sobota, 18 sierpnia 2018

Rozdział 33: Skrywana tajemnica


To była bardzo ciężka noc. Właściwie czy mogę to tak nazwać? Byłam wpół przytomna, nie do końca świadoma tego co się wokół mnie dzieje. Nie wiedziałam ile spałam i czy na pewno w ogóle to był sen. Byłam pogrążona w jakimś dziwnym stanie, którego nie umiałam wytłumaczyć w żaden sposób.
O czym wtedy myślałam? Tego też nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Leżałam na plecach patrząc w sufit, niekiedy traciłam świadomość i zapadałam w sen, jednak wydaje mi się, że większość czasu upłynęło mi na bezmyślnym wgapieniu się w przestrzeń. Zdarzały mi się przebłyski świadomości, wtedy zrywałam się z łóżka i gorączkowo rozglądałam się po pokoju w poszukiwaniu Tony’ego jakby za chwilę miał wejść i powiedzieć, że jest tutaj i już zawsze będzie. Mimo to natychmiastowo ta myśl jakby znikała z mojej głowy a ja z powrotem opadałam bezwładnie na łóżko, zatracając się jeszcze bardziej w obłędzie jaki mnie dopadł. Zdawałam sobie sprawę z tego, że mój umysł płata mi figle, a ja nie mogę nic z tym zrobić tak jakbym była daleko od tego wszystkiego. Bardzo daleko.
Momentami czułam ogromną pustkę w sercu, tak jakbym utraciła już coś bezpowrotnie. Ogarniała mnie wtedy panika i znów podnosiłam się z łóżka rozglądając dookoła. Pamiętam, że przychodził do mnie Rhodey, zapewne sprawdzić co się ze mną dzieje. Jestem prawie pewna, że mówił coś do mnie, ale ja byłam zbyt rozkojarzona i roztrzęsiona żeby mu odpowiedzieć, więc tępo patrzyłam w ścianę albo kiwałam głową w nadziei, że to w jakiś sposób pomoże mi zostać samej. Mimo wszystko gdzieś tam na dnie mojej duszy byłam mu wdzięczna za troskę i oddanie. Bo który przyjaciel byłby w stanie znieść to co stało się dzisiaj wieczorem? Który przyjaciel byłby w stanie znieść to, że prawdopodobnie popadam w depresje lub coś gorszego? Gdyby się tak nad tym bliżej zastanowić to czy może być coś gorszego niż obłęd, który powoli pchał w mnie w najmroczniejszą stronę?
Leżąc na łóżku i patrząc w sufit zaczęłam mieć kolejne halucynacje. Wydawało mi się, że rozmawiam z Tony'm. Znowu byliśmy w zbrojowni i w dodatku rozmawialiśmy o jego misji. Widziałam tą sytuację, która zdarzyła się kilka godzin temu... A może kilkanaście? Całkowicie straciłam poczucie czasu. W pokoju było naprawdę ciemno, tyle, że nie wiedziałam czy to noc czy to może zasłony w oknach. Straciłam głowę i czułam, że to nie koniec tej histerii.
W mojej wizji wszystko potoczyło się tak jakbym chciała: zdołałam przekonać czarnowłosego, że ta misja to czyste samobójstwo a on został ze mną i powiedział, że mnie kocha.
Nagle cała agonia poszła w niepamięć. Nie wiem dokładnie jak to się stało, ale kiedy usłyszałam słowa Tony'ego cała nieświadomość odeszła. Odzyskałam sprawność umysłu, zmysły wyostrzyły się zapewne za sprawą Ekstremis przez co mogłam trzeźwo myśleć. Rozejrzałam się po pokoju. Wszystko było na swoim miejscu, nic nie zostało przełożone zatem Rhoedy musiał poukładać wszystkie rzeczy po tym jak przeprowadzałam małe dochodzenie. Spokoju nie dawał mi tajemniczy naszyjnik oraz list. Dla kogo on właściwie był? Tony nie wykazywał jakichkolwiek znaków, które mogłyby wskazywać na to, że ma dziewczynę. Był zajęty Iron Man'em, oraz nami. Gdzie w tym wszystkim znalazłby czas na spotkania z dziewczyną? Wydawało mi się to co najmniej podejrzane. Postanowiłam się nad tym wszystkim jeszcze raz zastanowić, dlatego musiałam sięgnąć po naszyjnik i przekonać się czy ta wiadomość odmieni moje życie, a przede wszystkim złamie moje serce... już na zawsze.
Sięgnęłam do szuflady gdzie powinien być naszyjnik. Wstrzymałam oddech. Czy ja w ogóle powinnam się w to mieszać? Przecież to nie moja sprawa, a Tony może być zły jeśli się dowie, że wtykam nos w nie swoje sprawy. Z drugiej strony ciekawość zżerała mnie od środka. Teraz albo nigdy Pepper.
Otworzyłam pewnym ruchem szufladę. Pudełko wraz z listem swobodnie leżało na dnie szuflady. Nie mogłam uspokoić kołatania serca. Przecież zaraz dowiem się czy Tony ma dziewczynę... Co by oznaczało, że moje uczucia jednej nocy mogą przestać się liczyć. Sięgnęłam drżącą ręką po list, który nie był podpisany imieniem, ani nazwiskiem. Przez chwilę mnie to ucieszyło ale w głębi nie chciałam napawać się nadzieją, że ten świstek papieru może być właśnie dla mnie. Otworzyłam kopertę. Miałam moment zawahania i zastanawiałam się po raz tysięczny czy dobrze postępuje. W końcu zdecydowałam, że nie mogę przeczytać tego listu. Odłożyłam ją na miejsce i położyłam się na łóżku.
- Ach, Tony... Powinieneś tu być. - powiedziałam sama do siebie.

Kilka dni później 

Minuty i godziny mijały, a my dalej nie mieliśmy informacji od Tony'ego. Czułam się trochę lepiej niż pierwszej nocy kiedy zniknął, ale mimo wszystko dalej zamartwiałam się na śmierć. Było mi bardzo ciężko godzić się z myślą, że on może nie wrócić. Starałam się za każdym razem nie brać takiej opcji pod uwagę, jednak musiałam się liczyć z konsekwencjami jego wyboru. Gdyby tylko dał jakikolwiek znak życia... A tu nic, radar milczy zupełnie tak jak mój telefon. 
Spojrzałam na Rhodey'ego, który wydawał się nazbyt zamyślony. Siedzieliśmy w zbrojowni już od paru godzin. Mogliśmy sobie na to pozwolić ponieważ nadeszły ferie zimowe, całe dwa tygodnie wolnego. Właśnie teraz zdałam sobie sprawę, że Tony za parę dni ma osiemnaste urodziny. Jak ten czas szybko leci... Przecież niedawno dopiero się poznaliśmy. 
Nagle rozbrzmiał dzwonek mojego telefonu. Podniosłam telefon i serce zamarło mi w piersi. To Tony! On żyje, naprawdę mu się udało!
Ręka drżała jednak zdołałam nacisnąć zieloną słuchawkę. Czekałam aż chłopak odezwie się.
- Pep?
Chciałam wykrzyknąć, że odchodziłam od zmysłów ale nic nie usłyszałam. Mój głos odmówił posłuszeństwa, po policzkach spłynęły łzy. Pierwszy raz od kilku dni płakałam ze szczęścia. Mój Tony... żył. I tyle mi wystarczyło do euforii.
- Pepper, jesteś tam? - dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że jest zdenerwowany.
Już chciałam odpowiedzieć jednak telefon wyrwał mi Rhodey, który widząc moją reakcje zrozumiał co się dzieje. Chciałam go obrzucić wściekłym, nienawistnym spojrzeniem za to, że odbiera mi możliwość rozmowy z czarnowłosym. Dobrze wiedział jak bardzo mi na tym zależy, mimo wszystko rozumiałam go. Martwił się tak samo jak ja. Również odczuwał strach.
- Tony?! Gdzie ty się podziewasz, minęły aż cztery dni!
Naprawdę minęło aż tyle czasu? Zdałam sobie sprawę, że mój obłęd nie zniknął ostatecznie tamtej nocy kiedy grzebałam w szafce Tony'ego. Będę musiała się do tego przyznać, bo prawdę mówiąc czuję się okropnie z tym faktem. Oby tylko nie przekreśliło to naszej przyjaźni, za nic w świecie bym sobie tego nie darowała.
Rhodey wyszedł z pomieszczenia a ja rozdziawiłam usta. Nie dość, że oby dwoje olali to, że się martwię to jeszcze w tak spektakularny i chamski sposób! Nawet nie mogłam stąd wyjść ponieważ Rhodey miał mój telefon. Po prostu świetnie.
Usiadłam na fotelu obrotowym i pogrążyłam się w myślach. Moje serce powoli oczekiwało na powrót Tony'ego, a umysł jak zwykle zakazywał skakania z radości na jego widok. Nim się obejrzałam zasnęłam.

