wtorek, 19 maja 2015

Rozdział 18: Nieuchwytne cienie


Stałem przed otwartymi drzwiami wpatrując się w osobę, która trzymała nieprzytomnego Rhodey'ego za kołnierz. Właściwie, to ciągnęła go po ziemi. Whitney. Co ona tutaj robi? Przyszła w masce, a ja nie miałem zbroi. I co teraz? Rhodey w opałach, Pepper na górze a ja bezbronny. Może nie do końca, jednak kiedy ona miała swój kostium a ja nie szanse na wyrównanie były nikłe. Nie mogłem zobaczyć jej twarzy, jednak miałem wrażenie, że jej usta wykrzywił podły uśmieszek. Ach, jakbym go teraz zdarł! Gdybym tylko miał zbroję... Muszę grać na zwłokę.
- Witaj, Tony. - mówiąc to bez niczego weszła do domu.
Pociągnęła czarnoskórego za sobą. Puściła jego kołnierz bluzki. Rhodey był nie przytomny, leżał teraz przy kanapie. Podszedłem do niego, aby położyć go na sofie jednak Whitney podeszła do mnie i powiedziała, wcześniej kładąc mi rękę na ramieniu.
- Nie, nie. Najpierw musimy porozmawiać.
W mgnieniu oka złapałem jej dłoń, pociągnąłem mocno do przodu i przerzuciłem ją przez ramię. Chyba się tego nie spodziewała bo wylądowała na ziemi nawet nie reagując. Pewnie było za późno, kiedy się zorientowała, że jest w powietrzu.
Wstała, otrzepała się lekko jak to zawsze miała w zwyczaju i zacmokała ustami, jak gdyby nic się nie stało.
- Oj, Tony, Tony. Nie ładnie tak traktować gości.
Zaśmiała się perliście, a ja spojrzałem na nią nienawistnym wzrokiem. Czego ona chce? Przyszła tutaj działać mi na nerwy czy jak? Od momentu kiedy zaatakowała mnie i moich przyjaciół zacząłem odczuwać do niej jeszcze większą nie chęć niż to możliwe. Wcześniej wydawało mi się, że się zmieniła, że nigdy nie założy tej przeklętej, zwiastującej kłopoty maski. Przyznaję, nigdy jej nie lubiłem... ale wierzyłem w głębi duszy, że ma dobre serce. Myliłem się.
- Czego chcesz? - warknąłem na nią.
- Jak tam Pepper? Chyba jej nie wystraszyłyśmy aż tak? - zaśmiała się złowrogo.
Zacisnąłem pięści. Cały w środku się gotowałem, co z pewnością było widać na zewnątrz. Czułem jak zrobiło mi się gorąco. Mogłem się domyślić, że to one za tym stoją. Skoro odpowiadały za ostatni atak na Pepper to dlaczego by nie za ten? Cholerne żmije!
- Nie ważcie się jej więcej tknąć! - wrzasnąłem, nie kontrolując swoich emocji.
Whitney śmiała się niepohamowanie. Z nią jest coś na prawdę nie tak...
- Och, ona ci się naprawdę podoba? Żałosne.
Nie wytrzymałem. Rzuciłem się na nią. Zaskoczona nie zdążyła zrobić uniku. Wpadłem na nią, a razem przelecieliśmy przez kanapę. Próbowała mnie odepchnąć jednak trzymałem ją mocno. Przerzuciłem ją sobie w pasie i miałem wyprowadzić za drzwi. A właściwie to miałem ochotę ją wyrzucić. Jednak Whitney wykonała salto i stanęła tuż za mną. Miała już zadać mi cios, kiedy dostała od kogoś wazonem w głowę. Uderzenie było mocne gdyż waza stłukła się a blond włosa padła jak długa na ziemię. Wytrzeszczyłem oczy i spojrzałem na osobę, która stała za Whitney. Pepper! Patrzyła na dziewczynę, była bardzo roztrzęsiona. Chyba do końca nie wiedziała co zrobiła i komu się dostało. Spojrzała na mnie przestraszonym wzrokiem i wbiegła po schodach. Byłem rozdarty. Mam za nią biec czy zostać z Rhodey'm? Chyba jednak zostanę z przyjacielem, niech Pepper sobie wszystko to poukłada. Muszę wiedzieć co się stało, dlaczego Rhodey nie dawał znaku życia. Ale co z Whitney? Spojrzałem na miejsce, w którym powinna znajdować się blondynka, jednak jej już nie było. Dziwne... jak mogła się tak rozpłynąć?
Podniosłem przyjaciela i położyłem na kanapie. Co jak co, ale nie ważył mało. Poklepałem go po policzku. Najwidoczniej tyle wystarczyło, powoli się wybudzał. Był jeszcze nie do końca przytomny, jego spojrzenie było bardzo senne. Odetchnąłem z ulgą, widząc, że nic mu nie jest.
- Jak się czujesz?
- Jakbym przespał całe życie... jak się tu znalazłem? - spytał, rozglądając się po pomieszczeniu.
- Whitney.
Jedno słowo wystarczyło, a raczej imię, a jego twarz nabrała kolorów. W oczach było widać wyraźny gniew i rozdrażnienie. Coś musiało się stać.
- Powiesz dlaczego na tyle zniknąłeś?
Opowiedział mi, że Whitney i Cornelia porwały go gdy spacerował po parku a następnie ogłuszyły. Zabrały do jakiegoś budynku i tam przetrzymywały przez dłuższy czas. Słyszał rozmowę jednej z nich z Whiplash'em. Dowiedziałem się, że miał mnie wykończyć, to one go wynajęły. Robi się niebezpiecznie, najpierw atakują mnie, potem Pepper a w między czasie Rhodey'ego. Muszę je znaleźć, choćbym miał siedzieć dniami i nocami w zbrojowni. Nie odpuszczę im, nie za cenę życia najbliższych mi osób.
- Tony. wiem co ci chodzi po głowie. One robią to specjalnie... nie znajdziesz ich. Są jak cienie, ukazują się tylko wtedy kiedy chcą.
- Czyli mam czekać bezczynnie? Świetny pomysł, wybiją nas po kolei! - poniosły mnie emocje, krzyknąłem.
- Rozumiem twoje zdenerwowanie, mi też nie uśmiecha się czekać. Każdy z nas liczy się z niebezpieczeństwem jakie nad nim czyha.
- Najgorzej oberwało się Pepper...
- Co się stało?
Opowiedziałem mu co zdarzyło się w tym samym dniu. Był w szoku, nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Ja też nie, nie wiedziałem i nie dopuszczałem do siebie myśli, że to wszystko zajdzie tak daleko. Wcześniej niezbyt groźna Madame Mask, teraz już dwie, cholernie groźne, pragnące zemsty dziewczyny. Kto je wynajmuje? To musi być jakiś psychopata, ktoś kto dużo o nas wie, A zwłaszcza o Iron Man'ie i War Machine. Dziwi mnie to, że w to wszystko wmieszał Pepper. Może przez to, że ją uratowałem? Tak, to pewne. Ale Cornelia już wtedy musiała wiedzieć, że ja jako Iron Man ją uratowałem. Pewnie stwierdziła, że rudowłosa wie o mojej drugiej tożsamości. Błędne założenie, przez które wszyscy jesteśmy w tarapatach. Muszę zrobić wszystko aby nas z tego wyciągnąć. Nie pozwolę aby to wszystko zakończyło się tym czego najbardziej się obawiam - śmiercią. Nikt nie zginie, dopóki ja jestem Iron Man'em.
- Chyba odpłynąłeś. - stwierdził Rhodey, patrząc na mnie uważnie.
- Idę do Pepper.
Wstałem z kanapy i skierowałem się ku schodom. Zanim zniknąłem, przyjaciel spytał się mnie.
- Czujesz coś do niej?
Nie odwróciłem się do niego. Nie wiedziałem co mu odpowiedzieć, zaskoczył mnie tym pytaniem. Nie spodziewałem się, że zada je w takim momencie. Nie znałem odpowiedzi na to pytanie i nie zastanawiałem się nad nim. Być może sam nie chciałem się przyznać co tak naprawdę czuję. Ostatnio... było wiele takich chwil, że miałem prawo się zastanowić co myślę. Kiedy ją dotknąłem lub spojrzałem czułem się nieswojo, zalewała mnie fala gorąca. Ale żeby było to coś więcej... nie wydaje mi się.
- To moja przyjaciółka, nie wyobrażaj sobie za wiele.
Wbiegłem czym prędzej po schodach i zapukałem do drzwi pokoju Pepper. Nie usłyszałem żadnego przyzwolenia ani też niczego co by przypominało zakaz. Wprawdzie mówiąc nie usłyszałem nic. Przestraszyłem się, pomyślałem, że znowu coś się stało. Chyba muszę mieć ją na oku, tak samo jak Rhodey'ego. Ale ją najbardziej, to ona była dwa razy w szpitalu, jest najbardziej poszkodowana z naszej trójki. Otworzyłem drzwi i rozejrzałem się po pokoju. Mało co mogłem zobaczyć, ponieważ lampka nocna oświetlała niewiele, zaledwie łóżko. Podszedłem do niego, jednak Pepper tam nie było. Zaświeciłem światło i zorientowałem się, że nikogo tutaj nie ma. Wyjrzałem jeszcze na balkon, pusto. Gdzie ona jest?
Sprawdziłem jeszcze czy nie ma jej w łazience, tym razem też nie trafiłem. Dokąd mogła pójść? Może do zbrojowni?
Zbiegłem po schodach, nie zwracając uwagi na Rhodey'ego. Wybiegłem z domu i w kilka minut znalazłem się pod stalowymi drzwiami. Wstukałem kod i przekroczyłem próg. Nie myliłem się, była tutaj. Siedziała na kanapie, wpatrując się w moją zbroję. Nie chciałem jej wystraszyć, jednak było już za późno. Wstała jak poparzona z kanapy i odwróciła się w moją stronę. Na jej twarzy malowało się przerażenie, jednak kiedy zobaczyła, że to ja z powrotem usiadła na kanapie. Muszę z nią porozmawiać, chcę wiedzieć co się wydarzyło.


