sobota, 17 października 2015

Rozdział 23: Każdy na tym ucierpi




Wpadłem w szał. Miałem dość tego wszystkiego, chciałem to zakończyć raz na zawsze. Ostatecznie. Nie chcę czekać do jutra! Dlaczego nie teraz?! Przecież wiem co mam robić, mam je wykończyć!
Ochłoń trochę Tony, ochłoń. Musisz porozmawiać z Rhoedy’m. Powinien wiedzieć co się stało. Ale co z Pepper? Mam ją tak zostawić i czekać? Co jeśli to kolejna pułapka? Boże, co ja mam robić? Chyba zaczynam wariować.
Pójdę do przyjaciela, - chociaż ciężko mi nie myśleć o Pepper -  tylko on myśli racjonalnie w takich sprawach.
Rhoedy był w domu, w naszym pokoju. Siedział przy biurku z książką do historii. Jak on może się tego uczyć? Zamknąłem drzwi i podszedłem do niego. Zamknąłem mu książkę i powiedziałem.
- Mamy kłopoty, a ty te średniowieczne pierdoły czytasz. – mruknąłem z wyrzutem.
- Co się stało? – spytał patrząc na mnie dociekliwie. – Gdzie Pepper?
- W tym właśnie problem, Whitney ją zabrała…
- I mówisz to tak spokojnie?! – prawie krzyknał.
- Ale do cholery co miałem zrobić?! Nawet nie wydała żadnego dźwięku! Porwała ją przy zbrojowni, byłem tak blisko a jednocześnie tak daleko! – wydarłem się i zrzuciłem książki z blatu.
Rhoedy spojrzał na mnie wielkimi oczami, chyba nie spodziewał się takiej reakcji z mojej strony. Ja sam nawet nie wiedziałem, dlaczego tak wybuchłem. Może dlatego, że byłem u kresu sił?
- Dobrze… Widzę, że nie jesteś spokojny.
- Jutro wieczorem na dachu. Jeśli nie, Pepper zginie. – powiedziawszy to opadłem na łóżko.
- Pieprzone wariatki!
Byłem zaskoczony, pierwszy raz w życiu Rhodey się uniósł. Nie przypominam sobie żeby wcześniej przeklął albo krzyczał. Z natury jest spokojnym i rozważnym człowiekiem. Widocznie nie tylko ja mam dość tej sytuacji. O ile to można tak nazwać..
- Nie mamy wyjścia. Wiem na pewno, że nie pozwolę aby któremuś z was coś się stało.
- Co zrobimy? Szukamy jej czy czekamy do jutra?
Cholera… Nie chcę jej zostawiać. Nie teraz, kiedy wiem, że wszystko może się stać przez tą jedną noc. Jeśli Whitney kłamała i zrobi coś Pepper? Co jeśli nie dotrzyma słowa? A może lepiej nie ryzykować jej życia? Nie wiem co robić, a tak bardzo chcę wiedzieć. Jeden błąd może kosztować jej życie. Ona musi żyć, musi żyć dla mnie. Martwię się o nią nawet wtedy kiedy wiem, że nic jej nie grozi. Kiedy jest przy mnie czuję coś dziwnego, coś czego nie umiem nazwać.
Muszę podjąć decyzję, mam nadzieję, że nie będę jej żałował.
- Nie szukajmy jej. – powiedziałem cicho z wielkim trudem.
- Jesteś pewny? – spytał przyjaciel patrząc na mnie nie pewnie.
- Nie jestem. A co jeśli będziemy jej szukać i one się zorientują?
- Może i masz rację.
- Teraz tylko musimy czekać. – odpowiedziałem i wstałem.
- Gdzie idziesz?
- Do zbrojowni, nie mogę siedzieć bezczynnie.
Wyszedłem z pokoju i zamknąłem drzwi. Zbiegłem po schodach i poszedłem w kierunku zbrojowni. Wpisałem kod i podszedłem do głównego komputera. Coś we mnie pękło. Wpisałem dane Pepper i wydałem polecenie lokalizacji. Jeśli nic się nie wyświetli to zacznę się martwić jeszcze bardziej.
O dziwo ukazał się wynik. Lokalizacja podawała, że Pepper jest gdzieś na obrzeżach Nowego Yorku. Zdziwiło mnie to, że nie próbowały zakłócić sygnału. Wtedy zrozumiałem że to musi być pułapka. Jeśli tam polecę, to tym samym pożegnam się z Pepper. Ciężko mi podjąć taką decyzję, ale wiem, że teraz będzie trochę bardziej bezpieczna. Chociaż niczego już nie jestem pewien.
Aby się trochę uspokoić zabrałem się za udoskonalanie mojej zbroi. Potem trzeba zabrać się za pancerz Rhodey’ego.


~*~

Obudziłam się, chociaż wcale tego nie chciałam. Wiedziałam, że porwały mnie Maski i nie będę miała chwili spokoju. Rozejrzałam się i stwierdziłam, że nie jestem w najgorszym miejscu. Pomieszczenie było wielkie i oświetlone. Leżałam na jakiejś zatęchłej, starej kanapie. Cieszyłam się z tego, że nie musiałam leżeć na betonie. Przede mną stały trzy osoby. Duet czyli Whitney i Cornelia. Trzeciej osoby nie rozpoznawałam. Przyglądałam się jej i stwierdziłam, że ma ona zbroję na sobie i hełm z rogami – jeśli tak można je nazwać – a na lewej ręce dwa pierścienie. Starałam się być cicho gdyż ta trójka o czymś rozmawiała.
- Lepiej żebyście wykonały swój plan tak jak potrzeba, bo jeśli nie to was spotka kara. – powiedział jak mi się wydaje mężczyzna w tej przedziwnej zbroi.
- Mandarynie, wątpisz w nasze możliwości? – odezwała się jedna z Masek.
Teraz już wiem, że ten koleś w zbroi jest zwany Mandarynem. Dość dziwna nazwa, trochę śmieszna jak na szefa tej zabójczej dwójki.
- Tak. Wam nie można ufać. – warknął Mandaryn.
- Tak jak tobie.
Mandaryn odszedł zostawiając Maski same. Wiedziałam, że teraz zainteresują się mną, co mi się szczególnie nie podobało.
- Witaj w naszej siedzibie. Podoba się? – rozpoznałam po głosie, że to Cornelia.
- Może być. – odpowiedziałam odważnie, było mi wszystko jedno.
Tymczasem Whitney stała przy wielkim panelu, który zapewne był komputerem. Uśmiechała się patrząc w pulpit.
- Wiedziałam. – mówiąc to odwróciła się w moją stronę. – Jeśli Tony tutaj przyleci, to zginiesz.
Spojrzałam na nią przestraszonym wzrokiem. Przemknęło mi przez myśl, że Tony o niczym nie wie i się tutaj zjawi.
- Jutro wieczorem na dachu Stark International wszystko się zakończy. Ale jeśli on tutaj się zjawi, ty skończysz szybciej. Módl się żeby nie był taki głupi i wyrywny.
Z trudem przełknęłam ślinę. Miałam nadzieję, że Tony domyśli się, że to może byś pułapka. Chociaż znając jego porywczość i zdolność do pakownia się w kłopoty może się tu pojawić. Obym się myliła.
- Zastanawiasz się pewnie co zrobi? – spytała mnie Cornelia, która zdjęła swoją maskę.
Wyglądała tak jak zwykle tylko widać było po niej zmęczenie. Chyba musiały nie spać, bo pewnie nas obserwowały. Poczułam jeszcze większą niechęć do niej niż wcześniej. Jeszcze gorszą niż do Whitney, którą do tej pory tak nienawidziłam. Oczywiście nic się w tej kwestii nie zmieniło. Teraz oby dwie stoją na tej samej pozycji: Numer jeden na liście znienawidzonych osób. I do tego dochodzi ten tajemniczy facet, Mandaryn.
- Nie przyleci. Nie zaryzykuje twojego życia. W końcu to Anthony Stark, jest przebiegły, inteligentny i do tego jest Iron Man’em. Zrobi wszystko, ale nie wyda cię na pewną śmierć.
Byłam zaskoczona jej wypowiedzą... Skąd ona może tyle o nim wiedzieć? Pewnie przez te dwa dni, które spędziła z Tony’m jako ja. Wiedziałam, że jest dobrą obserwatorką, ale żeby aż tak?
- A Whitney ma jeszcze jakiekolwiek nadzieje. – mówiąc to zaśmiała się. – Jesteś głupia jeśli tak myślisz.
Teraz druga blondyna zdjęła maskę. Wyglądała gorzej od mojej dawnej przyjaciółki. Oczy miała podkrążone i podpuchnięte jakby płakała.
- Wcale tak nie jest. – wrzasnęła i rzuciła maską gdzieś w kąt.
Wzdrygnęłam się. Co ją tak zdenerwowało? Wiem, że chciała mojej śmierci, ale skoro zaprzeczyła to o co chodzi?
- Masz wątpliwości Whitney. Nie chcesz jego śmierci. – odparła z wyższością.
- A ty chcesz śmierci Rhodey’ego? – podeszła do niej i spojrzała z pogardą. – Odwal się ode mnie, zajmij się sobą. Zakończymy to i się rozstaniemy.
Teraz Cornelia nie odpowiedziała. Jak mogły porwać się na takie szaleństwo skoro oby dwie są zakochane w osobach, które mają zabić? Skrzywdziły nas wszystkich a tylko dlatego, że pojawiłam się ja. Whitney uważała, że stanęłam na drodze jej szczęścia z Tony’m. A Cornelia? Nie wiem. Jest dobry moment aby się dowiedzieć co ją podkusiło do tego wszystkiego.
- Dlaczego to robicie?
Zapadła krępująca cisza. Whitney spojrzała na mnie z nienawiścią w oczach, tak samo jak Cornelia.
- Jeszcze nic nie rozumiesz, tępa dziewucho?! Zabrałaś mi Tony’ego! To ja miałam być z nim szczęśliwa! Zjawiłaś się ty i wszystko się popsuło! – wrzeszczała jak oszalała blondyna.
Nie było mi jej żal. Nie czułam się winna. Tony sam sobie wybiera przyjaciół, ja nie ingerowałam w jego kontakty z córką Stane’a. Nie dość, że sprowadziła terror na naszą trójkę to teraz chce nas wszystkich pozabijać. Kompletna wariatka!
- Whitney do jasnej cholery! Chcesz żeby Mandaryn się znowu na nas zdenerwował?! Dalej nic nie rozumiesz?! Jedno nie porozumienie i to on nas zabije, kretynko! – krzyknęła Cornelia podchodząc do Whitney.
Whitney nie patrząc na nią podbiegła do mnie. Ja wiedząc czego się można po niej spodziewać wstałam i zaczęłam odchodzić od kanapy. Whitney była szybsza. Złapała mnie za ramię a drugą ręką wymierzyła cios z pięści w prosto moją twarz. Splunęłam krwią. Nie myśląc o konsekwencjach oddałam jej. Ta zachwiała się i kopnęła mnie z kolana w brzuch a potem powaliła na podłogę. Spodziewałam się kolejnego ciosu, jednak nic takiego się nie stało. Kręciło mi się w głowie, wiedziałam, że stracę przytomność. I tak też się stało. Przynajmniej nie poddałam się bez walki.