Parę godzin później 

Po rozmowie z Rhodey'm, dowiedziałam się, że Tony niebawem ma się tutaj zjawić. Teraz zamiast strachu czułam stres, który był potęgowany tym, że Rhodey milczał. Kiedy pytałam czy z niebieskookim jest w porządku, czy może jest ranny on nie odpowiadał. Zastanawiałam się co to mogło oznaczać.
Nagle usłyszałam znajomy huk i ryk silników. Tony, Iron Man! Podbiegłam do kapsuły gdzie za chwilę miał pojawić się Tony jednak to co zobaczyłam zmiotło mnie z nóg. Tony nie wrócił cały i zdrowy. Był w opłakanym stanie. Zbroja była uszkodzona i pozbawiona niektórych elementów, jednak nie to było najgorsze. Chłopak stracił hełm, a na jego czole widniała zastygła już plama krwi. Oprócz tego nie widziałam żadnych innych poważniejszych obrażeń.
Po wylądowaniu Tony zachwiał się i prawie by upadł gdyby nie Rhodey, który złapał go i pozwolił mu się podeprzeć. Podbiegłam do Tony'ego i spojrzałam z wielką troską na jego czoło.
- Trzeba to przemyć i opatrzyć, oby nie wdało się zakażenie. - powiedziałam szeptem do chłopców.
Czarnowłosy skierował swoje oczy na mnie. Widziałam, że jest wyczerpany, mimo to zdobył się na uśmiech. W jego spojrzeniu widziałam coś czego nie potrafiłam do końca zrozumieć. Dopiero po chwili oprzytomniałam i zdałam sobie sprawę co tak właściwie ujrzałam. Tony patrzył na mnie z wielką ulgą oraz czułością. Poczułam, że chyba nie jestem mu obojętna. W środku skakałam jak małe dziecko a na zewnątrz byłam jak najbardziej opanowana. Mnie samą to dziwiło.
- Nigdy więcej się tak nie narażaj. - powiedziałam, przytulając się do niego a zarazem jego zbroi.
Tony odwzajemnił uścisk. Teraz może być już tylko lepiej.


Siedzieliśmy w zbrojowni. Tony właśnie miał opowiedzieć co stało się na misji. Nic się nie zmienił, dalej był tak samo uparty jak wcześniej bo nie pozwolił mi opatrzyć jego rany. Wściekałam się na niego tylko dlatego, że tak samo bagatelizował inne rzeczy.
- Tony, dość! Muszę opatrzyć ranę. - widząc jego minę dodałam pośpiesznie. - Bez dyskusji.
Chłopak westchnął teatralnie a ja zabrałam się za szukanie gazy, bandaża oraz wody utlenionej. Wszystko znajdowało się w schowku, którego do tej pory jeszcze nie miałam okazji odwiedzić. Oprócz dużej ilości gratów i rupieci, zamiennych części do zbroi znalazłam apteczkę. Wzięłam ją i położyłam na stole. Wyjęłam potrzebne rzeczy i przemyłam Tony'emu ranę. Syknął z bólu, a ja spojrzałam na niego pobłażliwie i pokrzepiająco. Nałożyłam gazę i obwiązałam głowę bandażem. Widząc efekt końcowy zaśmiałam się lekko. Mina niebieskookiego była powalająca: wyglądał jak naburmuszony kot, a wszystko przez to, że jego włosy zabawnie ułożyły się w rogi.
- Co cię tak bawi, Pepper?
W momencie spoważniałam. W głębi uważałam, że Tony wygląda słodko ale przecież mu tego nie powiem.
- Nic, zupełnie nic.
Obejrzałam się dookoła. Rhodey zniknął. No tak, zawsze to robił kiedy rozmawiałam bądź w jakiś sposób zajmowałam się naszym przyjacielem. W duchu przeklinałam go za to, jednak jakaś cząstka mnie wyrażała nieodpartą chęć pobycia z Tony'm sam na sam.
- Powiesz mi co się tam działo?
Widziałam w jego oczach wahanie. Rozważał czego mogę się dowiedzieć a czego nie.
- Nie teraz. Potrzebuję chwili spokoju... tak dawno cię nie widziałem i bałem się, że już nigdy nie zobaczę.
Powiedziawszy to przysunął się bliżej i ucałował w czoło. Byłam zaskoczona i jednocześnie szczęśliwa jeszcze bardziej niż na jego powrót. Przytuliłam go i położyłam głowę na jego torsie. Gładził mnie po włosach a ja spokojnie i miarowo oddychałam.


~*~

Tadam! Po czterech miesiącach przerwy (o ile się nie mylę), wracam z mega krótkim rozdziałem. Stwierdziłam, że teraz kiedy po wakacjach znajdę się w klasie maturalnej, aby pisać rozdziały muszą być krótsze. 
Wybaczcie, pozdrawiam o ile ktoś to jeszcze czyta. 


wtorek, 29 maja 2018

Rozdział 32: Żegnamy się na zawsze?