Przepraszam, że rozdział tak późno. Jakieś pytania?
Pozdrawiam :)

wtorek, 5 maja 2015

Rozdział 17: To tylko ostrzeżenie


Pracowałem w zbrojowni już parę godzin. Nie odczuwałem tego. Uświadomiłem to sobie dopiero gdy spojrzałem na zegarek. Była godzina trzecia. Chyba pora coś zjeść. Odłożyłem narzędzia i wyszedłem ze zbrojowni.

~*~


Weszłam do domu. Ciemność panująca tutaj mimo iż był dzień, przyprawiała mnie o nie lada dreszcze. Mrok był wielki, nie mogłam nawet ujrzeć swoich dłoni. No nic, muszę znaleźć włącznik światła. Poszłam przed siebie z wyciągniętymi rękami do przodu. Tylko tak mogłam zorientować się co znajduję się przede mną. Obym nie wpadła na małe szafki, bądź bóg wie co jeszcze. Dalej kroczyłam po korytarzu. Nie znałam dobrze tego domu, fakt byłam tutaj parę razy jednak to nie to samo. 
Usłyszałam szmery, jakby strzępki słów. Serce podskoczyło mi do gardła, a oddech przyśpieszył. Chciałam się rozejrzeć, jednakże uświadomiłam sobie,   że to nic nie dało. Było za ciemno, żeby dostrzec czubek własnego nosa. Dotknęłam ręką ściany po prawej stronie. Gdzieś tutaj powinna być przerwa i wejście do salonu. Dobrze myślałam, bo znalazłam przejście. Nie wiele myśląc, poszłam przez środek salonu. Uderzyłam z hukiem o szklany stolik i można powiedzieć, że przeleciałam nad nim. Po prostu potknęłam się o niego i wylądowałam za nim. Mało tego, poczułam pulsujący ból koło skroni a potem ciepło. Dotknęłam okolic łuku brwiowego i poczułam krew. Szybko się podniosłam, sprawdzając tym razem czy nie ma przeszkód. Ominęłam kanapę i podeszłam do czegoś co przypominało zasłony. Dotknęłam to dłońmi i faktycznie to było to o czym myślałam. Odsunęłam je. Okazało się, że nawet okna były czarne. Po raz kolejny usłyszałam szmery. Mój strach wzmógł się gdy zorientowałam się, że dźwięki te słychać tuż za mną. Serce chciało wyskoczyć z piersi, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Zdobyłam się na choć trochę odwagi. Odwróciłam się powoli i ostrożnie. Jakąż ulgę poczułam gdy nikogo tutaj nie było. Jednak nie mogę tu zostać. Nie wiadomo o co w tym wszystkim chodzi i czy naprawdę kogoś tutaj nie ma. Nie zwracając uwagi na to czy się potknę czy nie przeszłam przez pokój. Nie obyło się bez potknięcia bądź obicia. Wyszłam na korytarz i rzuciłam okiem w kierunku drzwi. O matko, ktoś w nich stał. Sparaliżowało mnie, miałam ochotę krzyczeć  wniebogłosy. Później było już gorzej. Tajemnicza osoba powolnym krokiem zmierzała ku mnie. Wykonałam zwrot i pobiegłam przed siebie. Przeszkodziły mi schody, na których się potknęłam. Chciałam wstać, jednak ktoś mocno pociągnął mnie za rękę i przeciągnął od parteru aż na piętro. Krzyknęłam przeraźliwie, nie wiedziałam co się dzieje. Osoba ta zawlokła mnie do pokoju, później zwalniając ucisk. Wykorzystałam to. Wyszłam z pokoju, jednak moje szczęście nie trwało długo. Miałam już schodzić po schodach kiedy czyjaś silna ręka dotknęła moich pleców, popychając mnie ku przodowi. Zachwiałam się, straciłam równowagę i sturlałam się ze schodów. Walczyłam z tym aby nie zamknąć oczu. Dobrze, że nie pękły mi szwy. 
- To jeszcze nie koniec. - usłyszałam kobiecy głos, a właściwie dwa.
Potem nie myślałam już o niczym. Przegrałam walkę ze zmęczeniem.


~*~


Stałem pod drzwiami mojego domu. Miałem już chwycić za klamkę kiedy spostrzegłem, że okna są dziwnie czarne jak na dzień. W pomieszczeniach było ciemno, za mrocznie. Szarpnąłem za klamkę. Drzwi były zamknięte na cztery spusty. Na dodatek usłyszałem przeraźliwy krzyk Pepper. Cholera! Nie miałem kluczy, bo dałem je dziewczynie. Co teraz? Wiem! Drzwi od tarasu! Pobiegłem za dom. Wszedłem przez drzwi do salonu. Wszystko wyglądało normalnie, dopóki nie przyjrzałem się szklanemu stolikowi. Na kancie była krew, wyglądała na jeszcze świeżą. Wyszedłem na korytarz i skierowałem się ku drzwiom. Chwyciłem za klamkę i przekręciłem. Jakież było moje zdziwienie gdy się otworzyły. Odwróciłem się. To co ujrzałem sprawiło, że moje nogi zrobiły się jak z waty. Przy schodach, plecami do mnie leżała nieprzytomna rudowłosa. Podbiegłem do niej. Przykucnąłem i odwróciłem ją tak aby leżała na plecach. Dzięki Bogu, że szwy są całe. Co by to było gdyby pękły drugi raz. Pepper miała rozcięty łuk brwiowy, z którego dalej sączyła się krew. Na ramionach jak i na jej smukłych dłoniach było wiele rozcięć. Wyglądała jakby ją ktoś nieźle poturbował. Wziąłem ją na ręce i przeniosłem na kanapę. Sam udałem się do łazienki po mokry ręcznik, aby wytrzeć jej rany. Przykładałem ręcznik do zadrapań Pepper, kiedy ta gwałtownie otworzyła oczy. Podniosła się do pozycji siedzącej. Zaczęła oględziny pomieszczenia. Jej spojrzenie wyrażało przerażenie jakiego jeszcze nie widziałem. Wyglądała jakby próbowała zapomnieć o poprzednich wydarzeniach ale także jakby chciała je sobie racjonalnie wytłumaczyć w myślach. Cała się trzęsła. Chyba nie była zbytnio świadoma swoich czynów. Oczy jakby zamglone, dalej wyrażały strach. Nawet strach nie był tutaj dobrym określeniem.  Dotknęła ręką czoła a potem spojrzała na swoje ciało. Przygryzła wargi, które teraz też drżały. Oczy zaczęły się szklić. O nie... Usłyszałem łkanie, bardzo żałosne i głośne. Usiadłem obok niej na kanapie. Pepper siedziała teraz skulona, twarz miała ukrytą w dłoniach. Zagarnąłem ją w swoje ramiona i delikatnie objąłem. Ta, wtuliła się w mój tors. Twarz miała zakrytą włosami, które sięgały jej za łopatki. Jedną ręką obejmowałem ją w talii a drugą delikatnie gładziłem jej rudzielce, które osobiście uwielbiałem. Nie przeszkadzało mi to, że zmoczy mi koszulkę. Myślałem tylko o tym co się mogło stać. Rudowłosa wyglądała na nieźle poturbowaną. Dziwne było to, że nie mogłem się dostać do domu... i ta ciemność. Mrożąca krew w żyłach ciemność. Coś musiało się stać, sama by sobie tego nie zrobiła. Chociaż... ostatnio ten sen. Przyłożyła sobie nóż do brzucha, to wyglądało jednoznacznie. Nie to, że nie wierzę jej o tym, że to Cornelia i Whitney. To jest najbardziej prawdopodobne. Zapowiedziały, że się zemszczą na naszej trójce. Na dodatek tego wszystkiego nie mogłem dodzwonić się do Rhodey'ego. Mam nadzieję, że jest cały i zdrowy.
Niespokojny oddech dziewczyny trochę zwolnił. Jednak z jej oczu dalej wypływały łzy. Musiałem przerwać ciszę. Może rozmowa przyniesie jej ulgę.
- Co się stało? - szepnąłem tuż nad jej uchem.
Rudowłosa wzdrygnęła się. Widocznie nie spodziewała się, że zacznę wypytywać. Znowu załkała, tym razem o wiele ciszej.
- Nie dzisiaj...
Westchnąłem. Jak mam jej pomóc, skoro nie wiem co się wydarzyło? Nie chcę żeby męczyła się z tym sama. Może chce sobie wszystko przemyśleć na spokojnie i samotnie?
- Chcesz zostać sama?
Odsunęła się lekko ode mnie i pokiwała przecząco głową. Nie płakała, jej twarz była czerwona a oczy podpuchnięte. Starła łzy rękami i próbowała wymusić uśmiech. Zamiast tego wyszedł grymas. Nie patrzyła na mnie tylko rozglądała się po domu. Swój wzrok najdłużej zatrzymała przy stoliku. Dalej widać było jej krew. Wzięła ręcznik, który przyniosłem i starła ślad. Później przyłożyła sobie do czoła jako okład, ręcznik był zmoczony w zimnej wodzie. Przymknęła oczy. Wyglądała teraz na przemęczoną kiedy tak siedziała.
- Nie jesteś może zmęczona?
Westchnęła ciężko, wstała ospale i skierowała się ku schodom. Szedłem tuż za nią, jakby ją asekurując. Skierowała się do pokoju, w którym mieszkała i od razu położyła się na łóżku. Nie przykryła się nawet kołdrą, zamknęła tylko oczy. Miałem wychodzić, kiedy usłyszałem jej cichy, ledwo słyszalny głos.
- Zostaniesz?
Nieświadomie, mój lewy kącik ust podniósł się, stwarzając uśmiech. Usiadłem przy stoliku, dalej się uśmiechając jak głupi. Pepper natomiast spojrzała na mnie i wskazała ręką na miejsce obok siebie. Bez wahania podszedłem do niej i zająłem wskazane mi miejsce. Teraz to na jej twarzy pojawił się prawie nieuchwytny uśmiech. Zamknęła oczy, a ja patrzyłem na jej już bardziej spokojną twarz. Oparłem się o ścianę i patrzyłem tempo w drzwi. Martwiłem się jej stanem, do tego nie powiedziała mi co tutaj zaszło. Nie chciałem wymuszać na niej odpowiedzi. Teraz jednak myślę, że powinienem to zrobić. Nie wiem jak ją chronić i przede wszystkim przed czym albo przed kim. Nie wybaczyłbym sobie gdybym nie zdążył na czas, nie ochronił wtedy kiedy byłaby taka konieczność. Na przykład dzisiaj... co gdyby to się nie skończyło tylko na zadrapaniach? Nawet to gdy znalazłem ją przy schodach... co gdyby szwy nie wytrzymały? Nie chciałem myśleć co by wtedy było. Czasami przeraża mnie to, że nie będę mógł zdążyć na czas i nie uratuję bliskich mi osób a nawet tych niczemu winnych. 
A co do bliskich mi ludzi zastanawiałem się gdzie jest Rhodey. Dzwoniłem do niego chyba z kilkanaście razy. Odpowiadała mi tylko cisza. Miejmy nadzieję, że się zjawi.
Usłyszałem donośne pukanie do drzwi. Spojrzałem na twarz Pepper. Spała. Wyszedłem z pokoju i zbiegłem po schodach.




