesteś najlepszy, wiesz Rhodey? - tym razem szeroko się uśmiechnęłam.
Przyjaciel skierował się w stronę drzwi i powiedział:
- Trzymaj się Pepper, zobaczysz jeszcze wszystko się ułoży.
Pożegnałam go i patrzyłam jak odchodzi w stronę swojego domu. Odetchnęłam z ulgą, pomyślałam, że Tony nie przyjdzie jak powiem, że jestem chora. Położyłam się na kanapie i dalej buszowałam po kanałach. Znalazłam jakąś hiszpańską telenowelę, oczywiście o miłości. Szybko ją na jakiś program rozrywkowy. Nie obejrzałam go dużo bo zasnęłam. Widocznie ta sytuacja bardzo mnie wyczerpała i potrzebowałam dużo snu.
- Nic ci nie jest? - podeszła i spojrzała na mnie swoimi pełnymi blasku brązowymi oczami. Widziałem w nich troskę ale też wielkie zmartwienie.
Wydawało mi się, jej spojrzenie chciało mi coś powiedzieć. Coś czego nie mogłem odczytać, tak jak wtedy kiedy spadała z wieżowca. Tak, to dokładnie to samo spojrzenie co kiedyś. Żałowałem tylko, że nie mogę go odczytać. Chciałbym żeby to spojrzenie było oznaką miłości, chciałbym żeby Pepper mnie kochała. Ale w życiu nie zawsze dostaniemy tego czego chcemy, pragniemy. Chyba będę musiał z tym żyć.
- Tony? - spytała jeszcze raz Pepper.
- Zamyśliłem się. - jeszcze raz spojrzałem jej głęboko w oczy.
Wiedziałem, że to co stało się wczoraj może się znowu powtórzyć. Chciałem tego, ale z drugiej strony bałem się, że stracę ją na zawsze. Zanim zdążyłem wykonać ruch, Pepper się ode mnie odsunęła. Chyba przewidziała co może się stać, w końcu wczoraj sytuacja wyglądała podobnie.
- Nic mi nie jest, Mandaryn jest niebezpieczny. Uważaj na siebie. - spojrzałem na nią wzdychając ciężko.
- Co on ci powiedział Tony? - spojrzała jakby chciała przeszyć mnie na wylot, a może już to zrobiła?
- Pep... Po prostu na siebie uważaj.
- Będę. Ale powinieneś już iść, jestem chora i nie czuje się najlepiej.
Wiedziałem, że czuje się niezręcznie w mojej obecności. Nie wyglądała na chorą, jedyne co to na przemęczoną. Czułem, że nie jest gotowa żeby ze mną normalnie rozmawiać. Ja sam czułem się odrobinę niezręcznie, jednak nie mogłem pozwolić żeby jej się coś stało. Mam wrażenie, że tracę grunt pod nogami, a Mandaryn zaczyna przejmować kontrolę. Nie mogłem do tego dopuścić, nie chciałem ponownie stracić Pepper. Krzywda może spotkać też Rhodey'ego, który tak samo jest narażony na gniew Mandaryna. Westchnąłem i spojrzałem jeszcze raz na Pepper. Krzątała się po kuchni, chyba chciała zaparzyć herbatę. Czyżby zmieniła zdanie? Wstałem i skierowałem się w jej stronę. Jej rude, długie włosy delikatnie otulały jej ramiona oraz plecy. Wydawało mi się, że stawały się coraz bardziej dłuższe.
- Tony, co ci powiedział Mandaryn?
To właśnie cała Pepper - uparta. Wiedziałem, że nie odpuści mi tego i za wszelką cenę będzie chciała dowiedzieć się co ten gnojek mi powiedział. Dlatego czym prędzej jej to powiem tym szybciej będę spokojny.
- Powiedział, że jesteś jego celem Pepper.
Nie do końca tak właśnie powiedział Mandaryn, ale nie mogłem jej powiedzieć, że jest moim słabym punktem. Tak bardzo nie chciałem się do tego przyznać nawet przed samym sobą. Mogłem zrobić dla niej wszystko. Oddałem jej krew a mój implant mógłby tego nie wytrzymać - ona o tym nie wie i lepiej żeby tak było. Zamartwiałaby się tym i obwiniała. A ja nie chciałem aby była nieszczęśliwa, chciałem ją uszczęśliwiać na każdym kroku. Tylko czy wczoraj aby nie zepsułem jej szczęścia? Może wszystko powinno zostać tak jak było, może nie powinienem naprawdę tego robić... Mimo, że nie żałuje to mam wyrzuty sumienia.
- Gra na twoich nerwach Tony, nie ulegaj jego manipulacją. Po prostu na siebie uważaj. - mówiąc to postawiła na stole dwie herbaty.
Ucieszyłem się, że nie jest już taka oziębła jak wcześniej. Usiadłem przy stole tak samo jak rudowłosa. Przez chwilę panowała cisza. Widziałem po niej, że jest skołowana i nie wie co powiedzieć. Bałem się, że zaraz powie coś co zaboli nas oboje na tyle, że nie będziemy w stanie na siebie patrzeć. Nasze spojrzenia po raz kolejny się spotkały. Jej oczy, tak hipnotyzujące zdawały się mówić coś ważnego, zupełnie tak jak wcześniej. Jakby chciały powiedzieć, że wszystko musi być dobrze i już zawsze będzie. Wpatrywałem się w nie głęboko, próbując zapamiętać każdy szczegół. Nie ma oczu na całym świecie, które byłby tak niezwykłe jak oczy Pep. Brązowe, z zielonymi obwódkami. Ta właściwość zapewne pochodzi od Ekstremis. Widziałem, że rudowłosa również mi się przypatruje. Tak samo jak ja była wpatrzona w oczy. Byłem pewien, że nad czymś intensywnie rozmyśla - bez namysłu przygryzała wargę. Pepper jakby na chwilę zastygła i przestała się skupiać na wszystkim oprócz mnie. To samo działo się ze mną. Nie wiem jak długo trwała ta chwila, ale zdążyłem zapamiętać każdy najmniejszy skrawek jej twarzy. Ja, Tony Stark, byłem naprawdę po uszy zakochany. Szkoda, że bez wzajemności.