Było już bardzo późno. Ja dalej siedziałam w zbrojowni, na kanapie, tuż obok Tony'ego. Czułam jakby minęła wieczność... A to dopiero pięć minut. Pięć minut jak Tony nie powiedział ani słowa. Zaczęłam się zastanawiać czy on jeszcze w ogóle tam jest, czy nie odpłynął. Znowu zaczęłam się denerwować, aż w końcu nie wytrzymałam.
- Tony? Ja o wszystkim wiem, po prostu wyduś coś z siebie!
Dalej nic. Cisza. Tony jakby naprawdę zaginął gdzieś w otchłani swojego umysłu. Może to cisza przed burzą?
- Pepper, Mandaryn postawił mi ultimatum. Jeśli mu nie pomogę to zrobi krzywdę tobie i mamie Rhodey'ego. Myślisz, że zaryzykuje wasze życie?
Nie ukrywam, że jednak to co powiedział Tony bardzo mnie wzruszyło. Na tyle, że powstrzymywałam płacz. Właściwie powstrzymywałam łzy od kiedy tylko stanęłam w progu zbrojowni. Bądź twarda, Pepper.
- Tony chcesz to zrobić za cenę własnego życia? - spytałam patrząc na niego z ukrytym podziwem. - Dobrze wiesz, że nie pozwolę ci na to samobójstwo.
Tony westchnął z żalem. Widziałam, że był bardzo rozdarty, jednocześnie pełny obaw. Coś nie dawało mi spokoju kiedy na niego patrzyłam. Wydawał się mimo wszystko pogodzony z losem, tak jakby już wszystko przewidział i ułożył sobie to w głowie. Nie mogłam tej postawy zrozumieć i nawet nie próbowałam. Jestem tutaj aby wybić mu ten pomysł z głowy.
- Tony, jesteś Iron Man'em, a Rhodey War Machine. Ja sama nie jestem do końca bezbronna, widziałeś co się stało ze zbroją Mandaryna. - odparłam ze spokojem.
- Nie pozwolę ci walczyć. Nie ma mowy. - spojrzał na mnie zdenerwowany.
- Dlaczego? Nie możesz wiecznie mnie ochraniać.
- Pepper, przestań. Dobrze wiesz, że będę bo nie pozwolę żeby stała ci się krzywda. I tak wolę ryzykować swoim życiem niż twoim.
Czarnowłosy powiedział to tak zdecydowanym tonem, że czułam się na straconej pozycji. Jednocześnie byłam bardzo zaskoczona jego postawą. Poczułam przez chwilę, że jestem dla niego kimś ważniejszym niż tylko przyjaciółką. Ale po chwili moje przeczucia zostały rozwiane przez zdrowy rozsądek. Przecież Tony jest tylko oddanym przyjacielem, nie kocha cię. Tylko czy gdyby nie kochał to chciałby pocałować? Przecież sam się do tego przyznał Rhodey'emu... Nic już z tego wszystkiego nie byłam w stanie zrozumieć. Coś tutaj wyraźnie nie pasowało a ja wprost nie mogłam się dowiedzieć co. Bardzo mnie to denerwowało ale też intrygowało. Tony był zagadką, nikt nie wiedział o czym myśli ten nietuzinkowy geniusz. Wiedziałam tylko jedno, że będzie bardzo ciężko odgadnąć co mu chodzi po głowie. Przecież to bez sensu, oddałby za mnie życie, pocałował, chciał to zrobić a jeszcze wcześniej nie? Kłamać nie umie a to wszystko brzmi jak akcja w melodramacie. Choćby nie wiem co nie dam mu się udać na żadną szaloną misję.
- Nigdzie nie polecisz. - powiedziałam zdecydowana. - Koniec kropka.
- Nie, Pepper. Nie mogę tego wszystkiego drugi raz przeżywać.
Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem. Czy chodziło mu o to, że prawie umarłam? Jak słowo prawie potrafi zrobić różnicę... Było bardzo blisko, ale Tony się nie poddał. Podziwiam jego upór, ale to nie znaczy, że do końca życia ma bać się o mnie jak o małe dziecko... 
- Straciłem ojca, nie chce stracić ciebie. - mówiąc to przybliżył się do mnie. - Zrozum mnie, Pepper. Wrócę i będzie dobrze ale proszę nie utrudniaj mi tego.
Kiedy patrzył na mnie tymi swoimi cudownymi, nieziemskimi oczami czułam, że mięknę. Zastanawiałam się czy sytuacja sprzed nocy się powtórzy, czy znowu mnie pocałuje. Nie liczyłam na to, w tym momencie jedyne o co prosiłam to to, żeby nie wybuchnąć płaczem. Czułam, że tracę grunt pod nogami, bo nie mogłam go zatrzymać. Tak bardzo chciałam żeby nie porywał się na to szaleństwo a on dalej był uparty przy swoim! Tony, czemu musisz być taki uparty? Czemu nie dasz sobie pomóc? Przecież to jedyna szansa żeby go zatrzymać... Później może być... No właśnie jak może być? Albo lepiej albo gorzej - nic pomiędzy. Czułam, że jeśli pozwolę mu się udać tam samemu to to będzie ostatni raz kiedy go zobaczę. Ale z drugiej strony jeśli mu tego zabronię i stąd wyjdę to i tak nie będę w stanie go powstrzymać. Tony jest czasami jak duże dziecko... Zabronić mu czegoś a zrobi to bez względu na konsekwencje. Czułam, że zaczynam panikować. Łzy cisnęły mi się do oczu a ja już nie umiałam ich powstrzymać chociaż bardzo chciałam być twarda. Ale może to go zatrzyma?
Złapałam go za ramiona, chciałam nim potrząsnąć i dać do zrozumienia, że nigdzie stąd nie pójdzie dopóki ja na to nie zezwolę. Nie mogłam opanować łez, obraz zaczął się robić zamazany. Tony widząc w jakim jestem stanie strasznie spanikował. Przysunął mnie bliżej do siebie i mówił coś, tyle, że ja nie rozumiałam nic. Nie docierało do mnie najmniejsze słowo, gest. Czułam jakbym unosiła się ponad swoim ciałem. Może faktycznie tak było? Wiedziałam, że to przez Ekstremis i zastanawiałam się jakie niespodzianki jeszcze przyniesie. Dopiero chwilę później się zorientowałam, że po prostu tracę świadomość z wyczerpania i zbyt wielu emocji kłębiących się we mnie. Nie mogłam się otrząsnąć, czułam jakby moja dusza opuszczała ciało. Tym razem nie było to uczucie podobne do śmierci. Zaczęłam słyszeć czyjś głos, jednak to nie był głos Tony'ego. Poznałam ten głos - to Cornelia. Starała się mi coś powiedzieć ale nie mogłam usłyszeć o co chodzi. Nagle wszystko wróciło do normy a ja odzyskiwałam wzrok. Światło oślepiało mnie, a ja sama leżałam na kanapie a przy mnie stał bardzo spanikowany Tony. Wzięłam głęboki oddech i starałam się wstać. Niebieskooki nie pozwolił mi na to i kazał leżeć.
- To nic takiego. Nic mi nie jest, po prostu to chyba znowu się dzieje.
- To? To znaczy co?
- Cornelia, próbowała mi coś powiedzieć ale nie zrozumiałam z tego nic. - odparłam wstając i podchodząc do Tony'ego.
Dalej miałam łzy w oczach. Już nie ukrywałam jak bardzo się martwię. Było mi zbyt ciężko żeby udawać twardą.
- Próbuję cię zrozumieć Tony, ale nie mogę ci na to pozwolić.
Tony już zaczął zakładać zbroję. Nie wiedziałam jakim cudem on tak szybko to zrobił, ale po chwili, pomimo moich interwencji Tony był już gotowy do drogi. Próbowałam go zatrzymać, używałam siły, nawet telekinezy - moje próby zdały się na nic. Zaczęłam płakać jeszcze bardziej, już prawie zawodziłam z rozpaczy.
- Pepper, błagam nie utrudniaj mi tego. - widziałam, że jemu też jest bardzo ciężko. - Proszę, zaufaj mi. Gdybym jednak nie wrócił to chciałbym ci coś powiedzieć...
Nie byłam w stanie wytrzymać tego napięcia, zwłaszcza po tych słowach. Przecież on zwyczajnie mówi o sobie jakby już nie żył! Nie mogłam tego słuchać, nie mogłam tego znieść... Czułam, że to naprawdę ostatnia chwila kiedy mogę spojrzeć w jego oczy. To było zbyt trudne.
- Przestań do cholery. Masz wrócić. - starałam się zapanować nad moim ciałem, które trzęsło się z nerwów.
Tony chciał mi coś powiedzieć jednak nie dokończył bo do zbrojowni wszedł Rhodey. Ja odwróciłam się w jego stronę, w nim chciałam szukać pomocy. Tymczasem Tony nim się spostrzegłam poszybował w górę. Po chwili już go nie było a ja czułam w tym wszystkim podstęp. Oni zrobili to specjalnie!
- Rhodey zrobiliście to specjalnie!
- Nie, nie wiedziałem, że on tu jeszcze jest.
Nie odpowiedziałam tylko skierowałam się w stronę wyjścia. Ledwo mogłam iść bo moje ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Rhodey próbował mnie zatrzymać jednak ja mu na to nie pozwoliłam., odepchnęłam go od siebie być może trochę za mocno bo zachwiał się. W tym momencie nie dbałam o niego ani o siebie, martwiłam się o to czy Tony wróci. Byłam zła na cały świat, że pozwoliłam mu tak po prostu odlecieć. Wykorzystał moment mojej nieuwagi i tak po prostu jak gdyby nigdy nic poleciał. Nie mogę sobie tego wybaczyć, że tak po prostu pozwoliłam mu uciec. Ani jemu nie mogłam wybaczyć tego, że tak po prostu się na to porwał!
Błąkałam się gdzieś po mieście. Nie poznawałam żadnej z tych okolic, chyba zabłądziłam jednak to nie było najważniejsze w tym momencie. Rozmyślałam nad tym co się stanie jak już Tony zdobędzie pierścień. Bałam się, że nie wróci jednak nie chciałam nawet brać pod uwagę takiej możliwości. Ale co jeśli faktycznie tak się stanie? Sam Tony tak myśli... Jednak ja się nie mogę poddać. Będę na niego czekać. 
Byłam bardzo przybita i zaczęłam zatracać się w wspomnieniach. Gdybym tylko wiedziała jak mogę pomóc Tony'emu... No właśnie ja nie wiedziałam a bardzo chciałam. Tony co ty najlepszego zrobiłeś? Przecież tak nie może być do cholery!
Sama już nie wiedziałam co robię a przede wszystkim co mam myśleć... Czy Tony jest wobec mnie przyjacielem czy to już coś więcej? Och jak ja bym chciała żeby tu teraz był i powiedział na czym stoimy! Przecież to nieuniknione... Czuje, że ta rozmowa musi nadejść prędzej czy później. Jakie jednak przyniesie skutki? Mam nadzieję, że nasza przyjaźń się nie rozpadnie. Zrobię wszystko, nawet jeśli będę musiała być tylko jego przyjaciółką, jednocześnie skrycie go kochając... Dlaczego to wszystko musi być tak skomplikowane? Nie mogę sobie wyobrazić tego, że ON może nie wrócić. Tony musi wrócić, nawet nie myśl w żaden inny sposób.