Jest, wielkie bum. Mam nadzieję, że zaskoczyłam was chociaż trochę. Macie jakieś pytania? :)
Pozdrawiam.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Rozdział 16: Czasami bywa niezręcznie


Spokojnie Pepper, wdech i wydech. Zaraz się obudzi, nic poważnego z nim nie jest... może zadzwonię po Rhodey'ego? On będzie wiedział co robić. 
Zanim zdecydowałam się aby zatelefonować położyłam chłopaka na kanapie. Ciężko mi było przejść te parę kroków. Mimo, że wyglądał na szczupłego, trochę ważył. Może go poklepię po policzku? Zrobiłam tak jak postanowiłam. Nic, zero reakcji. 
Może Jarvis coś poradzi? Skoro zbroja może podtrzymywać jego życie, to co gdyby go wsadzić do innej zbroi? 
- Jarvis? Co mam zrobić żeby sprawdzić jego stan? 
- Mogę zweryfikować jego stan za pomocą skanu zdrowia. 
Kiwnęłam tylko głową. Po krótkim czasie usłyszałam komputerowy głos.
- Stan implantu poniżej normy, zalecane podłączenie do źródła mocy. 
Wiem! Podłączę go do ładowarki. Dobrze, że była na tyle długa. Nie musiałam ruszać Tony'ego z miejsca. Wzięłam kabel i podeszłam z nim do chłopaka. Teraz najgorsze. Musiałam podnieść mu koszulkę. Trochę mnie to krępowało, ale cóż muszę to zrobić. No przyznam, że ma nieźle wyrzeźbiony brzuch, ciekawe czy ćwiczy. Podłączyłam ładowarkę do jego implantu. Powinno być wszystko dobrze.
- Stan implantu zaczyna się poprawiać. Pan Stark powinien się powoli wybudzać. 
Słysząc to miałam ochotę skakać z radości. Chociaż raz to ja uratowałam mu życie, nie tylko on mi. Usiadłam przed nim na ziemi. Pozostało mi tylko czekać. 
Nie musiałam długo czekać. Tony zaczął otwierać oczy, jednak szło to mu bardzo mozolnie. Kiedy już się w pełni rozbudził w stał nagle i krzyknął.
- Whiplash!
Zorientował się chyba, że nie ma zbroi bo wyglądał jakby chciał jej właśnie użyć. Wystawił ręce do przodu, gotowy do strzału. Potem spojrzał na swoje ręce, ze zdziwieniem. Swój wzrok skierował na mnie a potem na swój implant podpięty do ładowarki.
- Co ja tu robię?
Jak mam mu to wytłumaczyć? Ciężko mu będzie uwierzyć, że ocaliłam go. No, z pomocą Jarvisa, ale zrobiłam to. Sama nie mogłam uwierzyć, że się udało.
- Autopilot zabrał cię tutaj. Zbroja przestała działać, więc musiałam coś zrobić. Jarvis mi pomógł.
Przez chwilę na jego twarzy malowało się zdziwienie. Chyb nie mógł w to uwierzyć, bo usiadł na kanapie, dalej się we mnie wpatrując. Nie ukrywam, zawstydziłam się trochę.
- Jesteś wspaniała, co ja bym bez ciebie zrobił?
Podszedł do mnie i dał buziaka w policzek. Teraz to już na pewno wyglądałam jak cegła. Było mi miło, że tak uważa. Komu by nie było?
- Nie sądziłem, że poradzisz sobie tak dobrze.
Ja uśmiechnęłam się do niego promiennie. Byłam szczęśliwa, że jest z nim w porządku. A poza tym ktoś po raz pierwszy aż tak bardzo mnie docenił. Bezcenne uczucie. Jednak nie chcę więcej czegoś takiego przeżywać. Czułam wtedy wszystko, a ręce mi się tak trzęsły jak nigdy. Za dużo stresu.
- Obiecaj, że nigdy więcej nie będę musiała czegoś takiego przeżyć.
Ten spojrzał na mnie wymownie a zarazem pytająco. Znowu jego lewa brew uniosła się do góry. Wyglądał bardzo przystojnie gdy się nad czymś zastanawiał.
- Chodzi mi o to, że nie wiedziałam co zrobić. Martwiłam się, Whiplash wyglądał na zdeterminowanego, a jeśli to by nie pomogło posunąłby się dalej...
Tony usiadł obok mnie i spojrzał na mnie łagodnym wzrokiem, który trochę uspokoił moje szybkie bicie serca.
- Poradziłaś sobie doskonale, trochę więcej wiary w siebie. Chyba szybko musiałaś zareagować...
- Nie, dlaczego? - tym razem to ja zapytałam ze zdziwieniem.
- Nie próbował ponownie zaatakować?
- Zniknął po tym jak dostałeś podwójnie.
- Dziwne... - zamyślił się, znowu.
Nie chciałam mu przeszkadzać. Niech nad tym wszystkim pomyśli w spokoju. Fakt, to było dziwne, że tak po prostu zniknął. Mógł go wykończyć, miał dobrą okazję do tego. Widocznie nie o to chodziło.
Zastanawiało mnie jeszcze gdzie podziewa się Rhodey. Widziałam go wczoraj jak wychodził z domu. Czy to możliwe, że się unikaliśmy? Pewnie wyszedł rano z domu zanim się obudziliśmy. Oby był już w domu. Rhodey, wydawał się być ostatnio zamkniętym w sobie. Pewnie to wszystko przez Cornelię. Zraniła go i to bardzo. Podła żmija!
- Wiesz, ja chyba pójdę do domu. - mówiąc to wstałam.
Tony zrobił to samo, jednak nie ruszył się z miejsca. Zmierzałam już w stronę drzwi.
- Trzymaj klucze. - powiedział i rzucił je w moją stronę.
Złapałam je i uśmiechnęłam się.
- Nie pracuj długo. - dodałam gdy przechodziłam przez drzwi.
Wyszłam z hangaru i skierowałam się ku mojemu tymczasowemu miejscu zamieszkania. Kilka minut i już stałam pod domem. Włożyłam klucze do zamka i otworzyłam drzwi.
Nareszcie sama. Nie to, że towarzystwo Tony'ego mi przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Jednak czasami lubiłam pobyć sama.

~*~

W tym samym czasie, po rozmowie Pepper i Tony'ego.

- Whiplash! Idioto! - wrzasnęła pewna blond włosa dziewczyna. 
Ubrana w czarny, lekko połyskujący kostium. Na twarzy miała złotą maskę, ze szczerego złota. W ręce miała pistolet a tam gdzie talia miała przewieszony pas z pociskami. Druga dziewczyna wyglądała identycznie jak pierwsza, tyle, że nie odzywała się ani słowem. 
- Uważaj sobie! Możesz mi płacić ale ja swoją godność mam. - odezwał się jakby komputerowy głos. 
- Miałeś załatwić Iron Mana, w między czasie kiedy my zajęłyśmy się Rhodey'm! - pierwsza z dziewczyn krzyczała coraz głośniej. Była bardzo zdenerwowana. 
- Nie wystarczy wam to, że jego zbroja padła jak zepsuta zabawka? 
- Wiesz co znaczy: zabić kogoś?! Taka okazja! Rozwalić jego zbroję w drobny mak! - blondynka straciła panowanie nad sobą. 
Zaczęła mierzyć w Whiplasha swoim pistoletem. Wystrzeliła z niego coś co przypominało promień. Jednak Whiplash był szybszy, odleciał na swoim dysku, tym samym robiąc unik. 
Mimo to blondynka nie poddawała się. Przez chwilę stała bez ruchu patrząc na biczownika. Nagle zamiast blondynki było dwóch groźnych przestępców, dwóch Whiplash'ów.
- Co? Jak ty? 
Blondynka, teraz już Whiplash nie odpowiedziała tylko wymierzyła biczami w prawdziwego najemnika. Prawdziwy złoczyńca widocznie się przeraził, bo odleciał na swoim dysku. To do niego nie podobne, a jednak.
Blondynka wróciła już do swojej pierwotnej postaci. Druga dziewczyna patrzyła na nią dziwnie, jednak widać było nutę podziwu w jej oczach. 
- Dlaczego to zrobiłaś, Whitney?
- Miał załatwić Tony'ego a tymczasem wyszło na to, że tylko my się wywiązałyśmy z zadania.- odparła znudzonym głosem. - Nie mów, że biorą cię wyrzuty sumienia. 
- Nie... Co zamierzasz z nim zrobić? 
Na twarzy Whitney pojawił się chytry, a zarazem przebiegły uśmiech. Chodziła w kółko, widocznie się nad czymś zastanawiała. 
- Cornelia, przyda się szybciej niż myślisz. - zaśmiała się perfidnie. - Będziesz potrzebna. 