Wróciłam do was po długiej nieobecności z nowym rozdziałem. Jeszcze dwa rozdziały i koniec pierwszej księgi. Spodziewajcie się, że będzie gorąco. 
Pozdrawiam. 


wtorek, 22 września 2015

Rozdział 22: Koniec jest bliski



Spędziłem w zbrojowni już kolejną godzinę. Nie wiem ile czasu tutaj siedzę. Dwoiłem się i troiłem, by znaleźć Maski. Na próżno. Zero śladów, czegokolwiek. Próbowałem już wszystkich sposobów: tradycyjnej lokalizacji, szukania przez satelitę, patrolów, ostatnich miejsc, w których się pokazały. Wielka pustka, dosłownie, jakby zniknęły, zapadły się pod ziemię. To nie zwiastuje niczego dobrego. Może jestem przewrażliwiony, ale czuję, że niedługo spotkamy się. I to jedna strona ostatecznie.  
Ech, ględzę jak Rhodey. A właśnie, ciekawe gdzie on się podziewa, nawet nie wiem kiedy wyszedł. Chyba byłem aż tak pochłonięty pracą. Pora się zrelaksować chociaż przez chwilę. Może zobaczę co u Pepper?
Wyszedłem z hangaru podążając ku domowi. Miałem nadzieje, że rudowłosa tam jest i nic jej nie grozi, tak samo jak Rhodey’emu. Nie wiem gdzie mój przyjaciel mógłby pójść, jedyne miejsce jakie przychodzi mi do głowy – oprócz zbrojowni, oczywiście – to,  dach Akademii Jutra. Często tam przesiadywaliśmy na przerwach.
Otworzyłem drzwi. Nie oglądając się po innych pomieszczeniach, wszedłem na górę. Pomyślałem, że Pepper będzie w swoim pokoju i nie myliłem się. Leżała na łóżku, najwidoczniej spała. Chciałem po cichu wyjść, jednak dziewczyna otworzyła oczy i podniosła się na łokciach, żeby na mnie spojrzeć.
- Wybacz, nie chciałem cię obudzić. – uśmiechnąłem przepraszająco.
Ona tylko westchnęła i odparła: - Nie spałam. To była bardziej drzemka.
Przez chwilę panowała cisza. Nie wiedziałem czy się wycofać, czy zostać. Chciałem wiedzieć co jej powiedziały Cornelia i Whitney. Może zrobiły jej krzywdę? Muszę wiedzieć.
- Wiem, że chcesz wiedzieć co się stało. – wzdrygnąłem się lekko, nie spodziewałem, że rudowłosa się odezwie. – Zaplanowały to, wiedziały, że będziesz mnie szukał. Jednak zmieniły zdanie w ostatniej chwili, wypuściły mnie.
Byłem zaskoczony. Tylko tyle tam się działo? Myślałem, że znowu jej groziły. A może tak było, tylko nie chce się przyznać?
- To wszystko, Tony, nie patrz tak na mnie. Nie ukrywam niczego co powinieneś wiedzieć.
- To znaczy jak patrzeć? – spytałem zdziwiony.
- Jakbym coś zrobiła, z wyrzutem. – odparła z westchnięciem.
Nie wiedziałem, że to aż tak widać. Myślałem, że tylko w środku to czuję, a tutaj okazało się, że na zewnątrz też.
- Przepraszam, martwiłem się o ciebie. – dodałem i podszedłem do łóżka.
Teraz dopiero się jej przyjrzałem, zobaczyłem w jakim jest stanie. Oczy podkrążone jakby nie spała – bardzo możliwe, że tak było, - zapuchnięte w dodatku. Jej lewe policzko było czerwone, pewnie ją uderzyła któraś z Masek. Wiedziałem, że wszystkiego mi nie mówi.
- I tak Cię dobrze traktowały? – spytałem unosząc jedną brew w górze. Jednak po chwili zorientowałem się jak mogła odebrać to pytanie. – Wiesz jak było wcześniej.
Jej twarz wykrzywił grymas, a oczy stały się nie do odgadnięcia.
- Tony, co chcesz wiedzieć więcej? Wszystko już powiedziałam.
Dotknąłem delikatnie jej lewego policzka, na którym był ślad zapewne bo uderzeniu. Mimo, że starała się ukryć ból, syknęła cicho i gwałtownie się odsunęła.
- To nic takiego, tylko raz mnie uderzyły. – powiedziała to tak jakby to była jakaś błahostka.
Zdenerwowałem się i to bardzo. Ja się martwię, szukam jej a ona nawet nie chce mi powiedzieć co się naprawdę wydarzyło!
- Tylko raz tak?! To ja tu odchodzę od zmysłów, że nigdy cię już nie zobaczę a ty z takim tekstem wyskakujesz?! – aż z tego wszystkiego wstałem, dodatkowo gestykulując.
Spojrzała na mnie lekko przestraszonym wzrokiem, mimo to widziałem coś czego nie spotkałem do tej pory we wzroku żadnej dziewczyny. Teraz to ja lekko się zdziwiłem, jednak wróciła wściekłość.
- Tony, ja po prostu nie chciałam cię martwić. – powiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszałem.
- Martwię się jeszcze bardziej, kiedy starasz się coś przede mną ukryć. – odparłem spoglądając na nią.
Nadal byłem nie uległy, nie chciałem na nią krzyczeć, ale musiałem w końcu powiedzieć jej, że lepiej będzie jak niczego przed sobą nie zataimy.
Nastała cisza, niezręczna cisza. Wzrok spuściłem na swoje buty i ponownie usiadłem koło Pepper. Nawet na nią nie spojrzałem, nie wiem, chciałem ją w ten sposób ukarać? Wcale tak nie myślałem i nie chciałem tak robić. Po prostu było mi źle z tym, że w pewnym stopniu mi nie ufa. Przynajmniej tak to odebrałem. Może i nie chciała mnie martwić, ale jeszcze bardziej wzmogła przez to moją troskę. Nie mogłem pozwolić na to, żeby to się powtórzyło. Mówię to już któryś raz, a i tak Maski dalej robią swoje. Zapewniam siebie, ale tak naprawdę nie jestem w stanie przewidzieć kiedy zaatakują. Byłem rozdarty, pierwszy raz odkąd jestem Iron Man’em. Sytuacja wydawała się prosta, wręcz banalna. Nigdy nie musiałem walczyć o życie bliskich mi ludzi. Obchodzili mnie tylko Stane i banda okolicznych złoczyńców. A teraz? Czasami wydaje mi się, że to za dużo jak na jednego nastolatka. Jednak nie mogłem się poddać, nie teraz kiedy wszyscy na mnie liczą.
- Nie masz mi za złe, że podałam im kod do zbrojowni?
Tym pytaniem wyrwała mnie z natłoku myśli. No tak, Cornelia – jako Pepper – dostała się do zbrojowni, bo ta podała jej kod. Ciekawe co było tego powodem. Oczywiście nie miałem jej tego za złe, nie mógłbym po tym wszystkim co wycierpiała przez nie, ale nie tylko. Zdawałem sobie sprawę, że część winy, spada na mnie. W końcu tu chodzi o mnie, Iron Man’a. Gdybym nie zadawał się z Pepper, wszystko byłoby inaczej. Nie musiałaby tyle cierpieć i to w dodatku przez jedną osobą. Tak samo było z Rhodey’m. On też nie byłby w to zaangażowany, gdyby nie moja osoba.
- Znowu się zamyśliłeś. Jeśli cię zdenerwowałam swoim zachowaniem to przepraszam… Ale chyba na moje pytanie możesz odpowiedzieć.
Ożywiłem się trochę. Jak mogła pomyśleć, że będę na nią zły? I to przez długi czas? Teraz, kiedy powinniśmy trzymać się razem, to najmniej odpowiedni moment aby rozpamiętywać kłótnie. To wszystko minie, będzie jak dawniej.
- Zdenerwowało mnie raczej to, że bagatelizujesz to na co sobie pozwalają. Chcesz żeby cię wykończyły?
- Tony, znowu zmieniasz temat.
- Dlaczego nie chcesz mi odpowiedzieć? – spytałem, już lekko podirytowany.
- A ty? – zablokowała mnie tym pytaniem.
Chyba aż tak bardzo chciałem znać odpowiedź na to co mnie dręczy, że zapomniałem o jej pytaniu.
- Nie jestem.
Chyba jej nie przekonałem, gdyż, spojrzała na mnie podejrzliwie, a zarazem tak jakby chciała mnie prześwietlić wzrokiem i dowiedzieć się co mnie gryzie, trapi.
- Kod jest już dawno zmieniony.
Tym ją uspokoiłem, bo odetchnęła z wyraźną ulgą.
- Możesz mi coś obiecać?
- To znaczy?
- Powiesz mi o wszystkim o czym powinienem wiedzieć, zawsze, ale to zawsze? – spytałem, trochę nie pewnie, jakby bojąc się co mi odpowie.
Wyglądała jakby trochę się zastanawiała nad odpowiedzią.
- Nie mogę ci tego obiecać, dobrze o tym wiesz.
Zaskoczyła mnie, nie zrozumiałem dlaczego. Przyjaźniliśmy się, więc oczekiwałem, że będzie ze mną szczera, tak jak ja.
- Nie rozumiem.
- Tony, ja już dłużej tego nie wytrzymam… Nie chcę was tracić. Nie chcę patrzeć jak Maski robią krzywdę tobie i Rhodey’emu.
- Nie stracisz. Zrobię wszystko żeby je powstrzymać, żeby was ochronić. – powiedziałem z pełnym przekonaniem. Jednak chyba jeszcze bardziej ją tym zmartwiłem, wyglądała na smutną i… nie wiem jak to określić… wyglądała jakby nad czymś się bardzo długo zastanawiała.
- Nawet za cenę własnego życia? – spytała załamanym, cichym głosem.
Wahałem się z odpowiedzią. Tak, ochroniłbym ich za wszelką cenę, nawet za cenę mojego życia. Jestem Iron Man’em, nie umiem myśleć tylko o sobie, a może i nawet nie chce. Po stracie ojca zmieniłem się, zacząłem myśleć o innych, nie przejmowałem się sobą.
- Tak. Mam tylko was, jesteście dla mnie jak rodzina.
Chyba zdenerwowałem ją tą odpowiedzią. Gwałtownie wstała i podeszła do drzwi. Sięgnęła już ręką do klamki, jednak po chwili odwróciła się i spojrzała na mnie, tak jakby chciała mnie usilnie przy sobie zatrzymać.
- A pomyślałeś co ja zrobię, co zrobi Rhodey kiedy się tak głupio poświęcisz?! – krzyknęła, szarpnęła za klamkę i trzasnęła drzwiami.
Zostałem sam. Ale nie na długo. Coś kazało mi pójść za nią. Nie mogłem jej zostawić samej, zwłaszcza kiedy Maski się panoszą. Wybiegłem za nią. Usłyszałem kolejny trzask drzwi. O nie, wyszła z domu! Przecież wie, że może już nie wrócić…
Wyszedłem na zewnątrz. Stała przy drzwiach do hangaru. Idzie do zbrojowni.