Nagle przypomniałam sobie o tym, że Cornelia próbowała się ze mną skontaktować. Czułam, że miała coś ważnego do przekazania. Na pewno chciała mi powiedzieć abym powstrzymała Tony'ego przed wyprawą... A może nawet w ten sposób próbowała mi pomóc a ja z tego nie skorzystałam? Niech to cholera weźmie, jak ja mam teraz z nią porozmawiać? Właściwie po co mam z nią rozmawiać? Czy to nie ona razem z Whitney ściągnęła na nas Mandaryna i od tamtej pory Tony wypruwa sobie żyły aby nas ochronić i cierpi za nas wszystkich podwójnie? Cholera wie co ja mam teraz robić!
Próbowałam się uspokoić jednak moje myśli krążyły tylko wokół tego, że Tony nie wróci. Nie wiem dlaczego ale moje serce tak mi właśnie podpowiadało, a rozsądek kazał się opanować i nie dramatyzować. Jednak jak mogłam nie dramatyzować? Przecież nawet nie wiem dokąd dokładnie poleciał Tony! Zapewne nie wie tego nawet Rhodey, a to oznacza, że sprawa jest naprawdę poważna. Może jednak Tony zostawił jakiś ślad... A gdyby tak poszukać w domu Rhodey'ego? Tak, to dobry pomysł!
Nawet nie wiem ile zajęło mi czasu zajęło mi dotarcie pod dom przyjaciela. Nie wiem też jaką drogą tutaj trafiłam, cały czas błądziłam myślami za Tony'm i tym co się z nim dzieje. Nie miałam również pojęcia czy czarnoskóry znajduje się w domu. Jego mamy na pewno bym nie zastała bo pracuje do późnych godzin w biurze. Rozglądnęłam się z daleka i pomyślałam, że wykorzystam moje zdolności aby sobie pomóc. Stałam się niewidzialna i zaczęłam rozglądać się czy ktoś przypadkiem nie jest w domu. Wyglądało na to, że dom jest pusty, nie świeciło się żadne światło. Teraz pozostało pytanie jak wkraść się do środka. Miałam szczęście, jedno z okien było otwarte. Wślizgnęłam się do środka dalej pozostając niewidzialną. Wszystko wskazywało na to, że w domu nikogo nie ma, jednak dalej wolałam pozostać niezauważoną. Rozejrzałam się jeszcze raz po salonie a później po kuchni i weszłam po schodach na piętro. Pierwszy pokój należał do Rhodey'ego, dlatego przystanęłam na chwilę i zaczęłam nasłuchiwać czy on tam jest czy nie. Po chwili stwierdziłam, że może śpi lub naprawdę nie ma go w domu a jest w zbrojowni. Kolejny pokój należał do Tony'ego. Ostrożnie otworzyłam drzwi i zapaliłam w nim światło. Był to całkiem spory pokój o ciemnoniebieskich ścianach. Po lewej stronie od ściany stało łóżko a nad nim wisiały półki z wieloma książkami i innymi tego typu rzeczami. Od prawej strony łóżka stało biurko zawalone papierami, wszelakiego rodzaju kartkami. Na biurku oprócz tylu dokumentów znajdował się komputer. Od drzwi stała szafa, za pewne na ubrania. Ach, Tony... Chciałabym po otworzeniu tych drzwi zobaczyć ciebie, kiedy leżysz na łóżku zapatrzony w sufit i myślisz... A nad czym to tylko ty jeden wiesz.
Rozpoczęłam przeszukanie od biurka. Znalazłam tylko jakieś notatki nie mające składu i ładu a tym bardziej celu. Obszukałam każdą kartkę i każe zapisane na niej słowo, jednak niczego nie znalazłam. Nic nie przykuło mojej uwagi. Coraz bardziej się denerwowałam... O ile można jeszcze bardziej. Mimo wszystko jakoś panowałam nad swoją niewidzialnością. Teraz postanowiłam od góry do dołu przetrzepać półki i również nic nie znalazłam.
Otworzyłam szufladę w biurku. Moją uwagę zwróciło prostokątne pudełko. Odruchowo po nie sięgnęłam. Zawahałam się czy je otworzyć... Może nie powinnam przeszukiwać jego prywatnych rzeczy? Miałam wyrzuty sumienia, ale jednocześnie chciałam wiedzieć gdzie jest mój przyjaciel. To niedorzeczne co działo się w mojej głowie.
Zdecydowałam się na otworzenie pudełka kiedy nagle usłyszałam trzask drzwi. Prawdopodobnie ktoś z domowników wszedł do domu. Starałam się ponownie skoncentrować tak jak wcześniej aby nie utracić niewidzialności. Zgasiłam światło i wycofałam się z powrotem na korytarz. Nie pomyliłam się - to był Rhodey. Widziałam, że jest zdołowany i przybity, jednak nie chciałam się ujawniać. Myślałam, że pójdzie do swojego pokoju i w nim się zamknie a ja będę mogła się jeszcze trochę rozejrzeć. Ku mojemu zaskoczeniu czarnoskóry wszedł do pokoju Tony'ego. Zdziwiło mnie to na tyle, że postanowiłam obserwować to co będzie robił. Może przez to czegoś się dowiem?
Rhodey otworzył szufladę, którą przed chwilą przeglądałam. Wyjął również to samo pudełko, które trzymałam w ręce. Otworzył je, jednak nie widziałam co w nim jest. Z pudełka wypadła jakaś koperta, którą Rhodey podniósł i obejrzał dokładnie. Westchnął przyglądając się temu co zobaczył. Nie zamykając pudełka położył go na biurku. Dostrzegłam kolie wysadzaną brylantami. Była przepiękna, aż zaparło mi dech w piersi. Kolia była bardzo subtelna, oprócz brylantów miała jeszcze inne kamienie, wydawało mi się, że były to szmaragdy.
Co ten Tony przed nami ukrywa? Teraz jeszcze mam się dowiedzieć, że ktoś mu się podoba i tego kogoś kocha a ja będę patrzeć na to wszystko? Wiem, to egoistyczne i samolubne. Ale prawda jest taka, że dalej byłby moim przyjacielem aż po kres wszystkich dni i nocy tylko... tylko pękałoby mi serce każdego nowego dnia, kiedy widziałabym ich razem. W jednej chwili poczułam się dwa razy gorzej niż wcześniej. To cios prosto w serce, jeśli moje przypuszczenia są trafne. Ciekawiło mnie co jest w tej kopercie. Na bank jest tam list, który ma dostać ta dziewczyna gdyby on... No właśnie gdyby on jednak nie wrócił. Czułam, że zaraz mogę stracić nad sobą kontrolę dlatego zeszłam w dół po schodach i wyszłam na zewnątrz. Przestałam kontrolować wszystko co się ze mną działo. Rozpłakałam się jak małe dziecko. Nawet nie odeszłam na krok od drzwi Rhodey'ego. Usiadłam pod nimi i płakałam. Nie wiem ile ta chwila trwała ale miałam wrażenie, że moje serce umiera. Czułam jak rozdziera się na kawałki, znowu się skleja by po chwili znów rozkleić... Nie mogłam tego powstrzymać. W dodatku zaczęłam tracić świadomość i po chwili przeniosłam się znowu w to miejsce - tajemnicze, spowite mgłą, całe białe. Ja sama byłam w bieli, moje włosy powiewały na wietrze, który nie wiadomo skąd się pojawiał. Zobaczyłam Cornelię, która była ubrana inaczej niż zwykle - już nie miała elementów czerni, teraz była ubrana zupełnie jak ja.
- Nie martw się, on wróci. - powiedziała spokojnym, harmonijnym głosem. - Jedynie jego wybory zaważą na tym jak wróci.
- O-o o czym ty mówisz? - spytałam pełna lęku
- Nie wiem czy wróci z tego cało Pepper. Wybacz mi ale nie mogę mówić wszystkiego... To nie jest tylko zależne ode mnie.
Zrozumiałam to doskonale. Pomaga mi, ale ktoś też tutaj musi być, nie jesteśmy same. Ktoś przecież dał jej to zadanie.
- Rozumiem... Chciałaś mi coś powiedzieć, tak przynajmniej myślałam kiedy rozmawiałam z Tony'm.
- Tak, to prawda. Chciałam żebyś go zatrzymała, ale bardziej reagujesz na Tony'ego niż na mnie, to oczywiste.
Poczułam jak zaczynam się rumienić. Odwróciłam głowę w innym kierunku niż twarz Cornelii. Szkoda tylko, że Tony'ego nie ciągnie do mnie, tak jak mnie do niego. Każdy jego dotyk, spojrzenie przeżywam codziennie na nowo, tak jakby za każdym razem się w nim ponownie zakochiwała i każdego dnia kochała jeszcze bardziej.
- Widzę, co jest między wami. Ale żadne z was nie powie tego głośno.
- Co? Co jest między nami? Tony jest moim przyjacielem, ja jestem jego przyjaciółką... Nic między nami więcej nie było, nie ma i nie będzie.
- Tak myślisz? - spytała patrząc na mnie uporczywie.
Czułam jej palący wzrok na sobie, taki który chce przeszyć kogoś na wylot jeszcze raz i tak w nieskończoność. Aż sama zaczęłam wątpić w to co powiedziałam.
- Tak... tak właśnie myślę. -  w moim głosie było czuć zawahanie.
Cornelia tylko się uśmiechnęła.
- Chciałam cię tylko uspokoić, więcej nie mogę ci powiedzieć.
- Czyli... to znaczy, że wiesz gdzie on jest?
Tym razem to Cornelia odwróciła głowę. Poczułam się bardzo niezręcznie a jednocześnie byłam wściekła. Dlaczego wszystko nie może być takie proste?
- Na ciebie już pora.
Nie zdążyłam nic powiedzieć. Obraz stał się zamazany a ja znowu poczułam się jakbym odchodziła do wieczności. Obudziłam się w jakimś pomieszczeniu o dość oślepiającym światłu. Nim się spostrzegłam nade mną stał Rhodey.
- Gdzie... gdzie jestem? - spytałam słabym głosem.
- W pokoju Tony'ego. Przeniosłem cię tutaj. Wiem jak jest on dla ciebie ważny, dlatego pomyślałem, że poczujesz się lepiej będą tutaj.
Zamilkłam. Czy to aż tak widać, że go kocham? Może nawet ślepy by to mógł zauważyć tylko nie Tony... Co ja plotę, przecież jest dla mnie ważny jako przyjaciel, pewnie to miał na myśli James.
- Dziękuję. - odparłam z westchnięciem.
- Gdybyś czegoś potrzebowała jestem u siebie.
Powiedziawszy to wyszedł i zamknął drzwi a ja położyłam się na łóżku i pogrążyłam w myślach.