Przepraszam Was kochane, że musiałyście ponad dwa tygodnie czekać na nowy rozdział. Do tego jest krótki i prawie nic się w nim nie dzieje. Ogólnie, nie podoba mi się. Zostawiam go w wasze ręce i proszę o szczerą opinię. 
Pozdrawiam.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Rozdział 15: Kolejny wróg powraca


Siedzieliśmy w zbrojowni. Tony majstrował coś przy pancerzu a ja siedziałam w obrotowym fotelu. Przyznam, że był bardzo wygodny. 
Moje myśli zaprzątało zdanie, które niedawno wypowiedział czarnowłosy - ,,Pięknie wyglądasz."
Ja oczywiście musiałam spalić buraka, bez tego nie ma mnie. Pierwszy raz usłyszałam taki komplement. Może dlatego, że wcześniej w moim życiu nie przewijało się wielu chłopców? Męska część społeczeństwa zazwyczaj traktowała mnie przyziemnie. Pewnie przez moje rude włosy i piegi. Nie uważałam się za ładną dziewczynę i raczej zdania nie zmienię. Nie dość, że brzydka to jeszcze ciężko porozumiewać się z nowo poznanymi ludźmi. Zawsze czuję się skrępowana i zawstydzona. Tak było gdy poznałam Tony'ego. Ja nie wiedziałam co począć a on wyluzowany jakby było to dla niego codziennością. Może i było? Był sławny, pewnie poznał dużo ludzi. A ja? Szkoda gadać. Nie dość, że ciężko było mi zawierać nowe znajomości to mało kto chciał ze mną rozmawiać. Wszystko przez mój wygląd. Dlatego dziwi mnie to, że Tony zainteresował się właśnie mną... A może robi to wszystko tylko z litości? Chce podnieść mnie na duchu a potem mnie oleje? Przykre, lecz wydaje się prawdziwe. Znam to. Identycznie było z Cornelią. Niby przyjaciółka od dwóch lat, a była gotowa mnie zabić. Wprost można pomarzyć o takiej przyjaciółce. Co jej przyszło do głowy, żeby na mnie napadać? Musiała nieźle uderzyć się w głowę... Co do Whitney to nie mam wątpliwości. Zawsze była niemiła dla innych, zwłaszcza dla mnie. Nic dziwnego, że postanowiła wciągnąć w swoją gierkę Cornelię... A może było na odwrót? Wszystko zaplanowały razem, potajemnie, ale początek poddała Corny? Jedno jest pewne. Oby dwie były w to zamieszane. 
Spojrzałam ponownie na Tony'ego. Tym razem stał przy pulpicie komputera. Chyba czegoś szukał bo na ekranie widniał Skan otoczenia. Czego on może szukać? Albo kogo? Po chwili odezwał się komputerowy głos.
<Nie wykryto sygnatury Maski> 
- Niech to szlak! - wrzasnął Tony, uderzając pięścią o blat.
Chyba zapomniał, że tutaj jestem bo podszedł do małego kosza na śmieci, który stał w rogu przy komputerze. Kopnął w niego z całej siły. Co go wprawiło w zdenerwowanie? Nie wiedziałam kim była Maska. Ale mogłam się domyśleć. Dziewczyny miały wtedy jakieś złote maski, wycięte lekko w literę V przy czole, tak, że powstawały szpiczaste rogi.
Wstałam z obrotowego fotela i podeszłam do Tony'ego. Trzymał się za serce i szybko oddychał. Co mu jest?
- Tony, w porządku?
Nie odpowiedział mi przez dłuższą chwilę. Dalej szybko oddychał i jeszcze mocniej łapał się za serce. Zauważyłam na środku jego klatki piersiowej coś okrągłego, świeciło się na niebiesko. Co to może być?
- Jest dobrze... tylko. Muszę coś zrobić. - spojrzał na mnie niepewnie, próbując wymusić uśmiech.
Jednak zamiast tego wyszedł mu grymas. To pewnie z bólu.
Tony podszedł ponownie do komputera i wziął coś co przypominało ładowarkę, tyle, że inną. Ta była z okrągłym wejściem i bardzo długim kablem. Przyglądałam się poczynaniom chłopaka z uwagą, do chwili gdy zdjął T-shirt. Nagle wszystko zaczęło mnie interesować oprócz niego, nawet pusta ściana była lepszym obiektem do podziwiania.
Kiedy znowu spojrzałam na czarnowłosego doznałam szoku. Do klatki piersiowej - a raczej do tego co było w niej - została przyczepiona ładowarka. Tony siedział teraz na ziemi, opierając się plecami o blat. Podeszłam do niego niepewnym krokiem, nie ukrywam zastanawiało mnie co on ma na piersi. Jakby czytał w moich myślach bo zaraz zaczął mówić.
- Nie bój się.
Łatwo mu mówić. Pierwszy raz widzę takie coś. Usiadłam obok niego dalej wpatrując się w tą dziwną rzecz.
- Chciałem ci powiedzieć to na spokojnie... nie w taki sposób. - uśmiechnął się niemrawo.
- O czym?
- To na co tak patrzysz to implant, który zasila moje serce.
Otworzyłam szeroko usta. Jego serce jest aż tak słabe, że potrzebuje urządzenia, które by je podtrzymywało? Kurcze, nie wiedziałam, że jest aż tak poszkodowany. Teraz uświadomiłam sobie jak bardzo się poświęca dla innych mimo, że może tego nie wytrzymać. I co najważniejsze jak poświęcił się dla mnie... oddał mi krew, mimo, że jego serce jest słabe i mogło nie wydolić. Czasem chyba po prostu działał, nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa.
- Powiesz coś?
Zamrugałam powiekami. Tony patrzył na mnie wyczekująco a zarazem łagodnie jak baranek.
- Ja... jak to się stało?
Kiedy zadałam to pytanie zmieszał się. Na jego twarzy pojawił się grymas bólu i rozpaczy z nutą smutku. A może nie nutą? Z morzem smutku. Tak, to lepiej określało jego stan. Chyba źle zrobiłam, że zadałam to pytanie. Może z tym wiąże się dłuższa i przykra historia?
- Ciężko mi o tym mówić...
- Rozumiem. - przerwałam mu. - Nie musisz mówić...
- Nie, powinnaś wiedzieć.
Słuchałam go od początku do końca. Zrobiło mi się go żal... tyle przeszedł... stracił ojca w katastrofie samolotu i jeszcze dostał implant... Smutne jest też to, że nie zdążył pokazać ojcu zbroi. Tak też narodził się pomysł pomagania innym. Złoty cel.
- Nie zanudziłem cię?
- Nie, skądże. - odparłam. - Przykro mi z powodu taty...
Nie odezwał się. Patrzył tępo w ścianę. Postanowiłam kontynuować.
- Jeśli dobrze zrozumiałam, to nie możesz żyć bez implantu?
- Dokładnie.
- Dlaczego tak ryzykujesz? Przecież w każdej chwili możesz... no... nie wrócić.
Spojrzał na mnie tak jakby chciał wiedzieć co w tej chwili czuję. Szkoda tylko, że ja sama nie wiedziałam.
- Potrzebuję tego, nie mogę patrzeć na krzywdę innych. Nie umiem być obojętny.
Jest wspaniały, nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie znam drugiej takie osoby, która by tak powiedziała. Dlaczego los musiał go pokarać? W głębi duszy chyba nie był do końca szczęśliwy, nie po tym co przeszedł. Przykre. To nie sprawiedliwe, że jedni mają wszystko a inni muszą cierpieć. Myślałam, że to ja mam skomplikowane życie, a tutaj okazuje się, że wiele się jeszcze może wydarzyć. Straciłam matkę, z ojcem też nie najlepiej... Właśnie. Przecież to nie on jest biologicznym ojcem, ale tak go traktuję.
- Mam do ciebie prośbę.
Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem i trochę wyczekująco.
- Nie przemęczaj się, nie kosztem swojego zdrowia.
Sama się zdziwiłam, że mój głos brzmiał jakbym miała się rozpłakać. Nie chciałam żeby się wykończył, nie za cenę pomocy innym. Jakby to wyglądało? Pomaga obcym a sam sobie nie potrafi.
On tylko uśmiechnął się, a raczej próbował. Dobre i to. Chyba zrozumiał, miejmy nadzieję.
Usłyszałam dziwny dźwięk, coś jakby alarm. Tony poderwał się i odpiął ładowarkę od implantu. Założył szybko koszulkę i podszedł do kapsuły ze zbroją. Otworzył ją i wdział pancerz. To chyba jakieś wezwanie, coś w tym rodzaju.
- Pepper, usiądź w fotelu. Będziesz mi potrzebna.
Posłusznie, zrobiłam to co kazał. Nim się obejrzałam wyleciał ze zbrojowni. Spojrzałam na panel. Widziałam trasę Tony'ego na ekranie. Leciał w kierunku centrum miasta.
Na pulpicie pokazało się połączenie od Tony'ego. Odebrałam.
- Gdzie lecisz? Co się dzieje? To coś poważnego?
Jak zwykle nie mogłam powstrzymać potoku słów. To jedna z moich wad - gadulstwo.
- Powoli, Pepper. Dostałem komunikat, że Whiplash atakuje ludzi. Nie wiem, dlaczego ale pewnie znowu chodzi o mnie.
- Kto to Whiplash? I czego od ciebie chce.
- Zobaczysz. Miejmy nadzieję, że to nic groźnego. 
Kurcze, kto to jest Whiplash? To jakiś jego wróg?
Widziałam teraz wszystko to co Tony. Wyglądało to tak jakbym widziała jego oczami.
To co zobaczyłam było straszne. Podpalone auta, ludzie uciekający gdzie się da. A najdziwniejsza była osoba, która stała na środku całego zajścia. Właściwie nie wiem czy to był robot czy człowiek. Cały był pokryty zbroją tak jak Tony. Pancerz był czarno-czerwony. Z jego rąk wypływały pasy, które świeciły się na równie czerwono i wydawało mi się, że iskrzyły się. Do czego one służą? Whiplash, miał jeszcze coś w rodzaju dysku, na którym teraz stał. Wyglądał on jak krążek, a co najważniejsze unosił go w powietrzu.
Whiplash zaczął atakować Tony'ego swoimi ... jak to nazwać? Bicze! Przypominały one bicze. I jak się okazało trafiłam w sedno. Bicze oplotły zbroję Iron Man'a robiąc, krótkie zwarcie. Skąd to wiedziałam? Wyświetlały mi się wszystkie komunikaty dotyczące stanu pancerza jak i zdrowia chłopaka. Tony wystrzelił do niego z czegoś do przypominało promienie. Jednak po chwili wpadłam na pomysł aby sprawdzić uzbrojenie pancerza.
- Tylko gdzie to się sprawdza...
- Panno Potts, czego sobie pani życzy?
Wrzasnęłam z przerażenia. Kto to powiedział? Rozejrzałam się po pomieszczeniu, jednak nikogo nie widziałam. Byłam tutaj sama.
- Kim jesteś?
- Nazywam się Jarvis, stworzył mnie Anthony Stark. Jestem systemem.
Odetchnęłam z ulgą. Teraz czas na serie pytań.
- Jakie wyposażenie posiada zbroja?
- Repulsory, buty odrzutowe, pociski, unibeam. To najważniejsze funkcje, pan Stark dalej uzupełnia uzbrojenie.
Musiał strzelać z repulsorów. Spojrzałam na pulpit. Funkcje życiowe Tony'ego wynosiły osiemdziesiąt procent. Zmartwiłam się bo spadały. Na dodatek stan pancerza też się pogarszał. Whiplash atakował chłopaka swoimi biczami tak natarczywie, że Tony'emu ciężko było odeprzeć atak w pojedynkę.
Teraz role się zmieniły. Iron Man wystrzelił z unibeam'u do wroga, co go ogłuszyło. Następnie złapał go za bicze i rzucił nim w dalszą część ulicy. Myślałam, że to koniec ale Whiplash podniósł się i podleciał do chłopaka na swoim dysku.
- Czego chcesz? - usłyszałam głos Iron Man'a, słychać było zdenerwowanie. 
- Ciebie Iron Man'ie. - jego głos brzmiał jakby cieli coś metalowego. Przynajmniej ja tak to słyszałam.
Tony wystrzelił do niego z repulsorów, jednak ten zrobił unik. Na dodatek Whiplash zrobił coś czego się nie spodziewałam. U jego rąk pojawiły się po dwa bicze! Teraz miał ich aż cztery. Zaatakował nimi Tony'ego.
Nagle na pulpicie pojawił się komunikat, którego bałam się usłyszeć.
<Osłabienie funkcji życiowych>
Tony próbował się podnieść, jednak tym tylko pogarszał sytuację. Ze strachu zaczęłam nerwowo przeczesywać palcami włosy.
<Następuje wyłączenie wszystkich systemów>
- Nie! Co ty mi zrobiłeś! - wrzasnął chłopak wprost do biczownika.
Jednak Whiplasha już nie było. Dziwne...
Pięknie! Zbroja się wyłączyła a z Tony'm nie było kontaktu. Co ja mam teraz zrobić?
- Jarvis?
- Słucham, panno Potts?
- Co mogę zrobić? Jak Tony ma wrócić do bazy?
- Może pani wydać polecenia o autopilocie zaprogramowanym na lot do bazy.
Jak ja mam to powiedzieć? Kurcze, Pepper skoncentruj się, musi uratować Tony'ego. Co jeśli ktoś będzie chciał dobrać się do jego zbroi?
- Yyy... Autopilot? Zabierz zbroję Iron Man'a do zbrojowni.
Na ekranie wyświetlił się komunikat aby podać hasło. Cholera! To zbroja ma jakieś hasło?
- Hasło to Stark002.
Wypowiedziałam hasło a zbroja już kierowała się do zbrojowni. Oby tylko wszystko się udało. Miejmy nadzieję, że wszystko z nim w porządku.
Pepper, nie panikuj! Na pewno jest dobrze... ale skoro zbroja przestała działać, to funkcja podtrzymywania życia w zbroi też nie działa... a jak coś mu się stało? Zwiastuję od razu najgorsze.
Nie musiałam długo czekać. Pancerz wleciał do zbrojowni. Zatrzymał się przy kapsule i chyba na coś czekał.
- Jarvis, jak ją otworzyć?
- Ja się tym zajmę, panno Potts.
Najwidoczniej Jarvis wpłynął na zbroję od środka, szkoda, że dopiero teraz. Dobrze, że nie musiał interweniować na miejscu.
Pancerz otworzył się, a ja ujrzałam nieprzytomnego Tony'ego. W ostatniej chwili go złapałam, prawie upadł.
I co teraz?