~*~

Niech on da mi spokój! Zachowuje się jednocześnie odpowiedzialnie, a z drugiej strony chce nas chronić, to jest bardzo odpowiedzialne i wymaga dużej odwagi. Ale żeby się poświęcać? Zwariował do reszty!
Weszłam do hangaru. Było bardzo ciemno. Poświeciłam sobie telefonem, aż zobaczyłam, że ktoś przede mną stoi. Poznałam tą osobę. To była jedna z Madame Mask! Podbiegła do mnie, złapała mnie za ręce i jakimś cudem powaliła na beton. Nie byłam w stanie zareagować, wszystko działo się tak szybko. Strach sparaliżował moje ciało a nawet umysł. Do hangaru wbiegł do Tony. Nie mogłam dostrzec jego miny, było zbyt ciemno. Nie krzyczałam, wiedziałam, że chłopak pobiegłby do zbrojowni i założył pancerz. W tym czasie Madame Mask dostałaby się do zbrojowni, a tego nie chciałam. Trudno i ciężko mi się do tego przyznać, ale poddałam się. Udałam, że tracę przytomność. Chyba jednak faktycznie tak było bo już nic nie słyszałam.

~*~

Wbiegłem do hangaru. To co zobaczyłem prawie ścięło mnie z nóg. Madame Mask pochylała się nad Pepper, która leżała na betonie. Zdenerwowałem się, nie mogłem nic zrobić, bo zbrojownia znajdowała się za jedną z Masek. Nie ma szans bym tam dobiegł, zdążył wpisać kod i zamknąć drzwi. Gorsze było to, że Pepper nie krzyczała, nie wydała żadnego dźwięku.
- No proszę, myślałam, że zorientujesz się później, Tony. - poznałem ten głos. To była Whitney. – Jesteś bezbronny, ale dam ci szansę uratowania tej wywłoki. Bądź jutro wieczorem na dachu Stark International. Wiem i tak, że Rhoedy nie przepuści takiej okazji. Czekam na was oboje.
Nie odezwałem się ani słowem, a chciałem. Jednak Whitney przerwała mi:
- To już koniec.








niedziela, 2 sierpnia 2015

Rozdział 21: Przed nami daleka droga



Nie dam rady… Jak długo jeszcze mam iść? Nogi odmawiają mi posłuszeństwa, a już zaczęło świtać. Mam wrażenie, że nie pokonałam nawet połowy drogi…
Zastanawiam się, czy Tony i Rhodey mnie szukają. W końcu Cornelia ujawniła, że się tylko pode mnie podszywała. Podła suka! Tak, może i to była moja przyjaciółka, ale właśnie… BYŁA. Definitywny koniec naszej przyjaźni… Co ja gadam, od początku powinnam sobie powiedzieć, że to koniec. A ja się łudziłam, że coś jeszcze z tego będzie. Taka prawda, że mam za dobre i za kruche serce na takie sytuacje i dla takich osób jak ona… I jestem naiwna, a to moja najgorsza wada z możliwych. Przynajmniej tak mi się teraz wydaje, a pewnie jest wiele innych, których chciałabym się pozbyć.
Przez to wszystko zapomniałam dokąd zmierzam. W sumie, to sama tego nie wiedziałam, szłam przed siebie, byleby znaleźć jakiś znak, wskazówkę, cokolwiek. Minęło kilka dobrych godzin, a ja wciąż błądziłam na odludziu. Tylko pola, łąki. Nic więcej. Muszę odpocząć i pomyśleć co dalej. Usiadłam na uboczu, na trawie. Spojrzałam w niebo, które przybierało pomarańczowo-różowawe barwy. Za niedługo powita mnie wschód słońca.