~*~

Ja i moja kochana wena wróciły. Do miłego moi drodzy, oby następna notka ukazała się niebawem ;) 

niedziela, 11 lutego 2018

Rozdział 31: Lek na przeżycie

Tony w co ty się wpakowałeś? 
Podążałam za czarnowłosym, który szedł w kierunku zbrojowni. Dziwiłam się, że nie założył zbroi, przecież to było najprostsze co mógł zrobić! Tony wpisał kod do zbrojowni, a ja zaraz za nim weszłam do królestwa blaszaka. Niebieskooki wyglądał na bardzo zdenerwowanego. 
- Mandarynie czego ty chcesz... - zastanawiał się na głos patrząc w telefon. 
Przestraszyłam się. Może Mandaryn specjalnie chce wplątać w coś Tony'ego? Może grozi mu niebezpieczeństwo? 
Tony zaczął majstrować przy komputerze. Widziałam, że szukał Mandaryna, usilnie próbował go namierzyć. Do zbrojowni wszedł szybkim krokiem Rhodey. 
- Jestem, co się dzieje? 
Widocznie Tony zdążył wysłać SMSa, do przyjaciela. Czułam, że zapowiadają się poważne kłopoty. Tylko dlaczego teraz? Co jeszcze musi się zdarzyć? 
- Mandaryn. Napisał mi bardzo dziwną wiadomość. - mówiąc to Tony pokazał wiadomość Jamesowi. 
Byłam bardzo ciekawa treści tej wiadomości. Wyglądało to tak, jakby Tony przeczuwał, że tu jestem. Postanowiłam się nie ujawniać. Może tylko tak dowiem się co się stało? 
- Tony, nie rób tego. To na pewno jest pułapka. - odezwał się przerażony Rhodey. - Właściwie nie wiemy czym są te pierścienie i do czego one naprawdę mogą służyć Mandarynowi. Nawet jeśli, damy radę ochronić Pepper i moją mamę. Tony, po prostu się na to nie zgadzaj. 
- Nie, Rhodey. Już nigdy więcej nie zaryzykuje życia Pepper, sam wolę zginąć niż wiedzieć, że choć mogłem ją uratować to tego nie zrobiłem. 
Miałam wrażenie, że moje serce na chwilę się zatrzymało. Czy Tony oszalał? Nie może się dać pogrzebać, bo Mandaryn mu grozi! Ale... czy Tony naprawdę tak bardzo mnie ceni, że jest wstanie się dla mnie poświęcić? Nigdy w życiu bym nie pomyślała, że znajdę osobę, która będzie mi tak pomocna i oddana. Mimo wszystko, nie mogę dopuścić do tego żeby Tony przystał na propozycje Mandaryna. Właściwie czy to można nazwać propozycją? On mu bezczelnie dyktuje warunki! 
- Tony, co Ty chcesz powiedzieć Pepper? Znikniesz na nie wiadomo ile dni, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo kiedy i po co! Chłopie, ocknij się! Jesteś Iron Man'em, ja War Machine razem ochronimy je! 
Widziałam rozpacz w oczach Rhodey'ego. Przecież Tony był jego najlepszym przyjacielem od dziecka. Jak teraz mógłby się zgodzić na to co postanowił czarnowłosy? 
- Kryj mnie. - odparł Tony po chwili zastanowienia. - Powiedz, że jestem chory, albo, że mam pewne załatwienia, związane z odziedziczeniem firmy... 
- Chyba nie mówisz poważnie! - wrzasnął Rhodey, po czym złapał się na głowę. 
Czułam, że zaraz się rozpłaczę. Łzy napływały mi do oczu, bo czułam, że Tony idzie na pewną śmierć. Mimo, że był Iron Man'em, był silny... Ale implant, jego słabe serce... Przecież on nie ma pojęcia co może go spotkać kiedy pomoże zdobyć Mandarynowi kolejny pierścień. Czułam, że tracę kontrolę nad sobą i zaraz przestanę być niewidzialna. Skup się Pepper! Musisz wytrzymać. 
- Mam dać mu odpowiedź w ciągu dwudziestu czterech godzin. - odparł zrezygnowany Stark. 
- Po prostu tego nie rób. - odparł zdenerwowany Rhodey. - Dam Ci czas do namysłu. 
Powiedziawszy to wyszedł z pomieszczenia a ja zaraz za nim. Zaczęłam biec w stronę domu. Dalej byłam niewidzialna i potrącałam wielu ludzi, którzy wyglądali na bardzo skołowanych. Rozumiałam to, w końcu to nie codzienność, właściwie nie wierzę żeby coś takiego się mogła przytrafić oprócz superbohaterom. 
Nim się spostrzegłam byłam pod moim domem. Mogłam znów stać się widzialna. Nie ukrywam, że byłam strasznie wyczerpana. Weszłam do domu i od razu skierowałam się do pokoju. Nie wiem czy ojciec był w domu czy nie, w tym momencie byłam zbyt załamana żeby się tym przejmować. Padłam na łóżko i patrzyłam w sufit. Nie wiedziałam jak mam zatrzymać Tony'ego ani jak z nim porozmawiać, żeby przemówić mu do rozsądku.


~*~

Nie wiem ile spędziłem już czasu w zbrojowni, ale czułem jakby to były wieki. Myślałem o Pepper, myślałem jak mam jej to wszystko wytłumaczyć... Co mam jej powiedzieć? Że Mandaryn chce abym zdobył dla niego pierścień? Jeśli tego nie zrobię to... Nie, nawet nie chce myśleć o konsekwencjach. Znalazłem się w sytuacji, w której jedno wyjście jest gorsze od drugiego. Jeśli na coś się zdecyduje to wybiorę mniejsze zło. Ale czy tak faktycznie będzie? Może Rhodey ma jednak rację, że razem sobie poradzimy w tej trudnej sytuacji. Nie wiem już co mam myśleć, co robić. Moją głowę ogarnął straszny mętlik i chaos. Miałem wrażenie, że cokolwiek nie zrobię i tak decyzja, którą podejmę będzie zła i zaważy na przyszłości... Mandarynie, czy sam nie jesteś w stanie tego zrobić? Mogę się założyć, że to tylko czysta gra z jego strony. Może chce mnie tylko odciągnąć od Pepper i zaatakować jak ja stracę czujność i będę gdzieś daleko? Jego niedoczekanie, Rhodey będzie chronił Pepper i swoją mamę. Mam nadzieję, że będzie wstanie to zrobić w pojedynkę. Chociaż całkiem sam nie jest bo Pepper ma nadludzkie zdolności. Ale nie, ona nie może się w to mieszać. Nie pozwolę żeby spadł jej włos z głowy. Już nigdy więcej nie dopuszczę do sytuacji, która miała miejsce trzy miesiące temu. Boże, jak ja się o nią bałem. Wariowałem każdego dnia, bez wyjątku. Tak strasznie się martwiłem tym co będzie jeśli mi się nie uda, co będzie jeśli zawiodę wszystkich wkoło a najbardziej siebie i stracę kogoś kogo kocham, naprawdę kocham. Czułem to kiedy spoglądałem na nią, kiedy myślałem o niej, kiedy była przy mnie. Wystarczył jej śmiech, dotyk, spojrzenie a moje serce, które jest chore jakby znalazło lek. Lek na życie. To, że Pepper jest przy mnie, daje mi wsparcie chociaż o tym nie wie jest dla mnie lekiem na moje wadliwe serce. Oczywiście Rhodey też daje mi wsparcie ale to jest zupełnie co innego. Znalazłem osobę, dla której jestem w stanie zrobić naprawdę dużo... A może i nawet wszystko?
Naprawdę nie wiem jak mam jej powiedzieć jaką podjąłem decyzję. Tylko czy powinienem jej to powiedzieć? Przecież Rhodey ma rację, ona w życiu się na to nie zgodzi... Wiem, że jestem dla niej ważny szkoda tylko, że jako przyjaciel... Ale ona pewno się na to nie zgodzi. Czuję to w głębi serca, czuje, że nie pozwoli mi na tą szaloną wyprawę. A ja z jednej i z drugiej strony mam wyjście gorsze i jeszcze gorsze.
Musiałem zebrać się w sobie. To jedyne wyjście jakie teraz widziałem. Decyzję już podjąłem - zdobędę pierścień dla Mandaryna.