I jest! Akcja też się pojawiła, mam nadzieję, że nie jest jej za mało :) Jakieś pytania? 
Wesołych i spokojnych świąt, spędzonych w gronie rodziny :)

Pozdrawiam.

poniedziałek, 30 marca 2015

Rozdział 14: Koszmary prawdą


Chwilę wcześniej

Leżałem na kanapie w salonie. Oglądałem telewizję, a przynajmniej próbowałem. Myślami byłem przy Pepper. Właściwie nie wiem dlaczego, ale kiedy poszła na górę zacząłem o niej myśleć aż do tej pory. Naprawdę dobrze trafiłem, jest świetną osobą. Potrafi pocieszyć i wesprzeć. Nie żeby Rhodey tego nie potrafił. Tyle, że wsparcie od płci przeciwnej chyba bardziej mi pomaga.
Usłyszałem kroki dobiegające ze schodów. Obróciłem głowę i podniosłem się. Po schodach schodziła rudowłosa. Ubrana w fioletowy podkoszulek i spodenki w tym samym kolorze. Wyglądała jakby na trochę przestraszoną. Co dziwniejsze szła sztywno, ręce miała wzdłuż ciała. Weszła do kuchni, uprzednio zaświecając światło. Pomyślałem, że zgłodniała lub chciała się czegoś napić. Jednak to co zobaczyłem wprawiło mnie w osłupienie.
Dziewczyna wyjęła nóż z szuflady. Obróciła go do siebie, powoli przybliżając go do swojego brzucha. Cholera! Co ona wyprawia?!
Wstałem z kanapy i podbiegłem do niej. W ostatniej chwili wyrwałem jej nóż z rąk i rzuciłem go gdzieś w kąt blatu. W tym czasie oczy Pepper zamknęły się a ona wyglądała jakby traciła przytomność. Złapałem jej bezwładne ciało w talii i przeniosłem na kanapę. Delikatnie dotknąłem jej policzka lekko je klepiąc aby się obudziła. Podziałało.
Rudowłosa otworzyła oczy. Przez chwilę bardzo intensywnie mrugała. Później spojrzała na mnie i podniosła się. Rozejrzała się po pomieszczeniu i nerwowo zaczęła dotykać swojego brzucha. Kiedy upewniła się, że wszystko jest w porządku odetchnęła.
- Pepper?
- Co ja tutaj robię?! - pisnęła jeszcze wystraszona.
- Zeszłaś po schodach i poszłaś do kuchni... Chciałaś wbić sobie nóż w brzuch! - powiedziałem z wyrzutem.
Spojrzała na mnie jak na wariata. Zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem to nie ja zwariowałem.
- Nie ja chciałam go wbić! To Cornelia i Whitney! Nie widziałeś ich tutaj?! - mówiąc to wstała, wyraźnie poddenerwowana.
Podniosłem lewą brew do góry ze zdziwienia. Co ona bredzi? Nie było tutaj nikogo oprócz mnie i jej. Jakim cudem niby miały tu być dwie inne osoby?
- Tutaj nikogo nie było. Szłaś sama.
Dziewczyna opadła na kanapę w akcie bezsilności. Zakryła twarz dłońmi i podciągnęła nogi pod brodę. Ja natomiast kontynuowałem.
- Opowiesz co ci się śniło?
Przez dłuższą chwilę siedziała w jednej pozycji nie wykonując najmniejszych ruchów. Chyba musiała się uspokoić.
- Prowadziły mnie, a potem jedna z nich chciała mi wbić sztylet w brzuch...
- Ja widziałem co innego. Szłaś sama... jeszcze trochę i znowu trafiłabyś na ostry dyżur.
Podniosła głowę i spojrzała na mnie smutnym wzrokiem.
- Po raz kolejny ratujesz mi skórę.
Fakt. Ocaliłem ją, tym razem od samobójstwa. Z jej strony wyglądało to inaczej. Ciekawe, że w jej śnie pojawiły się akurat te osoby, a nie inne. Jeszcze gorsze jest to, że lunatykowała i robiła to co w tym śnie. Co by było gdyby naprawdę się zabiła? Przez jeden sen, który był sprawką Whitney i Cornelii mogłem jej już nigdy nie zobaczyć. Nie miałem wątpliwości co do sprawców tego zajścia. To wszystko staje się groźne i niebezpieczne niż przedtem. Na dodatek nie wiemy jakim cudem udało im się aż tak wpłynąć na Pepper, że zaczęła robić to co działo się w śnie. Muszę znaleźć te dwie. To się musi skończyć.
- Chodź, musisz odpocząć.
Wstałem i zacząłem ją podnosić jednak ona gwałtownie się szarpnęła i usiadła. Spojrzałem na nią pytająco.
- Nie, nie, nie. Nie mogę zasnąć.
Przestraszyła się, nie dziwota, że nie chce iść spać. Ja również miałbym problem z zaśnięciem po takim czymś. Ale musi spróbować.
- Zostanę z tobą.
Widziałem po niej, że się waha, jednak po chwili zrezygnowana kiwnęła głową na zgodę. Wstała i poszła w kierunku piętra. Wchodziłem za nią po schodach. Zatrzymała się tuż przed drzwiami do pokoju.
- Może jednak dzisiaj już nie powinnam zasypiać? - spytała z paniką w głosie.
- Nie możesz się wykończyć.
Sięgnąłem do klamki i otworzyłem drzwi. Wpuściłem ją do środka a sam wszedłem za nią. Rudowłosa nie pewnie podeszła do łóżka. Stała nad nim chwilę jakby walczyła ze sobą. Ostatecznie położyła się i odwróciła plecami do ściany. Słyszałem jak z rezygnacją wzdycha cicho.
Usiadłem przy stoliku. Patrzyłem jak jej oddech staje się spokojny i miarowy. Nie nastąpiło to tak szybko, jednak mimo obaw zasnęła.
Spojrzałem na zegarek, który stał obok jej łóżka. Dochodziła druga w nocy a mi dalej nie chciało się spać. Dziwne. Jutro pewnie będę padnięty...
Wyszedłem na balkon nie mogąc usiedzieć. Przymknąłem okno aby nie wychłodzić w pokoju. Niebo było pochmurne, księżyc schował się pod warstwą chmur. Zrobiło się chłodniej niż wcześniej jednak nie przeszkadzało mi to. Oparłem się plecami, tyłem do barierki zakładając ręce na klatkę piersiową. Spojrzałem na Pepper, która teraz miała uśmiech na twarzy. Powinna już spać spokojnie, mam taką nadzieję. Mimo to zostanę z nią dopóki nie nadejdzie ranek.
Nie wiem jak długo stałem na balkonie. Po pewnym czasie zamknąłem go i usiadłem na fotelu. Sen zmógł mnie, zasnąłem.