~*~

Już świtało, a ja dalej tkwiłem w zbrojowni. Nie przeszkadzało mi to, że spędziłem tutaj tyle godzin, ale to, że do tej pory nie znalazłem Pepper. Byłem dwa razy na patrolu, przy okazji jej szukając. Za chwilę będę musiał się zmywać do domu, zanim mama Rhodey’ego się zorientuje, że mnie nie ma. Cholera, jeśli jej teraz nie znajdę, to Roberta zacznie coś podejrzewać, przecież rudowłosa nie zeszłaby na śniadanie.
Moją ostatnią szansą była satelita, przez którą mógłbym ją namierzyć. Zacząłem się podświadomie modlić, aby mój plan wypalił. Rozpocząłem namierzanie i nie posiadałem się z radości! Udało się! Znajdowała się gdzieś około siedemdziesięciu kilometrów od zbrojowni. Bardzo daleko, co ona tam mogła robić?
Nie zastanawiając się, założyłem zbroję i wyleciałem ze zbrojowni. Oby tylko zbytnio nie oddaliła się od miejsca. Może zastanę tam Cornelię i Whitney? Chyba pora już się z nimi rozprawić, nic tylko same kłopoty…
Doleciałem na miejsce. Miałem szczęście! Odnalazłem ją!
Leżała na ziemi, wyglądała jakby spała. I tak faktycznie było, nie reagowała kiedy delikatnie ją szturchnąłem. Wziąłem ją na ręce i poleciałem w kierunku zbrojowni. Kiedy tak lecieliśmy, przyglądałem się jej twarzy. Nie była poobijana, z czego bardzo się ucieszyłem. Może tym razem nie znęcały się nad nią tak bardzo. Muszę się wszystkiego dowiedzieć na miejscu.
Około pięciu minut potem, lądowałem już w hangarze, w którym mieściła się zbrojownia. Nikogo w środku nie było oprócz naszej dwójki. Ułożyłem rudowłosą na kanapie. Zdjąłem zbroje i podszedłem do komputera. Rozpocząłem lokalizacje tych dwóch osób, które ostatnio spędzały mi sen z powiek. Zwłaszcza kiedy nie wiedziałem co z moją przyjaciółką.
Zastanawiało mnie też, gdzie podziewa się Rhodey. Oby i jemu się coś nie stało, zwariowałbym gdyby tak było. Może do niego zadzwonię?
<Rhodey? Gdzie jesteś? Wszystko w porządku?>
<Stary, z tymi pytaniami zupełnie jak Pepper. Jestem w domu, jest okej. Znalazłeś ją?>
<Tak. Jestem w zbrojowni.>
<Zaraz będę.>
To chyba najkrótsza rozmowa jaką kiedykolwiek przeprowadziliśmy. Nim się obejrzałem Rhodey wszedł do zbrojowni. Spojrzał na Pepper a potem na mnie, wzrokiem który oczekuje wyjaśnień. Ale co ja mogłem mu powiedzieć, sam mało wiedziałem.
- Co się stało?
- Sam nie wiem, znalazłem ją w jakiś polach, daleko od nas. Pewnie to one ją tam wywiozły.
- Z całą pewnością. – dodał i spojrzał na ekran komputera. – Tony, wiesz, że to nic nie da. One są jak cienie, nie znajdziesz ich.
- Muszę spróbować, nie mogę was ciągle narażać. – czułem narastającą w sobie złość.
Poczułem skurcz w klatce piersiowej, automatycznie się skuliłem łapiąc za implant. Rhoedy schylił się i spojrzał na mnie przestraszonym wzrokiem.
- Tony?
Ja nie odpowiedziałem, zrobiło mi się ciemno przed oczami, na tyle, że usiadłem i przymknąłem lekko powieki. Oddychałem głęboko aby się uspokoić. Wiedziałem, że to przez stres i nerwy. Ale cóż mogłem poradzić, sytuacja jest bardzo poważna.
- Tony, co Ci jest?
Nawet nie zauważyłem kiedy Pepper się obudziła. Moje serce aż zaczęło szybciej bić, już czułem się dobrze. Na jej widok zawsze się cieszyłem, zawsze czułem coś więcej. Po prostu nie umiałem tego wytłumaczyć, dlaczego tak jest.
Wstałem, mimo groźnej miny Rhodey’ego, który mi to ewidentnie odradzał. Co ja poradzę, że chciałem ją przytulić, przekonać się, że to mi się nie śni. Podszedłem do niej i przytuliłem najmocniej ale też najdelikatniej jak tylko mogłem. Chyba była zaskoczona, bo przez chwilę stała bez ruchu, jednak odwzajemniła gest. Nie dane nam było tak długo stać gdyż James chrząknął znacząco, przerywając nam chwilę zapomnienia. Rudowłosa podeszła do Jamesa też go przytulając. Każdy z nas ucieszył się, że widzi Pepper w tak dobrym stanie. Ciekawe czy tak jest w środku.
- Dobrze, że jesteś. – powiedział Rhodey uśmiechając się promiennie. – Co się stało?
Kiedy czarnoskóry zadał to pytanie, którego z pewnością nie chciała słyszeć, nagle zmarkotniała.
- Możemy o tym teraz nie mówić? Jestem zmęczona.
Spojrzałem na nią jakbym chciał dowiedzieć się co przed nami ukrywa. Pepper to zauważyła i dodała pośpiesznie.
- Bardzo zmęczona.
Westchnąłem tylko, mogłem jedynie patrzeć jak wychodzi. Tym razem rzuciłem spojrzenie James’owi, który wydawał się tak samo zmartwiony jak ja.
- Co teraz? – spytał.
- Nie mam pojęcia. Idziemy za nią?
- Myślę, że lepiej będzie jak zostanie przez chwilę sama. Nie bądź taki nadgorliwy i nachalny, bo w końcu nic nam nie powie.
Jak zwykle, Rhodey i te jego dobre rady. Ale tym razem poczekam, Pepper nam wszystko opowie w swoim czasie.


~*~

To dopiero męczący dzień. Dotarłam do domu państwa Rhodes’ów. Miałam nadzieje, że nie zastanę Roberty, nie chciałabym żeby widziała mnie w takim stanie. Co prawda nie było źle, jednak nie chciałam ryzykować. Na pewno drążyłaby i zadawała pytania, a tego chciałam za wszelką cenę uniknąć. Nie lubiłam okłamywać ludzi, nie umiałam tego robić. Mogłam zmienić temat, ale nie zręcznie okłamać. Ciężko mi to przychodziło.
Otworzyłam drzwi i szybko przeszłam przez przedpokój. Weszłam po schodach a zaraz
potem zamknęłam się w pokoju. Odetchnęłam z ulgą, nie zastałam pani Rhodes. Rozejrzałam się i stwierdziłam, że nic się tutaj nie zmieniło. W sumie, nie zniknęłam na długo. Myślałam, że Kornelia narobi bałaganu, dla niepoznaki. Jednak udało jej się zmylić Tony’ego. Co z tego, że przybrała moją postać, wiedziała jaki mam charakter i to wykorzystała. Perfidna… Mogłam się spodziewać, że kiedyś mi taki numer albo podobny, wywinie.
Podeszłam do szafy i wyjęłam czyste ciuchy. Mimo, że był ranek, postanowiłam, że się trochę zdrzemnę. Nie miałam dobrych warunków do spania, jeszcze ta podróż mnie wykończyła. Dziwię się, że nie bolą mnie nogi.
Skierowałam się do łazienki aby się trochę odświeżyć. Umyłam też włosy, które rozpuściłam i pozostawiłam do wyschnięcia.
Wchodząc do pokoju, spojrzałam na mój telefon. Matko, ile nieodebranych połączeń… Zdziwiło mnie, że wszystkie były od taty. Cóż on mógł pomyśleć gdy nie obierałam… Może, że nie chce mieć z nim nic wspólnego? A wręcz przeciwnie, chciałam utrzymywać z nim kontakt, jednak nie będzie już tak samo jak kiedyś. I oby dwoje o tym wiedzieliśmy.






Są jakieś pytania? Rozdział, tak na dobry początek drugiego miesiąca wakacji. 

czwartek, 9 lipca 2015

Rozdział 20: Czas działa na nie korzyść



Gdzie ja jestem? Nie poznaję tego miejsca. Fakt, jest tutaj ciemno tak jak było w domu u Rhodey'ego, ale wydaje mi się, że jestem gdzie indziej. Powinnam leżeć przed schodami przynajmniej tak mi się wydaje. Próbowałam znaleźć ręką coś co przypominałoby schodek w najmniejszym stopniu, jednak nic takiego nie poczułam. 
Podniosłam się na rękach co i tak było mi trudno wykonać. Czułam się cała obolała, kręciło mi się w głowie. Nogi odmawiały posłuszeństwa, czułam jakby były związane. Przyciągnęłam je do siebie i faktycznie były związane sznurem. Chciałam je odwiązać jednak zamiast tego, poraniłam sobie ręce. Skoro nie mogę iść, muszę się czołgać. Tylko do czego i w jakim celu? Ciemność dookoła, więc czego mam szukać? Muszę spróbować, nie mogę leżeć bezczynnie.
Jednak zanim wykonałam jakikolwiek ruch, usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi, skrzypienie. Światło się zapaliło a ja padłam na podłogę, udając, że się nie obudziłam. Ja natomiast zaczęłam nasłuchiwać. Chciałam wiedzieć kto mnie tu przetrzymuje, jednak domyślałam się kto to. Chciałam się tylko utwierdzić w przekonaniu, że to Whitney i Cornelia. Wcześniej wymusiły ode mnie kod do zbrojowni. Nie miałam wyjścia, chociaż wcale nie musiałam się poddawać. Jednak trafiły w czuły punkt, zagroziły, że zaatakują mojego ojca. W sumie, tak naprawdę nim nie jest, ale one chyba tego nie wiedziały. Mimo to, byłam tak do niego przywiązana, kochałam go jak kogoś bliskiego, jak jednego z rodziców. Jestem przekonana, że to one za tym wszystkim stoją. W końcu ostatnio bardzo uprzykrzają nam życie, ciągle coś się dzieje. Nim się obejrzysz, następne niebezpieczeństwo.
Ktoś mną potrząsną, jednak ja nie zamierzałam się ruszyć. Poczułam jak ktoś mnie ciągnie po ziemi, za rękę. Zaczęłam powoli otwierać oczy, niby, że dopiero co się ocknęłam. Wtedy dopiero osoba ta mnie puściła.
- Proszę, proszę. Chyba za dobrze cię ugościłyśmy skoro jeszcze możesz się podnieść.
Teraz nie miałam wątpliwości, że to te dwie wariatki. Rozbłysło światło, a ja odruchowo zamknęłam oczy. Zakryłam twarz rękami, światło drażniło moje oczy. Jedna z dziewczyn pociągnęła mnie za ręce do góry, co nie ukrywam bolało bardzo. Dalej miałam zamknięte oczy, jednak zostałam zmuszona do otwarcia ich, poprzez uderzenie w twarz. Na szczęście teraz nie było tak źle jak przed chwilą. Parę mrugnięć i odzyskałam widzenie.
- Nareszcie, królewno. Wiesz jaką Tony miał minę, gdy dowiedział się, że tak naprawdę nie rozmawia z prawdziwą Pepper?
Spojrzałam na nią jakby co dopiero uciekła z psychiatryka, co ona sobie ubzdurała?
- Ach, no tak. Przecież ty o niczym nie wiesz.
Spojrzała lewo i uśmiechnęła się przebiegle.
- Pepper dwa, twoja kolej!
Rzuciłam spojrzeniem w tą samą stronę i nie mogłam uwierzyć kiedy to zobaczyłam! A raczej kogo... Ujrzałam siebie, tą samą osobę. Jednak po chwili już nie byłam to ja tylko druga maska.
- Nieźle, prawda? A co dopiero jak Cornelia się spisała... była identyczną tobą. Taką, małą, płaczliwą, żałosną Pepper! - ostatnie zdanie nieomal wrzasnęła i po raz kolejny uderzyła mnie w twarz, z taką siłą, że przewróciłam się i uderzyłam o posadzkę. Głowa znowu zaczęła boleć, mało tego, poczułam pulsujący ból i ciepło na czole. No tak, dostałam w głowę, co się dziwić, że krwawię.
- Takie uderzenie, a ty już masz ranę? Faktycznie lichutka jesteś.
- Może sama walniesz sobie w twarz i pieprzniesz o beton! - puściły mi nerwy i wrzasnęłam.
Jej mina wyrażała tysiąc różnych emocji. Teraz tylko czekać na mocniejszy cios. Zbliżyła się do mnie i pociągnęła za ręce tak, że znalazłam się parę centymetrów nad ziemią. Nie trwało to długo, gdyż upuściła mnie z powrotem na podłogę.
- Nie pogrywaj sobie, jeden zły ruch i twojemu ojcu stanie się krzywda.
Spojrzałam na nią nienawistnym wzrokiem, jednak nie odezwałam się już ani słowem. Nie będę ryzykować, nie mogę sobie na to pozwolić. Miejmy nadzieję, że Tony i Rhodey są cali.
- Wracając do tematu, Tony się tak przejął tym wszystkim, że... chyba nic nie będzie robił tylko ciebie szukał. Właśnie na to liczyłyśmy.
O nie... Znowu coś szykują! Jak mam ostrzec Tony'ego? Nawet nie wiem gdzie jestem, a co dopiero myśleć o tym żeby się z nim skontaktować.
- Jednak nastąpiła mała zmiana planów... wrócisz do nich. Ale o własnych siłach.
Nie zrozumiałam tego. Okej, cieszy mnie to, że wrócę i będę mogła przekazać im wszystko to czego się dowiedziałam, ale... co znaczy o własnych siłach? Mają zamiar mnie pobić i odstawić na jakieś odludzie żebym radziła sobie sama?
Z tym odludziem trafiłam. Whitney i Cornelia zaprowadziły mnie do wielkich, stalowych drzwi - zupełnie takich jak te od zbrojowni - i wypuściły. Tak zwyczajnie, po prostu. Drzwi zamknęły się z wielkim hukiem a ja zostałam sama. Gdzie? Tego nie wiedziałam.
Stałam na kompletnym pustkowiu, nic tutaj nie było oprócz łąk i drogi polnej. Odwróciłam się na budynek, w którym byłam przed chwilą. Nie był on wielki, była to chatka z drewna. Matko, skoro tutaj jest tylko to, to gdzie ja jestem? W życiu nie widziałam takiego odludzia, a mieszkałam już w paru miejscach. No nic, muszę dojść do miasta. Chociażby znaleźć budkę telefoniczną, coś dzięki czemu będę mogła się skontaktować z Tony'm bądź Rhodey'm.
Ruszyłam na przód, po drodze polnej. Tyle, że końca nie widać. Chyba zanim wrócę do domu, minie sporo czasu.