~*~

Kilka godzin później

Zasnęłam. Byłam bardzo zmęczona wydarzeniami ostatnich dwóch dni. Przez to co wydarzyło się dzisiaj miałam jeszcze większy mętlik w głowie dlatego tak szybko oddałam się w objęcia snu. 
Kiedy tylko się obudziłam było już ciemno. Spojrzałam na zegarek, było parę minut po północy. Przeciągnęłam się i zeszłam do kuchni. Zastałam tam ojca, który przytulił mnie na przywitanie. Nawet nie zapytał co się ze mną dzieje, jak się czuję. Nic, kompletnie nic. Czułam się czasami jak piąte koło u wozu. Nie traktował mnie ani trochę jak córkę, a ja bardzo chciałam żeby zmienił swoje zachowanie wobec mnie. Ale cóż, mogłam tylko o tym pomarzyć. Wzięłam z lodówki sok pomarańczowy i poszłam na górę do swojego pokoju. Spojrzałam przez okno na niebo i zastanawiałam się jaką decyzję ostatecznie podejmie Tony. Zastanawiałam się co teraz robi i gdzie jest... Przecież musi być jakieś inne wyjście z tej całej sytuacji. Mandaryn nie może zawładnąć naszym życiem od tak, nie możemy mu pozwolić aby nami manipulował. Czy Tony tego nie widzi? Czemu chce się na to porwać przecież to czyste samobójstwo...
Nagle usłyszałam wibracje mojego telefonu. Zastanawiałam się kto może dzwonić. Na ekranie wyświetlił się numer Rhodey'ego. Miałam złe przeczucia.
<Pepper, przyjedź natychmiast do zbrojowni, to pilne.>
<Co się dzieje?> 
<Tony chciałby ci coś powiedzieć.>
Przez chwilę czułam że brakuje mi powietrza. Sparaliżowało mnie, nie wiedziałam co sobie myśleć ani co odpowiedzieć. Czy Tony chce powiedzieć mi jaką podjął decyzję?
<Nie jest aby trochę za późno? Jest prawie pierwsza w nocy...> 
<Pepper, błagam tylko ty jedna możesz go zatrzymać.> 
Rozłączyłam się. Już byłam pewna co za chwilę może się stać jeśli nie zainterweniuje. Tony co ty najlepszego chcesz zrobić! Wiedziałam, że ojciec jeszcze nie śpi dlatego postanowiłam wymknąć się przez okno. Bałam się, że zrobię sobie krzywdę, ale na szczęście nie skoczyłam zbyt wysoka. Nawet nie odczułam żadnego bólu, a to pewnie przez Ekstremis. Zaczęłam biec w stronę zbrojowni, bo wiedziałam, że mam bardzo mało czasu.

~*~

Przed telefonem Rhodey'ego do Pepper

Mandaryn przysłał mi wszelkie instrukcje. Mam wyruszyć już dzisiaj w nocy. Pierścień znajdował się w jednym z aktywnych wulkanów. Dość dziwne miejsce aby ukryć pierścień. Na miejscu aby zdobyć i uaktywnić pierścień musiałem zdać test. Powiedziałem o wszystkim Rhodey'emu aby był w gotowości. Nie możemy ufać Mandarynowi, nie po tym co przeżyliśmy. Jednak mój przyjaciel dalej próbował odwieźć mnie od tego pomysłu. Narzekał i gderał jak to Rhodey - matka opiekunka nas wszystkich. Sam miałem pewne wątpliwości ale nie chciałem tego pokazywać. 
- Tony, powiedz chociaż Pepper co zamierzasz. Jeśli tego nie zrobisz, to ja zrobię to za ciebie. 
- Nie, nie mogę jej powiedzieć, ani ty ani ja. Zrozum tak będzie dla niej lepiej. 
- Co będzie lepiej? Chłopie, mam ją okłamywać? A co jeśli coś będzie nie tak? 
Cały Rhodey. Zawsze musiał przeczuwać najgorsze. Rozumiałem go, ale po co od razu być pesymistą? Ja sam miałem obawy, ale przecież nie mogę sobie pozwolić na chwilę zwątpienia. 
- Zadzwoń do niej i jej powiedz co się dzieje. Przecież ją kochasz Tony, nie rób jej tego. 
Coś mnie tknęło kiedy Rhodey to powiedział. Po części ma rację, wyruszam w wyprawę, z której być może mogę nie wrócić i mam jej nic nie powiedzieć? Nawet nie próbować jej uspokoić i powiedzieć, że wrócę i, że wszystko będzie dobrze? Wiem to brzmi strasznie banalnie, ale czemu chce ją tak zostawić bez żadnego wytłumaczenia? Chyba tylko dlatego żeby się nie martwiła... Poza tym nie pozwoliłaby mi na tą misję. Wiem o tym. 
Zanim się zorientowałem Rhodey zadzwonił do Pepper i ściągnął ją tutaj. Czułem się bardzo zestresowany tą całą sytuacją. Teraz już nie mam wyjścia, muszę jej powiedzieć prawdę... Ona tego nie zniesie, czuję to. Nie będzie chciała pozwolić mi się na to porwać. Najgorsze jest to, że ja naprawdę nie mam wyjścia.
Spojrzałem na zbroję Iron Mana. Przypomniałem sobie moją obietnicę sprzed pół roku. Obiecałem sobie, że jeśli będę musiał być sam do końca życia poprzez moją drugą twarz to tak będzie. Tyle, że teraz kiedy zakochałem się w Pepper wszystko się zmieniło. Jak mogłem dotrzymać danej sobie obietnicy skoro Pepper była dla mnie najważniejsza? Jednocześnie bardzo narażam ją poprzez moją rolę ale jak mógłbym bez niej żyć? Przypomniałem sobie o jeszcze jednej ważniej rzeczy. W święta Bożego Narodzenia, kupiłem prezent Pepper. Mianowicie chodzi o bardzo duży naszyjnik z pięknym błękitnym sercem. Czekał u mnie w pokoju, zapieczętowany w szafce. Tak naprawdę nie miałem okazji aby jej go wręczyć. Teraz gdy mogę nie wrócić to chyba jedyne co mogłoby jej po mnie zostać... Wiem, gadam jakbym szedł na stracenie. Ale nie wiem co mnie czeka w poszukiwaniu pierścienia.
- Rhodey, zrobisz coś dla mnie?
- Co takiego? - spytał z wyraźnym zastanowieniem. - Nie, nie będę kryć cię przed Pepper, to już postanowione.
- Nie o to chodzi. W moim pokoju, w szufladzie jest coś dla niej. Gdybym długo nie wracał po prostu jej o tym powiedz...
- Tony, przestań. Wrócisz i sam jej to dasz.
- Po prostu to zrób jeśli będzie trzeba... - odpowiedziałem. - Mogę na ciebie liczyć?
Rhodey spojrzał na mnie. Zastanawiał się nad moimi wcześniejszymi słowami, wiedziałem o tym.
- Zawsze.
Uśmiechnąłem się i w tym samym momencie ktoś wpisywał kod do zbrojowni. Pepper.