~*~

Leniwie i powoli zmusiłam powieki aby się otworzyły. Podniosłam się przeczesałam ręką włosy. Rozciągnęłam się i rozejrzałam się po pomieszczeniu. To co zobaczyłam wprawiło mnie w nie lada zdziwienie. Na fotelu siedział, a właściwie leżał Tony. Musiał być tutaj całą noc, bo zasnął ubraniach. Uśmiechnęłam się na jego widok i po cichu wstałam. Wzięłam ze sobą kołdrę i nakryłam nią chłopaka. Później podeszłam do szafy i wyjęłam ciuchy. Dzisiaj zdecydowałam się na czarną bluzkę na ramiączkach z baskinką oraz białe rurki. Świetny zestaw, do tego moje ukochane czarne trampki. Wyszłam bezszelestnie i zamknęłam drzwi. Kierowałam się oczywiście do łazienki. Umyłam zęby i uśmiechnęłam się do swojego odbicia. Jeszcze tylko lekki makijaż. 
Usiadłam przy toaletce. Tony dalej spał w najlepsze. Zaśmiałam się pod nosem. Posmarowałam twarz kremem a potem nałożyłam tusz na rzęsy. Mały makijaż a jak wiele potrafi zdziałać. Wyglądam o wiele lepiej. 
Stwierdziłam, że zanim chłopak się obudzi zrobię nam śniadanie. Na korytarzy wpadłam na pomysł aby wejść do pokoju Rhodey'ego. Zastanawiałam się jak on przeżywa to wszystko. Zapukałam do drzwi jednak nikt mi nie odpowiedział. No cóż, muszę wejść od tak.
Wparowałam do pokoju ale nikogo nie zastałam. Łóżko było zaścielone, w sumie wyglądało jakby nikt z niego nie korzystał. Wyszłam zamykając drzwi.
Myślałam, że na parterze zastanę panią Rhodes. I tym razem nikogo nie było. W salonie pustko jak i w kuchni. Na blacie jedynie leżała mała, zapisana kartka papieru. 
<Nie czekajcie na mnie, wrócę późno. Pieniądze są na blacie. Opiekujcie się Pepper.>
Kartka z pewnością była od mamy Rhodey'ego. Miło było ją czytać, zwłaszcza, że pani Rhodes traktowała mnie zupełnie inaczej jak zwykłego gościa. Chyba musiała mnie lubić trochę bardziej. Nie żeby mi to przeszkadzało, wręcz cieszyłam się z takiego obrotu sprawy. 
Chciałam zrobić śniadanie. Tylko co podać? Stwierdziłam, że zrobię kanapki z pomidorem, ogórkiem, szynką i serem. Idealny zestaw na najważniejszy posiłek dnia. 
Zabrałam się za przygotowanie. Na początku miałam problem ze znalezieniem deski do krojenia bądź noża. To dziwne, że wczoraj tak po prostu podeszłam do szuflady, w której była zastawa z nożami do krojenia a dzisiaj nie mogę ich znaleźć. 
Postawiłam wodę na herbatę, a kanapki przełożyłam na talerz i postawiłam na stole. Później stały tam dwa kubki herbaty. 
Na zegarku widniała godzina dziewiąta. Gdzie ten Tony? Skierowałam się ku schodom. Chwilę potem otwierałam już drzwi do pokoju. Oczywiście mogłam się tego spodziewać. Czarnowłosy spał w najlepsze i chyba nie zamierzał wstawać. No nic, muszę go obudzić.
Usiadłam na oparciu fotela. Szturchnęłam lekko Tony'ego. On otworzył oczy i spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem. 
- Cześć, śpiochu. - zachichotałam patrząc na niego. 
- Hmm, cześć. - mruknął sennie. 
Chyba jeszcze nie wszystko docierało do niego tak jak powinno. Pokręciłam głową i dodałam.
- Śniadanie gotowe.
Widocznie orzeźwiłam go tymi słowami bo spojrzał na mnie o wiele lepszym wzrokiem. 
- Czekam na dole. 
Wstałam i wyszłam za drzwi. Jeśli Roberta budzi go tak codziennie to jej współczuję. Wyzwanie jak się patrzy.

~*~

Jak to się stało, że zasnąłem u niej? Chyba musiałem być bardzo zmęczony. Na dodatek czułem, że burczy mi w brzuchu. Pora na śniadanie. 
Zszedłem po schodach na dół wprost do kuchni. Na stole czekały już kanapki i kubki z herbatą. Na krześle siedziała Pepper, która już zaczęła jeść. Usiadłem obok niej i sięgnąłem po kanapkę. Było pyszne, naprawdę. Smakowało mi jak nigdy, być może przez to, że byłem bardzo głodny. Wypiłem herbatę i spojrzałem na rudowłosą. Wow, wyglądała zjawiskowo. Tak jak wtedy gdy uratowałem ją po raz pierwszy. 
Zorientowała się, że na nią patrzę. Pepper zaczęła spoglądać na mnie ze zdezorientowanym wzrokiem. Uśmiechnąłem się tylko do niej. 
- Pięknie wyglądasz. 
Sam nie wierzę, że to powiedziałem. Rudowłosa wydała się w pierwszej chwili zaskoczona, jednak po chwili jej twarz pokrył rumieniec. Odwróciła głowę aby ukryć zawstydzenie. Powiedziałem coś nie tak? Pepper to bardzo ładna dziewczyna, pewnie nie raz usłyszała to od innych chłopców, więc dlaczego się rumieni? 
Wstała od stołu i zaczęła zbierać naczynia. Ja chyba wybiorę się do zbrojowni. 
- Idziesz ze mną do zbrojowni? 
Kiwnęła głową. Poczekałem aż odstawi naczynia. Potem wyszliśmy w ciszy z domu. Zamknąłem drzwi na klucz. Nie chciałem później mieć na głowie pani Rhodes gdyby coś zginęło. Razem z Pepper poszedłem w kierunku magazynu. 








Tak jak obiecałam w rozdziale 14 jest akcja. Może nie wielka, ale zawsze coś tam jest. Jakieś pytania? 
Pozdrawiam.
Ps.

Drogie czytelniczki, bardzo chciałabym podziękować jak i tym komentującym moje wpisy, jak i również tym, anonimowym osobą, które być może to czytają. Mamy już ponad 2000 wejść, na bloga, którego założyłam w listopadzie. 
Dziękuję Annie Katari, za ciepłe słowa, w komentarzach jak i poza nimi :)
TonyPepper, za komentowanie moich wpisów samymi cudownymi określeniami :)
Pepper, która również jak dziewczyny wyżej podtrzymuje mnie na duchu świetnymi komentarzami :)
Oraz Fumi, która teraz gdzieś zniknęła :) Mimo to, wcześniej również dodawała mi otuchy.
I wszystkim tym, którzy może się nie ujawniają a czytają moje opowiadanie.