~*~

Zbiegłem po schodach, musiałem znaleźć Rhodey'ego. Na moje szczęście siedział na kanapie, oglądał telewizję. Nie raz zadziwiał i jednocześnie denerwował ten jego stoicki spokój. Jak człowiek może być tak zrównoważony i spokojny? Do tego, nie przejmować się zbytnio gdy kłopoty są wielkie,
- Rhodey! Pepper to nie Pepper! - podleciałem do niego i opadłem na kanapę.
Spojrzał na mnie jak na wariata, który co dopiero uciekł od psychiatry. Zaraz się zacznie ta jego spokojna, irytująca gadka.
- Może trochę więcej słów? Powoli.
Opowiedziałem mu o tym co zaszło nie dawno na górze. Był w szoku, nie sądził, że Cornelia i Whitney posuną się do czegoś takiego. Ja sam się tego nie spodziewałem. Najgorsze jest to, że dalej nie wiem gdzie jest Pepper a czas ucieka.
- No dalej Rhodey! Musimy iść do zbrojowni.
Już wstawaliśmy z kanapy gdy usłyszeliśmy, że ktoś otwiera drzwi. No tak, Roberta kiedyś musi wrócić z pracy. Tylko dlaczego teraz!
- Cześć dzieciaki. - powiedziała do nas Roberta, rozglądając się po pomieszczeniu.
Domyśliłem się, że szuka wzrokiem Pepper.
- A gdzie Pepper?
- Yy... śpi.
Spojrzała na nas, jakby chciała nas prześwietlić i wybadać czy mówimy prawdę. Oby tylko nie pomyślała o tym, aby iść sprawdzić co u niej.
- Jesteście głodni?
- Nie dzięki. - tym razem odezwał się Rhodey. - My też już się położymy.
Co on wyprawia?! Musimy iść do zbrojowni! Zaczął mnie pchać w kierunku schodów. Kiedy już znaleźliśmy się w pokoju, nie wytrzymałem, musiałem się odezwać.
- Co ty robisz?! Musimy szukać Pepper!
- A myślisz, że jak wyjdziemy, to ona do niej nie zajrzy? Właśnie jak się położymy to da nam spokój. Będziesz się mógł wymknąć.
- A ty? - spytałem już trochę bardziej opanowany.
- Ja zostanę, żeby nie wzbudzać podejrzeń.
Teraz tylko czekać aż wszyscy zasną. Coś mi się wydaje, że to nie nastąpi szybko. Położyłem się do łóżka i z niecierpliwością czekałem aż wszyscy zasną, nawet Rhodey. Przecież ktoś musi zostać żeby nie wzbudzać podejrzeń.
Po jakiś dwóch godzinach byłem pewien, że wszystko ucichło. Miałem racje, przebrałem się i wyszedłem z domu najciszej jak tylko mogłem. Pobiegłem do zbrojowni, wpisałem kod i zająłem się lokalizowaniem Pepper.
To będzie długa noc.






Przepraszam, przepraszam. Wiem, rozdział jest mega krótki, ale teraz takie będą, jeśli chcecie mieć je szybciej. Może to wyglądać na mały szantażyk, ale cóż... jakoś to musimy rozegrać :D 
Zbliżamy się do końca tego epizodu. Dlaczego epizodu? Bo to dopiero początek tego wszystkiego co będzie działo się potem :)
Pozdrawiam.

środa, 10 czerwca 2015

Rozdział 19: Gra cieni


Nie spojrzała na mnie ani przez chwilę. Siedziała ze spuszczoną głową, patrząc na swoje smukłe dłonie. Siedziałem obok niej i patrzyłem na nią wyczekującym spojrzeniem. Nie wiem czy zdawała sobie sprawę z tego, że patrzyłem na nią takim a nie innym wzrokiem. Chyba myślała, że przyszedłem tu tylko po to aby z nią posiedzieć. Myliła się, chciałem wiedzieć co wtedy się stało. Nie zaznam spokoju dopóki nie powie mi prawdy. Nie może przecież zamykać się w sobie, jestem tutaj po to aby jej pomóc. Nie chcę patrzeć jak się zadręcza.
Pytałem ją po raz kolejny co się stało. Jednak ona milczała jak zaklęta, jakby ktoś zamknął jej buzię na zawsze. Nie pisnęła ani słowa, nie wykonała najmniejszego ruchu, oprócz tego, że poruszyła dłońmi. Martwię się, nie może tłamsić tego w sobie, to jeszcze bardziej ją dobije. Sam na siebie się złościłem, że nie zdążyłem, nie przewidziałem tego, że może się coś stać jeśli mnie przy niej nie będzie. Jak mogłem puścić ją wtedy samą? Wiedziałem, że jest narażona na pułapki jakie przygotowały na nas Whitney i Cornelia, ale mimo to zbagatelizowałem to. A teraz ona cierpi przeze mnie. Jak mogłem być taki głupi?
- Pepper?
Cisza, znowu odpowiedziała mi cisza. Zaczynałem się denerwować, to wszystko zaczęło mnie dobijać.
- Przepraszam... to moja wina, powinienem iść z tobą wtedy nic by się nie stało...
Coś we mnie pękło, musiałem powiedzieć to na głos. Nigdy nie mówiłem co gryzło mnie w środku, aż do tej chwili. Zawsze owijałem w bawełnę, zwodząc, że nie chodzi oto o czym tak naprawdę myślałem. Nigdy nie chciałem przyznać co chodzi mi po głowie. To o czym myślę zawsze pozostawało moją tajemnicą.
- Nie, Tony. Nie powinieneś się zadręczać.
Nie myślałem, że odpowie. Liczyłem na to, że opowie mi co się stało, jednak chyba za dużo wymagam. Muszę dać jej czas, z drugiej strony jeśli nie dowiem się co się stało nie będę mógł jej pomóc.
Przysunąłem się do niej, teraz siedziałem ramię w ramię z nią. Objąłem ją ramieniem i ucałowałem w czoło. Skoro nie chce rozmawiać mogę dotrzymać jej towarzystwa, wesprzeć. Położyła głowę na moim ramieniu i westchnęła prawie słyszalnie.
Zapowiada się długi wieczór.