~*~

Wpisywałam w pośpiechu kod do zbrojowni. Właściwie prościej byłoby rozwalić drzwi, ale nie chciałam dawać po sobie poznać, że jestem wściekła. 
Weszłam i zobaczyłam, że chłopaki stoją przy zbroi. Widać było, że na mnie czekali. Tony chciał coś powiedzieć ale ja nawet nie chciałam dopuścić go do głosu. 
- Wiem o wszystkim! - wrzasnęłam na nich a oni od razu jakby się skulili pod dźwiękiem mojego głosu. 
Zapadała cisza. Rhodey spojrzał na Tony'ego, Tony spojrzał na Rhodey'ego. Widziałam, że Stark nie ma pojęcia co powiedzieć. 
- Pep... to nie jest tak jak myślisz.
Oho, zaczyna się. Wymówka za wymówką. Może będzie próbował mnie okłamać?
- Proszę, usiądź i wysłuchaj mnie. 
Przez chwilę wahałam się co zrobić. Jednak trochę spokorniałam i razem z nim usiadłam na kanapie. Rhodey w całym tym zamieszaniu gdzieś się ulotnił i zostawił nas samych. On chyba robi to specjalnie... 
- Dobrze, słucham. 
- Jak się dowiedziałaś? 
- Poszłam za tobą Tony, ty nie umiesz kłamać. - mówiąc to delikatnie mimo wszystko uśmiechnęłam się pod nosem. 
Nie uszło to na uwadze Tony'emu, który wyglądał na dość skołowanego. Czułam, że po tej rozmowie może nie być zbyt przyjemnie.


~*~

Tadam! Muszę potrzymać Was w niepewności! 


środa, 31 stycznia 2018

Rozdział 30: Oczy zdradzą wszystko


Obudziłam się dosyć późno. W nocy długo nie mogłam zasnąć, obracałam się z boku na bok. Była to dla mnie naprawdę ciężka sytuacja. Martwiłam się co będzie między mną a Tony'm. Bałam się, że to co się stało zniszczy naszą przyjaźń. O ile już jej nie zniszczyło... Nie ukrywam, że w nocy też płakałam z nerwów i strachu przed tym co może przynieść przyszłość. Było mi bardzo ciężko pogodzić się z tym co się stało. Oczywiście nie żałowałam tego pocałunku, tylko, że to może odmienić naprawdę wszystko... Poza Tony'm i Rhodey'm nie mam nikogo. Boję się stracić Tony'ego... To zabawne, znamy się niecały rok a ja nie potrafię żyć bez niego. Jest dla mnie bardzo ważny i chciałabym móc być przy nim tyle ile tylko będę mogła. Będę mu dozgonnie wdzięczna za to, że kilka razy uratował mi życie i dał nowe. Teraz to ja mogę go chronić i pomagać w walce. Wiem, że nie będzie chciał mi na to pozwolić, ale trudno jakoś muszę chociaż trochę spłacić dług wdzięczności.
Wzięłam szybki prysznic, zjadłam śniadanie i usiadłam przed telewizorem. Tata jak zwykle był w pracy więc miałam dom cały dla siebie. Przełączałam kanały szukając czegoś wartego uwagi, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Zlękłam się, pomyślałam, że to nie kto inny jak Stark. Wstałam i podeszłam do okna, z którego widać ganek. Myliłam się to był Rhodey. Odetchnęłam z ulgą i wpuściłam przyjaciela do środka.
- Pepper, co się z tobą dzieje? - spytał oburzony. - Wiesz która jest godzina? Jest 15, a Tony wariuje, że nie odbierasz telefonu.
Westchnęłam. Wiedziałam, że Tony dzwonił tysiące razy ale nie miałam odwagi odebrać. Bałam się tego co mogę usłyszeć, bałam się konfrontacji.
- Wiem, Rhodey, że Tony dzwonił. - mówiąc to prawie płakałam. - Nie chce odbierać. Boję się tego co mogę usłyszeć. Proszę powiedz mu, że rozchorowałam się...
- Rozchorowałaś się? Pepper, jest zima, a Ty możesz chodzić w krótkim rękawku! Myślisz, że Tony da się na to nabrać?
Znowu westchnęłam. Oczywiście, że Tony jest zbyt inteligentny żeby się na to nabrać. Chciałam grać na czas... Myślałam, że może w ten sposób jakimś cudem unikniemy rozmowy. Dziwiłam się sama sobie, że aż tak panikuje. Powinniśmy już wczoraj w zbrojowni porozmawiać, powiedzieć sobie, że nic z tego nie będzie... Bo Tony mnie nie kocha. A raczej kocha jak przyjaciółkę. Nikogo więcej.
- Rhodey, błagam. - powiedziałam to z wielkim żalem w głosie.
Rhodey widząc mnie w tym stanie przytulił mnie i pogłaskał po włosach. Tego teraz właśnie potrzebowałam. Ukojenia.
- Rhodey, co ja mam robić?
Przyjaciel milczał. Chyba sam nie wiedział jak powinnam postąpić. Będzie mi ciężko udawać przed Tony'm, że jestem chora. Mógłby tutaj przyjść i wypytywać co się ze mną dzieje. Dlaczego to musi być aż tak trudne? Większość osób powiedziałaby teraz, że się nad sobą użalam i miałaby rację. Wystarczyło wczoraj wyjaśnić sobie wszystko w zbrojowni. Tony powiedziałby, że kocha mnie jak przyjaciółkę i zadziałał pod wpływem chwili i światła księżyca... A ja oczywiście bym przytaknęła jemu, że jest tylko moim przyjacielem i nic więcej aby nie psuć naszej przyjaźni. To chyba jedyna opcja jaką może mi dać Tony... Trudno będę się cieszyć tym, że jest przy mnie.
- Pepper? Wszystko w porządku? - spytał Rhodey.
- Co? Ach, tak. Zamyśliłam się. - odpowiedziałam, siląc się na uśmiech.
- Dobrze, powiem mu, że jesteś chora. Ale jeśli tu przyjdzie, błagam nie wiń mnie. Będę się starał go zatrzymać, ale wiesz, że on jest bardzo uparty.
- Jesteś najlepszy, wiesz Rhodey? - tym razem szeroko się uśmiechnęłam.
Przyjaciel skierował się w stronę drzwi i powiedział:
- Trzymaj się Pepper, zobaczysz jeszcze wszystko się ułoży.
Pożegnałam go i patrzyłam jak odchodzi w stronę swojego domu. Odetchnęłam z ulgą, pomyślałam, że Tony nie przyjdzie jak powiem, że jestem chora. Położyłam się na kanapie i dalej buszowałam po kanałach. Znalazłam jakąś hiszpańską telenowelę, oczywiście o miłości. Szybko ją na jakiś program rozrywkowy. Nie obejrzałam go dużo bo zasnęłam. Widocznie ta sytuacja bardzo mnie wyczerpała i potrzebowałam dużo snu.