poniedziałek, 23 marca 2015

Rozdział 13: Chwile zapomnienia


Co on znowu wymyślił? Już drugi raz mnie dzisiaj zaskoczył. Tak jak Tony poprosił, narzuciłam na siebie coś ciepłego a mianowicie bluzę. Zamknęłam drzwi od pokoju i zbiegłam po schodach. W salonie czekał na mnie czarnowłosy.
- Gotowa? - spytał.
Kiwnęłam głową. Wyszliśmy z domu i znowu zmierzaliśmy w kierunku zbrojowni. Po raz kolejny chłopak wstukał kod a stalowe drzwi ukazały wnętrze. Tony podszedł do zbroi. Patrzyłam na niego nieco podejrzliwie. Kiedy już założył zbroję, moje spojrzenie stało się łagodne. Stał się wyższy o parę centymetrów i jakby przybrał siły. Twarz miał nie odsłoniętą, pewnie chwilowo.
- Dowiem się o co chodzi? - spytałam.
Chłopak podszedł do mnie i objął mnie w talii. Już wiedziałam. On chce lecieć zie mną.
- Lepiej się mnie dobrze złap.
Postanowiłam, że zrobię tak jak kazał. Lepiej nie narażać się nie potrzebnie. Czułam lekki stres. Zapewne to przez to, że nigdy nie  latałam, choćby nawet samolotem. 
- Nie stresuj się.
Przełknęłam głośno ślinę. Nim się obejrzałam Tony zasłonił twarz maską i wzbiliśmy się w powietrze. Wylecieliśmy przez otwór w hangarze, a ja ujrzałam cudowny widok. Lecieliśmy nad ulicami miasta. Aż dech zaparło mi w piersi. Nie da się opisać tego uczucia. Niesamowite. Przez kilka minut wpatrywałam się w panoramę, dopóki nie wylądowaliśmy na najwyższym budynku w mieście. To dopiero widok! Tony w tym czasie zdjął zbroję, która zamieniła się w plecak.
- Chciałaś zobaczyć miasto nocą. - uśmiechnął się do mnie szeroko.
Rzuciłam mu się w ramiona, a on delikatnie jakby bał się, że mnie zrani objął mnie.
-Jesteś wspaniały. - uśmiechnęłam się do niego.
- Wiem. -zgodził się Tony, śmiejąc się.
- Skromny niestety już nie.
Tym razem to ja się zaśmiałam a chłopak zrobił naburmuszoną minę, jednak po chwili i on zaczął się śmiać. Usiedliśmy na skraju wieżowca. Panorama miasta wyglądała jeszcze piękniej niż zazwyczaj. Gdzie bym tylko się nie obejrzała, wszędzie widać oświetlone ulice, budynki i spacerujących ludzi. Nie sądziłam, że Tony zabierze mnie tutaj. Myślałam, że wtedy znowu był myślami gdzie indziej, a tutaj takie zaskoczenie. On zrobił dla mnie tyle dobrego, a ja nawet mu za to nie podziękowałam w odpowiedni sposób... Właściwie, to nie wiem jak mu podziękować... Słowa nie wystarczą, nie dla mnie. Na razie nic mi nie przychodzi do głowy, ale postaram się coś wymyślić. Może jakiś prezent? Tak, to chyba najlepsze rozwiązanie. I tutaj znowu pojawiają się schody, bo w robieniu prezentów jestem kiepska. Co mogę kupić bogatemu i sławnemu nastolatkowi? To musi być coś wystrzałowego, ale nie do przesady. Pomyślę jeszcze nad tym.
Spojrzałam na Tony'ego. Wyglądał na jeszcze bardziej zamyślonego niż zazwyczaj. Zastanawiałam się o czym myśli. Patrzył na panoramę miasta tak obojętnym wzrokiem, że wydawało mi się, że jego dusza na chwilę opuściła ciało. W życiu nie widziałam aby ktoś tak odpłynął. Wyjątkowy przypadek. Z drugiej strony nie dziwiłam mu się. Bycie Iron Man'em na pewno dawało mu się we znaki. Godzić jeszcze tą funkcję z chodzeniem do szkoły i czasem wolnym. Z pewnością tego drugiego miał mniej. Był na każde wezwanie. Można powiedzieć, że poświęca się bardziej niż nie jeden człowiek. Ryzykuje życie dla innych. Idealny materiał na przyjaciela, udowodnił to gdy oddał mi krew. Nie przemyślał tego, że mogą wystąpić jakieś komplikacje. Po prostu podjął szybką decyzję. Ciekawe czy ja bym tak umiała... pewnie bym się przestraszyła. Ale dla przyjaciół zrobiłabym wiele. 
Spojrzałam w dół, na ulicę. Ścieżki powoli wyludniały się a gdzie nie gdzie w oknach gasły światła. Chyba musi być już późno. Nie przeszkadzało mi to, że siedzimy tutaj i nie odezwiemy się do siebie ani słowem. Nie chciałam przerywać ciszy. Tony był gdzie indziej, ja też. Mimo, że siedzieliśmy blisko siebie każdy był teoretycznie w innym miejscu. 
Cóż się dziwić, znaliśmy się nie cały miesiąc. Nie mogłam wymagać abyśmy rozmawiali dniami i nocami. Nie wszystko stracone, wszystko się rozwinie. Miejmy nadzieję.
- O czym myślisz? 
Wzdrygnęłam się. Przestraszyłam się. Spojrzałam na Tony'ego, który patrzył na mnie nieodgadnionym wzrokiem. 
- O niczym... 
- Nie prawda, gdy myślisz o czymś ważnym marszczysz czoło. - odpowiedział podnosząc lewy kącik ust do góry. 
Skąd on to mógł wiedzieć? Przecież sam był zamyślony, patrzył pustym wzrokiem na miasto, nie zwracając na mnie uwagi. Obserwował mnie? 
- Skąd wiesz? Sam odpłynąłeś. 
- Patrzę na ciebie od dobrych pięciu minut. - powiedział śmiejąc się pod nosem.
Co? Jak mogłam tego nie zauważyć? 
- Także, o czym myślisz?
- To nic ważnego, naprawdę. - powiedziałam patrząc po raz kolejny w dół. 
Nie lubiłam zdradzać moich myśli, uważałam to za niepotrzebne. To co działo się w mojej głowie lepiej żeby pozostało tajemnicą. Przez mój nie wyparzony język mogłabym wpaść w niezłe kłopoty i przy okazji wpakować w to innych. Tak, mój talent do katastrofy jest rozpowszechniony. 
- Może lepiej ty się pochwal co zaprząta twoje myśli.
Jedynym ratunkiem było odwrócenie pytania. Podziałało.
- Zastanawiam się co by było gdybym nie był Iron Man'em. Myślę o tym codziennie. 
Teraz zdałam sobie sprawę jak wielką odpowiedzialność nosi na swoich barkach. Widocznie ciężko mu było sobie z tym poradzić. Przynajmniej wiem o czym nieustannie myśli. 
- Nie martw się na zapas.
- Ja się nie martwię... po prostu czasem chciałbym żyć jak zwykły nastolatek... - odparł cichym głosem. Widać było, że spochmurniał. 
- Fakt nie martwisz się... ty się tym zadręczasz. Jak tak dalej pójdzie to się wykończysz... Każdy musi mieć chwilę odpoczynku. - powiedziałam. Nie chciałam go dobić, ale taka była prawda. - Pamiętasz, co powiedziałeś mi w szpitalu? 
- Dużo wtedy ci mówiłem... 
- Między innymi, że poradzimy sobie razem. Teraz też tak będzie. 
Spojrzałam mu w oczy. Widać w nich było zakłopotanie i zmartwienie, jednak po moich ostatnich słowach pojawiły się małe iskierki szczęścia. Chyba udało mi się go choć trochę podnieść na duchu. 
Tony spojrzał na mnie już o wiele szczęśliwszym wzrokiem. Ja też się uśmiechnęłam widząc, że na chwilę przestał o tym wszystkim myśleć. 
- Zbieramy się? 
Kiwnęłam głową. Wstałam i otrzepałam ubranie. Jeszcze ostatni raz spojrzałam na miasto, które już nie świeciło światłami tak jak wcześniej. Połowa z nich była zgaszona. 
Tony w tym czasie odział się w pancerz. Podszedł do mnie i objął mnie jedną ręką. Ja natomiast oplotłam jego szyję. 
I znowu byłam w powietrzu. Tym razem lecieliśmy o wiele szybciej niż poprzednio. Czemu mu się tak śpiesz? W parę minut wylądowaliśmy w magazynie. Tony zdjął zbroję i zamknął ją w kapsule. Wyszliśmy ze zbrojowni na świeże powietrze a potem skierowaliśmy się do domu. Otworzyliśmy po cichu drzwi. Okazało się, że na dole nikogo nie ma. Było aż tak późno, że wszyscy już spali? Weszliśmy do kuchni i spojrzeliśmy na zegarek. Dochodziła jedenasta! No nieźle, zasiedzieliśmy się. 
- Wiesz, chyba pójdę się położyć. 
- Do jutra, Pepper.
Uśmiechnęłam się i poszłam na górę. Otworzyłam drzwi do pokoju, który tymczasowo zajmowałam. Wzięłam pidżamę, zamierzałam się odświeżyć. Tylko, gdzie jest łazienka? Trudno, pójdę na chybił trafił. Zostały się dwa pomieszczenia. Łazienka pewnie będzie na prosto. Nie myliłam się. 
Trochę mi zeszło zanim wyszłam z łazienki. Czułam się padnięta mimo, że wcześniej przespałam trzy godziny. 
Z powrotem się położyłam i czekałam na sen.


~*~

Miałam bardzo dziwny sen. W pomieszczeniu, w którym się znajdowałam było ciemniej niż zwykle. Widziałam tylko drzwi, nic poza tym. 
Co to za miejsce?
Stało się coś dziwnego. Straciłam kontrolę nad sobą. Wstałam z łóżka, po czym skierowałam się do drzwi. Próbowałam się zatrzymać jednak coś mnie powstrzymywało. Czułam jakby ktoś trzymał mnie po obu stronach i prowadził do drzwi. 
Co się dzieje?!
Wyszłam z pokoju, a moim oczom ukazała się Cornelia i Whitney. To one mnie przytrzymywały. Co one robią w moim śnie? Przestraszyłam się i to nie na żarty.
- Czego chcecie? 
Odpowiedziała mi cisza. Spojrzałam na nie. Ich twarze nie wyrażały żadnych emocji. Wielka pusta i obojętność. O dziwo były bez masek, normalnie ubrane. 
Sala, w której teraz się znajdowałam wyglądała jeszcze gorzej. Zeszliśmy do niej po schodach. Nie wiem jak udało mi się zejść bez żadnego potknięcia. Pomieszczenie było wypełnione rożnego rodzaju nożami. Począwszy od małych, kończąc dużymi. Zestresowałam się jeszcze bardziej. To przestaje być zabawne, chociaż nie było takie od początku. 
Zaczęłam się szarpać, jednak one trzymały mnie bardzo mocno. Spojrzałam po raz kolejny na nie. Tym razem miały już maski i kostiumy. Nie mogłam ich rozróżnić, wyglądały identycznie. Dziewczyna po mojej prawej stronie puściła mnie i podeszła do ściany, na której zawieszone były sztylety. Wzięła jeden z nich po czym podeszła do mnie. Chciała wbić mi go w brzuch, jednak ja się szarpałam. Myślałam o tym żeby się wybudzić. Zamiast tego upadłam i czułam jak spadam w otchłań. 







Zaczyna się coś dziać. Wiem, że nie lubicie nudy, dlatego coś nowego. Mam nadzieję, że się spodoba :) 
Pozdrawiam. 
Ps. Jakieś pytania? 