~*~


Siedzieliśmy już kilka godzin w zbrojowni. Panowała zupełna cisza, nie rozmawialiśmy. Zastanawiałem się czy rudowłosa nie zasnęła. Jednak kiedy spojrzałem na jej twarz byłem pewny, że nie. Oczy miała otwarte, pełne smutku i pustki. Obdarzyła mnie tylko jednym spojrzeniem przez ten cały czas. 
W zbrojowni rozległ się alarm. Podniosłem się szybko z kanapy i podbiegłem do głównego komputera. Usłyszałem tupot stóp i dźwięk otwieranych drzwi. Pepper wybiegła ze zbrojowni. Co mam teraz robić? Biec za nią czy odpowiedzieć na alarm? Trudna decyzja... ale nie mogę zaniedbywać obowiązków Iron Man'a. Spojrzałem na pulpit komputera. No pięknie, okazało się, że to fałszywy alarm. Mój system raczej nigdy się nie myli, coś jest nie tak.Może najlepszym zdarzają się pomyłki? Nie, to nie to...
I znowu pomyślałem, że coś może grozić Pepper. Może ten alarm był tylko po to aby odwrócić moją uwagę? A jak jej się coś stało?
Wybiegłem ze zbrojowni, w mgnieniu oka znalazłem się pod drzwiami domu. Otworzyłem je i nie patrząc czy ktoś jest w salonie oprócz Rhodey'ego, wbiegłem po schodach. Bez pukania otworzyłem kolejne drzwi tym razem do pokoju Pepper. Nie myliłem się była tutaj, a co najważniejsze cała i zdrowa. Siedziała przy toaletce, wzrok miała utkwiony w lusterku. Nie spojrzała na mnie kiedy przekroczyłem próg, dalej tkwiła jakby w zamyśleniu. Usiadłem przy stoliku. Poczekam, w końcu powinna coś z siebie wydusić, choćby jedno słowo.
Albo mi się wydawało, albo minęły godziny a my dalej siedzieliśmy w ciszy. Powoli zaczęło mnie to denerwować. Jak można tak zamknąć się w sobie? Nie mówić nic, nawet nie ruszyć się odrobinę. Zachowywała się tak jakbym nie istniał, jakby mnie tu nie było. Co się z nią dzieje? Czy wtedy aż tak się przestraszyła, że nie jest w stanie normalnie funkcjonować? Na dodatek nic nie chce powiedzieć. Nie chodzi mi już o tą sprawę z wypadkiem. Nie mówi nic, zupełnie nic. Nie chcę żeby przeżywała to wszystko sama, przecież ma mnie i Rhodey'ego.
Powoli zaczęło się ściemniać. Spojrzałem na zegarek, było paręnaście minut po siódmej. No tak, wrzesień, teraz o tej porze będzie coraz ciemniej. Trzeba do tego przywyknąć.
Spojrzałem na Pepper. Wyglądała na lekko przestraszoną, przestała patrzeć namolnie w lusterko. Teraz patrzyła za okno. Poderwała się szybko z krzesła i podeszła do włącznika światła. W pokoju zrobiło się jasno, a rudowłosa ponownie chciała usiąść przy toaletce.
Nie mogłem pozwolić na to, żeby znowu się zatraciła. Wstałem i złapałem ją za rękę. Drgnęła i spojrzała na mnie. Już nie tak radośnie jak kiedyś, teraz w jej oczach nie tańczyły już wesołe ogniki, panowało w nich wiele bólu. Nie mogłem na to patrzeć, moje serce jakby kuło i krwawiło.
- Powiesz w końcu co się stało? - byłem zły, że milczała.
Tego nie można było nazwać zwykłym milczeniem. W sumie nijak to nazwać.
- Tak bardzo chcesz wiedzieć? - jej głos brzmiał tak jakby chciała na mnie warknąć, a może już to zrobiła?
- Spokojnie, chce ci pomóc.
- Pomożesz mi jak stąd wyjdziesz. - teraz już prawie krzyczała.
Wyrwała swoją rękę z ucisku i wyszła na balkon. Zdziwiła mnie swoim zachowaniem, nie znałem jej od takiej strony. Może w ogóle jej nie znam? Nie zamierzałem się jednak poddawać, wyszedłem za nią. Stała oparta plecami o barierkę. Kiedy mnie zobaczyła znowu się zdenerwowała.
- Mówiłam ci, że masz wyjść!
- Nie poznaję cię. Czemu nie chcesz powiedzieć co się wtedy stało?
- Chcesz wiedzieć?!
Wrzasnęła tak przeraźliwie, że chyba było ją słychać aż na dole.
- Tak. - odpowiedziałem najspokojniej jak umiałem.
- Nie odpowiem ci na to pytanie ponieważ nie jestem Pepper. - uśmiechnęła się nikczemnie. - Ale skoro już tu jestem a ona ci nie powiedziała, jak ją pięknie w ciemnościach nastraszyłyśmy...
Dopiero teraz ujawniła swoją prawdziwą postać. Mogłem to przewidzieć, przede mną stała Madame Mask. Nie wiem czy to Whitney, czy Cornelia. Na pewno któraś z nich. Ubrana w czarny kostium i złotą maskę. Ogarnęła mnie złość, jak mogłem być taki ślepy i głupi! Cholera, przecież ona weszła do zbrojowni! Jak ona to zrobiła? Czy przez ten cały czas rozmawiałem z nikim innym jak z Maską? Musiałem z nią rozmawiać od tego wypadku... Jak ja mogłem dać się tak wyrobić!
- Gdzie jest Pepper i co z nią zrobiłaś?! - wrzasnąłem i dodałem. - Jak dostałaś się do zbrojowni?!
Zaśmiała się tak lekko, że przez chwilę wydawało mi się, że nie ma serca.
- Świetnie ją odegrałam prawda? Taka mała, płaczliwa, smutna Pepper. Dzięki niej się tam dostałam, przecież musiałam być wiarygodna.
- Co jej zrobiłaś?!
- Jest w porządku, nie rozwaliłam jej tak jak wcześniej rany... Ale możesz być pewien, że tym razem będzie gorzej. - znowu, ten przeraźliwy śmiech. Bezduszna dziewczyna!
- Mów gdzie ona jest...
- Bo co? Nie masz zbroi, jesteś bezbronny.
- Ty też, bez maski.
- Widzisz Tony... Różnica jest taka, że teraz załatwiłabym ciebie bo ją mam. Ale... - tutaj przerwała wyraźnie się nad czymś zastanawiając. - Na to jeszcze nie pora.
Nie wytrzymałem. Podbiegłem do niej i kiedy chciałem się na nią rzucić ona tak po prostu rozpłynęła się w powietrzu.
Byłem tak cholernie zły, że nie zauważyłem tego, że to nie Pepper. To musiała być Cornelia, dobrze ją znała i zaaranżowała wszystko tak abym myślał, że rozmawiam z rudowłosą.
Najgorsze było to, że nie wiedziałem gdzie jest ta prawdziwa Pepper. I chyba nie prędko się dowiem.







Rozdział jest, to już 19. Aż ciężko mi w to uwierzyć, że dotrwałam. Co nie oznacza oczywiście końca. Chce wam podziękować za ponad 4000 wejść! :) I oczywiście, za tyle komentarzy, które mnie motywowały i motywują dalej. Oby było tak dalej. 
Zaskoczone? 
Proszę o opinie w komentarzach :))
Pozdrawiam.


wtorek, 19 maja 2015

Rozdział 18: Nieuchwytne cienie


Stałem przed otwartymi drzwiami wpatrując się w osobę, która trzymała nieprzytomnego Rhodey'ego za kołnierz. Właściwie, to ciągnęła go po ziemi. Whitney. Co ona tutaj robi? Przyszła w masce, a ja nie miałem zbroi. I co teraz? Rhodey w opałach, Pepper na górze a ja bezbronny. Może nie do końca, jednak kiedy ona miała swój kostium a ja nie szanse na wyrównanie były nikłe. Nie mogłem zobaczyć jej twarzy, jednak miałem wrażenie, że jej usta wykrzywił podły uśmieszek. Ach, jakbym go teraz zdarł! Gdybym tylko miał zbroję... Muszę grać na zwłokę.
- Witaj, Tony. - mówiąc to bez niczego weszła do domu.
Pociągnęła czarnoskórego za sobą. Puściła jego kołnierz bluzki. Rhodey był nie przytomny, leżał teraz przy kanapie. Podszedłem do niego, aby położyć go na sofie jednak Whitney podeszła do mnie i powiedziała, wcześniej kładąc mi rękę na ramieniu.
- Nie, nie. Najpierw musimy porozmawiać.
W mgnieniu oka złapałem jej dłoń, pociągnąłem mocno do przodu i przerzuciłem ją przez ramię. Chyba się tego nie spodziewała bo wylądowała na ziemi nawet nie reagując. Pewnie było za późno, kiedy się zorientowała, że jest w powietrzu.
Wstała, otrzepała się lekko jak to zawsze miała w zwyczaju i zacmokała ustami, jak gdyby nic się nie stało.
- Oj, Tony, Tony. Nie ładnie tak traktować gości.
Zaśmiała się perliście, a ja spojrzałem na nią nienawistnym wzrokiem. Czego ona chce? Przyszła tutaj działać mi na nerwy czy jak? Od momentu kiedy zaatakowała mnie i moich przyjaciół zacząłem odczuwać do niej jeszcze większą nie chęć niż to możliwe. Wcześniej wydawało mi się, że się zmieniła, że nigdy nie założy tej przeklętej, zwiastującej kłopoty maski. Przyznaję, nigdy jej nie lubiłem... ale wierzyłem w głębi duszy, że ma dobre serce. Myliłem się.
- Czego chcesz? - warknąłem na nią.
- Jak tam Pepper? Chyba jej nie wystraszyłyśmy aż tak? - zaśmiała się złowrogo.
Zacisnąłem pięści. Cały w środku się gotowałem, co z pewnością było widać na zewnątrz. Czułem jak zrobiło mi się gorąco. Mogłem się domyślić, że to one za tym stoją. Skoro odpowiadały za ostatni atak na Pepper to dlaczego by nie za ten? Cholerne żmije!
- Nie ważcie się jej więcej tknąć! - wrzasnąłem, nie kontrolując swoich emocji.
Whitney śmiała się niepohamowanie. Z nią jest coś na prawdę nie tak...
- Och, ona ci się naprawdę podoba? Żałosne.
Nie wytrzymałem. Rzuciłem się na nią. Zaskoczona nie zdążyła zrobić uniku. Wpadłem na nią, a razem przelecieliśmy przez kanapę. Próbowała mnie odepchnąć jednak trzymałem ją mocno. Przerzuciłem ją sobie w pasie i miałem wyprowadzić za drzwi. A właściwie to miałem ochotę ją wyrzucić. Jednak Whitney wykonała salto i stanęła tuż za mną. Miała już zadać mi cios, kiedy dostała od kogoś wazonem w głowę. Uderzenie było mocne gdyż waza stłukła się a blond włosa padła jak długa na ziemię. Wytrzeszczyłem oczy i spojrzałem na osobę, która stała za Whitney. Pepper! Patrzyła na dziewczynę, była bardzo roztrzęsiona. Chyba do końca nie wiedziała co zrobiła i komu się dostało. Spojrzała na mnie przestraszonym wzrokiem i wbiegła po schodach. Byłem rozdarty. Mam za nią biec czy zostać z Rhodey'm? Chyba jednak zostanę z przyjacielem, niech Pepper sobie wszystko to poukłada. Muszę wiedzieć co się stało, dlaczego Rhodey nie dawał znaku życia. Ale co z Whitney? Spojrzałem na miejsce, w którym powinna znajdować się blondynka, jednak jej już nie było. Dziwne... jak mogła się tak rozpłynąć?
Podniosłem przyjaciela i położyłem na kanapie. Co jak co, ale nie ważył mało. Poklepałem go po policzku. Najwidoczniej tyle wystarczyło, powoli się wybudzał. Był jeszcze nie do końca przytomny, jego spojrzenie było bardzo senne. Odetchnąłem z ulgą, widząc, że nic mu nie jest.
- Jak się czujesz?
- Jakbym przespał całe życie... jak się tu znalazłem? - spytał, rozglądając się po pomieszczeniu.
- Whitney.
Jedno słowo wystarczyło, a raczej imię, a jego twarz nabrała kolorów. W oczach było widać wyraźny gniew i rozdrażnienie. Coś musiało się stać.
- Powiesz dlaczego na tyle zniknąłeś?
Opowiedział mi, że Whitney i Cornelia porwały go gdy spacerował po parku a następnie ogłuszyły. Zabrały do jakiegoś budynku i tam przetrzymywały przez dłuższy czas. Słyszał rozmowę jednej z nich z Whiplash'em. Dowiedziałem się, że miał mnie wykończyć, to one go wynajęły. Robi się niebezpiecznie, najpierw atakują mnie, potem Pepper a w między czasie Rhodey'ego. Muszę je znaleźć, choćbym miał siedzieć dniami i nocami w zbrojowni. Nie odpuszczę im, nie za cenę życia najbliższych mi osób.
- Tony. wiem co ci chodzi po głowie. One robią to specjalnie... nie znajdziesz ich. Są jak cienie, ukazują się tylko wtedy kiedy chcą.
- Czyli mam czekać bezczynnie? Świetny pomysł, wybiją nas po kolei! - poniosły mnie emocje, krzyknąłem.
- Rozumiem twoje zdenerwowanie, mi też nie uśmiecha się czekać. Każdy z nas liczy się z niebezpieczeństwem jakie nad nim czyha.
- Najgorzej oberwało się Pepper...
- Co się stało?
Opowiedziałem mu co zdarzyło się w tym samym dniu. Był w szoku, nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Ja też nie, nie wiedziałem i nie dopuszczałem do siebie myśli, że to wszystko zajdzie tak daleko. Wcześniej niezbyt groźna Madame Mask, teraz już dwie, cholernie groźne, pragnące zemsty dziewczyny. Kto je wynajmuje? To musi być jakiś psychopata, ktoś kto dużo o nas wie, A zwłaszcza o Iron Man'ie i War Machine. Dziwi mnie to, że w to wszystko wmieszał Pepper. Może przez to, że ją uratowałem? Tak, to pewne. Ale Cornelia już wtedy musiała wiedzieć, że ja jako Iron Man ją uratowałem. Pewnie stwierdziła, że rudowłosa wie o mojej drugiej tożsamości. Błędne założenie, przez które wszyscy jesteśmy w tarapatach. Muszę zrobić wszystko aby nas z tego wyciągnąć. Nie pozwolę aby to wszystko zakończyło się tym czego najbardziej się obawiam - śmiercią. Nikt nie zginie, dopóki ja jestem Iron Man'em.
- Chyba odpłynąłeś. - stwierdził Rhodey, patrząc na mnie uważnie.
- Idę do Pepper.
Wstałem z kanapy i skierowałem się ku schodom. Zanim zniknąłem, przyjaciel spytał się mnie.
- Czujesz coś do niej?
Nie odwróciłem się do niego. Nie wiedziałem co mu odpowiedzieć, zaskoczył mnie tym pytaniem. Nie spodziewałem się, że zada je w takim momencie. Nie znałem odpowiedzi na to pytanie i nie zastanawiałem się nad nim. Być może sam nie chciałem się przyznać co tak naprawdę czuję. Ostatnio... było wiele takich chwil, że miałem prawo się zastanowić co myślę. Kiedy ją dotknąłem lub spojrzałem czułem się nieswojo, zalewała mnie fala gorąca. Ale żeby było to coś więcej... nie wydaje mi się.
- To moja przyjaciółka, nie wyobrażaj sobie za wiele.
Wbiegłem czym prędzej po schodach i zapukałem do drzwi pokoju Pepper. Nie usłyszałem żadnego przyzwolenia ani też niczego co by przypominało zakaz. Wprawdzie mówiąc nie usłyszałem nic. Przestraszyłem się, pomyślałem, że znowu coś się stało. Chyba muszę mieć ją na oku, tak samo jak Rhodey'ego. Ale ją najbardziej, to ona była dwa razy w szpitalu, jest najbardziej poszkodowana z naszej trójki. Otworzyłem drzwi i rozejrzałem się po pokoju. Mało co mogłem zobaczyć, ponieważ lampka nocna oświetlała niewiele, zaledwie łóżko. Podszedłem do niego, jednak Pepper tam nie było. Zaświeciłem światło i zorientowałem się, że nikogo tutaj nie ma. Wyjrzałem jeszcze na balkon, pusto. Gdzie ona jest?
Sprawdziłem jeszcze czy nie ma jej w łazience, tym razem też nie trafiłem. Dokąd mogła pójść? Może do zbrojowni?
Zbiegłem po schodach, nie zwracając uwagi na Rhodey'ego. Wybiegłem z domu i w kilka minut znalazłem się pod stalowymi drzwiami. Wstukałem kod i przekroczyłem próg. Nie myliłem się, była tutaj. Siedziała na kanapie, wpatrując się w moją zbroję. Nie chciałem jej wystraszyć, jednak było już za późno. Wstała jak poparzona z kanapy i odwróciła się w moją stronę. Na jej twarzy malowało się przerażenie, jednak kiedy zobaczyła, że to ja z powrotem usiadła na kanapie. Muszę z nią porozmawiać, chcę wiedzieć co się wydarzyło.


Przepraszam, że rozdział tak późno. Jakieś pytania?
Pozdrawiam :)

wtorek, 5 maja 2015

Rozdział 17: To tylko ostrzeżenie


Pracowałem w zbrojowni już parę godzin. Nie odczuwałem tego. Uświadomiłem to sobie dopiero gdy spojrzałem na zegarek. Była godzina trzecia. Chyba pora coś zjeść. Odłożyłem narzędzia i wyszedłem ze zbrojowni.