środa, 18 marca 2015

Rozdział 12: Nie zawsze będzie idealnie


Rozpakowywałam swoją walizkę, chciałam zobaczyć jej zawartość. Mam nadzieję, że ojciec spakował chociaż szczoteczkę i płyn do kąpieli. Moim oczom ukazała się wypchana kosmetyczka. Używałam jej codziennie, jednak nie wszystkich w niej zawartych produktów. Położyłam ją obok lustra a ciuchy włożyłam na półki do szafy. Zasunęłam bagaż i z powrotem zajrzałam do kosmetyczki. Uf, dobrze, że wszystko jest. 
Nałożyłam na twarz krem, aby wyglądała na trochę bardziej witalną i promienną. Poczekałam aż dobrze się wchłonie i nałożyłam tusz na rzęsy. Przynajmniej będą się wydawać mniej podpuchnięte. No, zdecydowanie lepiej. 
Rzuciłam się na łóżko i zamknęłam oczy. Czuję się jeszcze trochę przemęczona, chyba się prześpię. Przytuliłam się do poduszki. Czekałam na sen, który przyszedł zadziwiająco szybko. 


~*~

Siedziałem w pokoju razem z James'em. Dochodziło godzina siódma. Chyba pora coś przegryźć. James jak zwykle czytał książkę do historii. Czasami wydaje mi się, że zwariował na punkcie tego przedmiotu. 
- Idziemy coś zjeść? 
On zdawał się mnie nie słyszeć bo dalej wpatrywał się w książkę. Jego oczy sunęły po linijkach tekstu jak błyskawice. Pewnie znał już podręcznik na pamięć, chore. 
Podszedłem do niego i wyrwałem mu tak po prostu lekturę. Spojrzał na mnie nieprzyjemnym wzrokiem.
- Słyszałeś o co się ciebie spytałem?
- Pytałeś o coś? - spytał głupio, robiąc przy tym zaskoczoną minę.
Machnąłem tylko ręką po czym wyszedłem z pokoju. Miałem nadzieję, że wyjdzie za mną jednak nic z tego. Wolał przesiedzieć cały wieczór nad tym marnotrawnym przedmiotem, ech. Zszedłem po schodach na dół i skierowałem się do kuchni. Wyjąłem potrzebne rzeczy i składniki do zrobienia jajecznicy. 


~*~

Otworzyłam oczy, które wydawały się cięższe niż zazwyczaj. Podniosłam się do pozycji siedzącej i spojrzałam na zegarek, który stał na szafce nocnej. Przespałam trzy godziny! Kurczę, chyba pora wstać. Jak ja zasnę w nocy?
Podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej turkusową bluzkę na ramiączkach oraz czarne rurki. Założyłam ubrania na siebie i wyszłam z pokoju. Usłyszałam odgłosy dochodzące z kuchni. Zbiegłam szybko po schodach. Na moje nieszczęście wpadłam na kogoś. Spodziewałam się upadku jednak czyjeś silne ramiona złapały mnie tuż przy posadzce. Zamrugałam kilka razy powiekami i spojrzałam w górę. Przed upadkiem ochronił mnie Tony. Podniósł mnie lekko w górę a potem odstawił na podłogę. Kiedy tak na niego patrzyłam po raz kolejny serce zabiło mi mocniej. Szybko opanowałam się i podziękowałam jednocześnie przepraszając za moją niezdarność.
- Miałem po ciebie iść, kolacja gotowa. 
Powiedział i objął mnie delikatnie w pasie. Ja uśmiechnęłam się tylko, odwracając głowę starając ukryć się rumieńce. Wdech i wydech, Pepper. 
Usiadłam do stołu a Tony podał mi talerz z jajecznicą. Muszę przyznać, że wyszła mu świetnie, była przepyszna. Po skończonym posiłku chciałam umyć talerze, jednak Tony kategorycznie zaprzeczył i zabrał się za to sam.
- Nie taktuj mnie jak kaleki. To tylko plecy, zwykła rana. - nie chciałam, żeby mnie we wszystkim wyręczał. 
Chyba zdenerwowało go to co powiedziałam, bo odstawił naczynia do zlewu i spojrzał na mnie gniewnie. 
- Pepper, to nie zwykła rana... Prawie się wykrwawiłaś! - powiedział nieco wyższym głosem niż zazwyczaj. - Wiesz co myślałem jak znalazłem cię w domu w tej kałuży?!....
Znowu spojrzałam w dół, tym razem na swoje buty. Zrobiło mi się głupio, on się zamartwiał a ja jak zwykle to zbagatelizowałam. Zrobiłam to poniekąd nieświadomie. Nie chciałam go zdenerwować. 
- Pepper... przepraszam. - podszedł do mnie i położył rękę na moim ramieniu. - Nie potrzebnie się uniosłem. 
- Nie, Tony. Masz rację. - powiedziałam, dalej nie patrząc na niego. - Wiesz, położę się, nie czuję się jeszcze najlepiej. 
Obróciłam się do niego plecami i prawie biegiem weszłam po schodach. Otworzyłam drzwi i usiadłam przy stoliku. 
Dlaczego tak zareagowałam? Przecież nic się nie stało... Może tylko tyle, że Tony nie potrzebnie się martwił a ja to zwyczajnie w świecie olałam.
Dziwi mnie, moje zachowanie gdy spojrzy na mnie lub dotknie. Co się dzieje? Wcześniej było inaczej, traktowałam go normalnie. Czy coś się zmieniło? W zasadzie to nie wiem co myśleć i przede wszystkim co czuję. Przeczesałam ręką włosy i skierowałam się do okna balkonowego. Wyszłam na balkon, który okazał się być wyposażony w dwa leżaki. Jednak ja nie miałam ochoty siedzieć. Musiałam zaczerpnąć świeżego powietrza. 


~*~


Walnąłem pięściami o blat. Dlaczego tak postąpiłem? Fakt, martwiłem się o nią, wiedziałem, że nie jest jeszcze w pełni sił ale nie musiałem tak reagować. Nie chciałem żeby się przemęczała, poza tym była gościem w moim domu. 
Drugim powodem było to, że chciałem spędzać z nią więcej czasu. Lubiłem ją, dobrze czułem się w jej towarzystwie. Teraz jednak kiedy ją dotykam czuję, że robi mi się gorąco i mimo to, że moje serce jest słabe, wydaje mi się jakby biło szybciej. Dlaczego tak jest? Przecież do tej pory traktowałem ją jak przyjaciółkę a tutaj taka zmiana... właściwie to nie wiedziałem co czuję. 
Cóż, czas pokaże. 
Może pójdę zobaczyć jak się czuje? Tak, przeproszę ją jeszcze raz przy okazji. 
Zauważyłem też, że Pepper wpływa na mnie lepiej niż Rhodey. W zbrojowni chciała żebym odpoczął, posłuchałem jej. Gdyby mój przyjaciel mi to powiedział zbagatelizowałbym to. Nie wiem czemu, ale pierwszy raz posłuchałem czyiś rad. Zawsze chodziłem własnymi ścieżkami, najczęściej samotnie. 
Stałem przed drzwiami jej pokoju. Wziąłem głęboki oddech i otworzyłem po cichu drzwi. W pomieszczeniu nikogo nie było, przynajmniej tak to wyglądało. Okno balkonowe było otwarte. Podszedłem i stanąłem w progu. 
Pepper odwróciła powoli głowę, przyglądając mi się uważnie. Przez chwilę wyglądała na zdezorientowaną i przestraszoną, jednakże po chwili odetchnęła z wyraźną ulgą.
- Przestraszyłeś mnie. - powiedziała roztrzęsionym głosem. 
Podszedłem do niej i oparłem się o barierkę. Spojrzałem w dół. Rhodey wychodził z domu, ciekawe gdzie go niesie. Pewnie idzie do zbrojowni. Ostatnio jest jakiś małomówny... to chyba przez Cornelię. Wiedziałem, że ta dziewczyna nie była mu obojętna. Podobała mu się, a tutaj takie rozczarowanie. Wybrała gorszą stronę. Widocznie Rhodes, potrzebował samotności, jednak nie za dużo bo zatracił by się zupełnie w tym przedmiocie zgrozy... tak, mam na myśli historię. 
- Chciałem jeszcze raz cię przeprosić... nie chciałem się unosić. 
- To ja ciebie powinnam przeprosić... ty sobie wypruwałeś żyły, żeby mnie uratować a ja tak po prosu to olałam...
- Wcale tego nie olałaś, ja tylko się martwiłem.
Ona spojrzała na mnie przepraszającym a zarazem intrygującym wzrokiem. Położyła mi głowę na ramieniu a ja objąłem ją lekko. Teraz będzie dobrze, na pewno. Przymknąłem lekko oczy, jednak dalej patrzyłem na miasto, które wyglądało jeszcze piękniej niż zazwyczaj. Całe oświetlone, aż błyszczało w blasku księżyca. Chyba nie tylko mi ten widok się spodobał, bo twarz Pepper aż promieniała. Dopiero teraz zauważyłem jak pięknie wygląda w poświacie księżyca. Jakby o czymś marzyła. 
- Zawsze podobał mi się widok miasta nocą. - odezwała się nagle.
Ja nie odpowiedziałem. Byłem myślami gdzie indziej. Co tu zrobić żeby ją choć trochę uszczęśliwić? Już wiem! Pokaże jej miasto nocą, z wieżowca. Spojrzałem na nią i powiedziałem:
- Ubierz się ciepło, dobrze? 
Pepper podniosła głowę, tak, że mogłem spojrzeć jej w oczy. Podniosła jedną brew do góry, w geście zdziwienia. 
- Znowu jakaś wycieczka? 
Zaśmiałem się. 
- Tak, czekam na dole. 
Wyszedłem z jej pokoju. Po chwili byłem już na dole. Usiadłem na kanapie i czekałem aż Pepper zejdzie na dół. Mam nadzieję, że choć trochę ją uszczęśliwię. Obym tylko niczego nie zepsuł. Miejmy nadzieję, że nie będzie rozczarowana. 





Wiem, chyba za spokojny ten rozdział, ale mam nadzieję, że was nie zawiedzie. Jeśli to ma was uszczęśliwić, to w następnych rozdziałach się trochę podzieje :) 
Pozdrawiam. 

Obserwatorzy