~*~


Weszłam do domu. Ciemność panująca tutaj mimo iż był dzień, przyprawiała mnie o nie lada dreszcze. Mrok był wielki, nie mogłam nawet ujrzeć swoich dłoni. No nic, muszę znaleźć włącznik światła. Poszłam przed siebie z wyciągniętymi rękami do przodu. Tylko tak mogłam zorientować się co znajduję się przede mną. Obym nie wpadła na małe szafki, bądź bóg wie co jeszcze. Dalej kroczyłam po korytarzu. Nie znałam dobrze tego domu, fakt byłam tutaj parę razy jednak to nie to samo. 
Usłyszałam szmery, jakby strzępki słów. Serce podskoczyło mi do gardła, a oddech przyśpieszył. Chciałam się rozejrzeć, jednakże uświadomiłam sobie,   że to nic nie dało. Było za ciemno, żeby dostrzec czubek własnego nosa. Dotknęłam ręką ściany po prawej stronie. Gdzieś tutaj powinna być przerwa i wejście do salonu. Dobrze myślałam, bo znalazłam przejście. Nie wiele myśląc, poszłam przez środek salonu. Uderzyłam z hukiem o szklany stolik i można powiedzieć, że przeleciałam nad nim. Po prostu potknęłam się o niego i wylądowałam za nim. Mało tego, poczułam pulsujący ból koło skroni a potem ciepło. Dotknęłam okolic łuku brwiowego i poczułam krew. Szybko się podniosłam, sprawdzając tym razem czy nie ma przeszkód. Ominęłam kanapę i podeszłam do czegoś co przypominało zasłony. Dotknęłam to dłońmi i faktycznie to było to o czym myślałam. Odsunęłam je. Okazało się, że nawet okna były czarne. Po raz kolejny usłyszałam szmery. Mój strach wzmógł się gdy zorientowałam się, że dźwięki te słychać tuż za mną. Serce chciało wyskoczyć z piersi, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Zdobyłam się na choć trochę odwagi. Odwróciłam się powoli i ostrożnie. Jakąż ulgę poczułam gdy nikogo tutaj nie było. Jednak nie mogę tu zostać. Nie wiadomo o co w tym wszystkim chodzi i czy naprawdę kogoś tutaj nie ma. Nie zwracając uwagi na to czy się potknę czy nie przeszłam przez pokój. Nie obyło się bez potknięcia bądź obicia. Wyszłam na korytarz i rzuciłam okiem w kierunku drzwi. O matko, ktoś w nich stał. Sparaliżowało mnie, miałam ochotę krzyczeć  wniebogłosy. Później było już gorzej. Tajemnicza osoba powolnym krokiem zmierzała ku mnie. Wykonałam zwrot i pobiegłam przed siebie. Przeszkodziły mi schody, na których się potknęłam. Chciałam wstać, jednak ktoś mocno pociągnął mnie za rękę i przeciągnął od parteru aż na piętro. Krzyknęłam przeraźliwie, nie wiedziałam co się dzieje. Osoba ta zawlokła mnie do pokoju, później zwalniając ucisk. Wykorzystałam to. Wyszłam z pokoju, jednak moje szczęście nie trwało długo. Miałam już schodzić po schodach kiedy czyjaś silna ręka dotknęła moich pleców, popychając mnie ku przodowi. Zachwiałam się, straciłam równowagę i sturlałam się ze schodów. Walczyłam z tym aby nie zamknąć oczu. Dobrze, że nie pękły mi szwy. 
- To jeszcze nie koniec. - usłyszałam kobiecy głos, a właściwie dwa.
Potem nie myślałam już o niczym. Przegrałam walkę ze zmęczeniem.


~*~


Stałem pod drzwiami mojego domu. Miałem już chwycić za klamkę kiedy spostrzegłem, że okna są dziwnie czarne jak na dzień. W pomieszczeniach było ciemno, za mrocznie. Szarpnąłem za klamkę. Drzwi były zamknięte na cztery spusty. Na dodatek usłyszałem przeraźliwy krzyk Pepper. Cholera! Nie miałem kluczy, bo dałem je dziewczynie. Co teraz? Wiem! Drzwi od tarasu! Pobiegłem za dom. Wszedłem przez drzwi do salonu. Wszystko wyglądało normalnie, dopóki nie przyjrzałem się szklanemu stolikowi. Na kancie była krew, wyglądała na jeszcze świeżą. Wyszedłem na korytarz i skierowałem się ku drzwiom. Chwyciłem za klamkę i przekręciłem. Jakież było moje zdziwienie gdy się otworzyły. Odwróciłem się. To co ujrzałem sprawiło, że moje nogi zrobiły się jak z waty. Przy schodach, plecami do mnie leżała nieprzytomna rudowłosa. Podbiegłem do niej. Przykucnąłem i odwróciłem ją tak aby leżała na plecach. Dzięki Bogu, że szwy są całe. Co by to było gdyby pękły drugi raz. Pepper miała rozcięty łuk brwiowy, z którego dalej sączyła się krew. Na ramionach jak i na jej smukłych dłoniach było wiele rozcięć. Wyglądała jakby ją ktoś nieźle poturbował. Wziąłem ją na ręce i przeniosłem na kanapę. Sam udałem się do łazienki po mokry ręcznik, aby wytrzeć jej rany. Przykładałem ręcznik do zadrapań Pepper, kiedy ta gwałtownie otworzyła oczy. Podniosła się do pozycji siedzącej. Zaczęła oględziny pomieszczenia. Jej spojrzenie wyrażało przerażenie jakiego jeszcze nie widziałem. Wyglądała jakby próbowała zapomnieć o poprzednich wydarzeniach ale także jakby chciała je sobie racjonalnie wytłumaczyć w myślach. Cała się trzęsła. Chyba nie była zbytnio świadoma swoich czynów. Oczy jakby zamglone, dalej wyrażały strach. Nawet strach nie był tutaj dobrym określeniem.  Dotknęła ręką czoła a potem spojrzała na swoje ciało. Przygryzła wargi, które teraz też drżały. Oczy zaczęły się szklić. O nie... Usłyszałem łkanie, bardzo żałosne i głośne. Usiadłem obok niej na kanapie. Pepper siedziała teraz skulona, twarz miała ukrytą w dłoniach. Zagarnąłem ją w swoje ramiona i delikatnie objąłem. Ta, wtuliła się w mój tors. Twarz miała zakrytą włosami, które sięgały jej za łopatki. Jedną ręką obejmowałem ją w talii a drugą delikatnie gładziłem jej rudzielce, które osobiście uwielbiałem. Nie przeszkadzało mi to, że zmoczy mi koszulkę. Myślałem tylko o tym co się mogło stać. Rudowłosa wyglądała na nieźle poturbowaną. Dziwne było to, że nie mogłem się dostać do domu... i ta ciemność. Mrożąca krew w żyłach ciemność. Coś musiało się stać, sama by sobie tego nie zrobiła. Chociaż... ostatnio ten sen. Przyłożyła sobie nóż do brzucha, to wyglądało jednoznacznie. Nie to, że nie wierzę jej o tym, że to Cornelia i Whitney. To jest najbardziej prawdopodobne. Zapowiedziały, że się zemszczą na naszej trójce. Na dodatek tego wszystkiego nie mogłem dodzwonić się do Rhodey'ego. Mam nadzieję, że jest cały i zdrowy.
Niespokojny oddech dziewczyny trochę zwolnił. Jednak z jej oczu dalej wypływały łzy. Musiałem przerwać ciszę. Może rozmowa przyniesie jej ulgę.
- Co się stało? - szepnąłem tuż nad jej uchem.
Rudowłosa wzdrygnęła się. Widocznie nie spodziewała się, że zacznę wypytywać. Znowu załkała, tym razem o wiele ciszej.
- Nie dzisiaj...
Westchnąłem. Jak mam jej pomóc, skoro nie wiem co się wydarzyło? Nie chcę żeby męczyła się z tym sama. Może chce sobie wszystko przemyśleć na spokojnie i samotnie?
- Chcesz zostać sama?
Odsunęła się lekko ode mnie i pokiwała przecząco głową. Nie płakała, jej twarz była czerwona a oczy podpuchnięte. Starła łzy rękami i próbowała wymusić uśmiech. Zamiast tego wyszedł grymas. Nie patrzyła na mnie tylko rozglądała się po domu. Swój wzrok najdłużej zatrzymała przy stoliku. Dalej widać było jej krew. Wzięła ręcznik, który przyniosłem i starła ślad. Później przyłożyła sobie do czoła jako okład, ręcznik był zmoczony w zimnej wodzie. Przymknęła oczy. Wyglądała teraz na przemęczoną kiedy tak siedziała.
- Nie jesteś może zmęczona?
Westchnęła ciężko, wstała ospale i skierowała się ku schodom. Szedłem tuż za nią, jakby ją asekurując. Skierowała się do pokoju, w którym mieszkała i od razu położyła się na łóżku. Nie przykryła się nawet kołdrą, zamknęła tylko oczy. Miałem wychodzić, kiedy usłyszałem jej cichy, ledwo słyszalny głos.
- Zostaniesz?
Nieświadomie, mój lewy kącik ust podniósł się, stwarzając uśmiech. Usiadłem przy stoliku, dalej się uśmiechając jak głupi. Pepper natomiast spojrzała na mnie i wskazała ręką na miejsce obok siebie. Bez wahania podszedłem do niej i zająłem wskazane mi miejsce. Teraz to na jej twarzy pojawił się prawie nieuchwytny uśmiech. Zamknęła oczy, a ja patrzyłem na jej już bardziej spokojną twarz. Oparłem się o ścianę i patrzyłem tempo w drzwi. Martwiłem się jej stanem, do tego nie powiedziała mi co tutaj zaszło. Nie chciałem wymuszać na niej odpowiedzi. Teraz jednak myślę, że powinienem to zrobić. Nie wiem jak ją chronić i przede wszystkim przed czym albo przed kim. Nie wybaczyłbym sobie gdybym nie zdążył na czas, nie ochronił wtedy kiedy byłaby taka konieczność. Na przykład dzisiaj... co gdyby to się nie skończyło tylko na zadrapaniach? Nawet to gdy znalazłem ją przy schodach... co gdyby szwy nie wytrzymały? Nie chciałem myśleć co by wtedy było. Czasami przeraża mnie to, że nie będę mógł zdążyć na czas i nie uratuję bliskich mi osób a nawet tych niczemu winnych. 
A co do bliskich mi ludzi zastanawiałem się gdzie jest Rhodey. Dzwoniłem do niego chyba z kilkanaście razy. Odpowiadała mi tylko cisza. Miejmy nadzieję, że się zjawi.
Usłyszałem donośne pukanie do drzwi. Spojrzałem na twarz Pepper. Spała. Wyszedłem z pokoju i zbiegłem po schodach.




Jest, wielkie bum. Mam nadzieję, że zaskoczyłam was chociaż trochę. Macie jakieś pytania? :)
Pozdrawiam.

Obserwatorzy