~*~

Majstrowałem przy zbroi. Kiedy byłem zdenerwowany, niespokojny, zestresowany. W dodatku nie wiedziałem gdzie się podział Rhodey. Podejrzewałem, że poszedł do Pepper, wypytać się jej czemu nie pojawiła się w zbrojowni. Przez cały ten dzień miałem skrytą nadzieję, że jednak przyjdzie tutaj i to co stało się wczoraj będzie tylko snem. Liczyłem na to, że Pepper będzie mnie kochać, będzie ze mną... Ale pomyliłem się. Może ona nic od mnie nie czuje? Zresztą po tym jak powiedziałem jej, że nie powinienem zepsułem wszystko... Jaki ja byłem głupi. Wystarczyły dwa słowa, szczere, prosto z serca. 
Nim się spostrzegłem do zbrojowni zawitał James. Był jakiś dziwny, wyglądał na bardzo przejętego. Obserwowałem go uważnie, ale on zdawał się mnie nie zauważać. 
- Rhodey? Byłeś u Pepper, prawda? 
Rhodey podskoczył jakby przestraszony. Chyba naprawdę nie zauważył mojej obecności. 
- Powiedziała, że jest chora. - powiedział to z małym przekonaniem. 
Od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Dzwoniłem do niej prawie czterdzieści razy - i zaraz zamierzam wykonać więcej połączeń - a ona na żadne nie odpowiedziała. Tak samo wysłałem jej ponad dwadzieścia smsów. 
- Rhodey, powiedz mi prawdę. 
James spojrzał na mnie i przez chwilę utkwił we mnie spojrzenie. Wyglądał jakby nad czymś się głęboko zastanawiał. 
- Tony, ona... 
Nie zdążył dokończyć ponieważ w zbrojowni rozbrzmiał alarm. Nie mogłem w to uwierzyć to Mandaryn! Powrócił!
- Czy to Mandaryn?! - krzyknął zaskoczony ciemnowłosy.
Kiwnąłem głową i zabrałem się za ubiór pancerza. 
- Zostań, obserwuj sytuacje. Wkrocz wtedy kiedy będzie trzeba. 
Widziałem, że Rhodey nie chce się na to zgodzić, jednak w ostateczności przystał na moją propozycje. Wyleciałem przez otwór w dachu i skierowałem się w stronę centrum miasta. Nie myliłem się, przede mną znajdował się nie kto inny jak Mandaryn. Wyraźnie na mnie czekał, tak jakby wcale nie chciał walczyć. 
- Czego chcesz? Po co znów wróciłeś? - zapytałem bez owijania w bawełnę. 
- Witaj, Iron Man'ie. Jak Pepper? Widziałem, że ma się wspaniale! - mówiąc to śmiał się szyderczo. 
Ledwo się powstrzymywałem żeby mu nie przywalić. To on prawie zabił Pepper, a teraz jeszcze śmie z niej drwić! 
- Przybyłem tu powiedzieć Ci, że Pepper nie jest niezniszczalna. Teraz kiedy już wiem, że jest twoim słabym punktem zrobię wszystko aby ją zniszczyć a wtedy zniszczę i ciebie. 
Już byłem gotowy zadać mu cios, ale on rozpłynął się w powietrzu. Byłem tak zdenerwowany i jednocześnie przestraszony, bałem się o Pepper. Co jeśli on teraz jest własnie u niej? Przekierowałem całą moc do silników i ruszyłem do domu rudowłosej. Niecałe dwie minuty później byłem pod jej domem. Spakowałem zbroję w plecak i zapukałem do drzwi. Nikt nie otwierał, przez co jeszcze bardziej zacząłem panikować. Spojrzałem przez okno i widziałem, że Pepper leży na kanapie. Widziałem, że coś jej się śni bo wyglądała jakby mówiła przez sen, była bardzo niespokojna. Postanowiłem wejść do domu, jeśli drzwi byłyby tylko otwarte. O dziwo były otwarte. Podszedłem do niej i spojrzałem na jej twarz. Była bardzo blada i wyraźnie wyczerpana. Obawiałem się, że Mandaryn maczał w tym palce. Delikatnie złapałem ją za ramie a ona natychmiast się obudziła. Wyglądała na przerażoną. 
- T-tony? Co ty...? Co się dzieje? 
Mówiła jakby nie zdawała sobie sprawy z tego gdzie jest. Wstała i poprawiła nerwowo, swoje długie, piękne włosy. Wpatrywałem się w nią jak w obrazek podczas gdy ona wyraźnie się czymś martwiła. Domyślałem się, że bała się konfrontacji po wczorajszym zdarzeniu. 
- Pepper? Wszystko w porządku?
- Nie... To znaczy... Tak! - wydawała się bardzo rozkojarzona. - Przestraszyłeś mnie, śnił mi się jakiś koszmar... 
- Przyleciałem tutaj bo przed chwilą rozmawiałem z Mandarynem. 
Natychmiast odwróciła głowę w moją stronę. Widziałem, że jest tym bardzo zaskoczona, jednak jej spojrzenie z drugiej strony wyglądało jakby się tego spodziewała. Czasami nie mogłem zgadnąć co chodzi po głowie tej wspaniałej dziewczynie.
- Nic ci nie jest? - podeszła i spojrzała na mnie swoimi pełnymi blasku brązowymi oczami. Widziałem w nich troskę ale też wielkie zmartwienie.
Wydawało mi się, jej spojrzenie chciało mi coś powiedzieć. Coś czego nie mogłem odczytać, tak jak wtedy kiedy spadała z wieżowca. Tak, to dokładnie to samo spojrzenie co kiedyś. Żałowałem tylko, że nie mogę go odczytać. Chciałbym żeby to spojrzenie było oznaką miłości, chciałbym żeby Pepper mnie kochała. Ale w życiu nie zawsze dostaniemy tego czego chcemy, pragniemy. Chyba będę musiał z tym żyć.
- Tony? - spytała jeszcze raz Pepper.
- Zamyśliłem się. - jeszcze raz spojrzałem jej głęboko w oczy.
Wiedziałem, że to co stało się wczoraj może się znowu powtórzyć. Chciałem tego, ale z drugiej strony bałem się, że stracę ją na zawsze. Zanim zdążyłem wykonać ruch, Pepper się ode mnie odsunęła. Chyba przewidziała co może się stać, w końcu wczoraj sytuacja wyglądała podobnie.
- Nic mi nie jest, Mandaryn jest niebezpieczny. Uważaj na siebie. - spojrzałem na nią wzdychając ciężko.
- Co on ci powiedział Tony? - spojrzała jakby chciała przeszyć mnie na wylot, a może już to zrobiła?
- Pep... Po prostu na siebie uważaj.
- Będę. Ale powinieneś już iść, jestem chora i nie czuje się najlepiej.
Wiedziałem, że czuje się niezręcznie w mojej obecności. Nie wyglądała na chorą, jedyne co to na przemęczoną. Czułem, że nie jest gotowa żeby ze mną normalnie rozmawiać. Ja sam czułem się odrobinę niezręcznie, jednak nie mogłem pozwolić żeby jej się coś stało. Mam wrażenie, że tracę grunt pod nogami, a Mandaryn zaczyna przejmować kontrolę. Nie mogłem do tego dopuścić, nie chciałem ponownie stracić Pepper. Krzywda może spotkać też Rhodey'ego, który tak samo jest narażony na gniew Mandaryna. Westchnąłem i spojrzałem jeszcze raz na Pepper. Krzątała się po kuchni, chyba chciała zaparzyć herbatę. Czyżby zmieniła zdanie? Wstałem i skierowałem się w jej stronę. Jej rude, długie włosy delikatnie otulały jej ramiona oraz plecy. Wydawało mi się, że stawały się coraz bardziej dłuższe.
- Tony, co ci powiedział Mandaryn?
To właśnie cała Pepper - uparta. Wiedziałem, że nie odpuści mi tego i za wszelką cenę będzie chciała dowiedzieć się co ten gnojek mi powiedział. Dlatego czym prędzej jej to powiem tym szybciej będę spokojny.
- Powiedział, że jesteś jego celem Pepper.
Nie do końca tak właśnie powiedział Mandaryn, ale nie mogłem jej powiedzieć, że jest moim słabym punktem. Tak bardzo nie chciałem się do tego przyznać nawet przed samym sobą. Mogłem zrobić dla niej wszystko. Oddałem jej krew a mój implant mógłby tego nie wytrzymać - ona o tym nie wie i lepiej żeby tak było. Zamartwiałaby się tym i obwiniała. A ja nie chciałem aby była nieszczęśliwa, chciałem ją uszczęśliwiać na każdym kroku. Tylko czy wczoraj aby nie zepsułem jej szczęścia? Może wszystko powinno zostać tak jak było, może nie powinienem naprawdę tego robić... Mimo, że nie żałuje to mam wyrzuty sumienia.
- Gra na twoich nerwach Tony, nie ulegaj jego manipulacją. Po prostu na siebie uważaj. - mówiąc to postawiła na stole dwie herbaty.
Ucieszyłem się, że nie jest już taka oziębła jak wcześniej. Usiadłem przy stole tak samo jak rudowłosa. Przez chwilę panowała cisza. Widziałem po niej, że jest skołowana i nie wie co powiedzieć. Bałem się, że zaraz powie coś co zaboli nas oboje na tyle, że nie będziemy w stanie na siebie patrzeć. Nasze spojrzenia po raz kolejny się spotkały. Jej oczy, tak hipnotyzujące zdawały się mówić coś ważnego, zupełnie tak jak wcześniej. Jakby chciały powiedzieć, że wszystko musi być dobrze i już zawsze będzie. Wpatrywałem się w nie głęboko, próbując zapamiętać każdy szczegół. Nie ma oczu na całym świecie, które byłby tak niezwykłe jak oczy Pep. Brązowe, z zielonymi obwódkami. Ta właściwość zapewne pochodzi od Ekstremis. Widziałem, że rudowłosa również mi się przypatruje. Tak samo jak ja była wpatrzona w oczy. Byłem pewien, że nad czymś intensywnie rozmyśla - bez namysłu przygryzała wargę. Pepper jakby na chwilę zastygła i przestała się skupiać na wszystkim oprócz mnie. To samo działo się ze mną. Nie wiem jak długo trwała ta chwila, ale zdążyłem zapamiętać każdy najmniejszy skrawek jej twarzy. Ja, Tony Stark, byłem naprawdę po uszy zakochany. Szkoda, że bez wzajemności.


~*~

Nie ma innych oczu, które mogłyby mnie przejrzeć na wylot tak jak oczy Tony'ego. Widziałam, że patrzy na mnie jak zahipnotyzowany, a ja nie mogłam oderwać od niego wzroku. Dlaczego zakochałam się w kimś takim jak Tony? Jest bardzo przystojny, jestem pewna, że większość dziewczyn z naszej szkoły o nim marzy. Jednak poza wyglądem Tony jest wspaniałym, oddanym przyjacielem. Wiem, że bez niego moje życie byłoby szare, smutne i puste. Pomimo moich kłopotów ze zdrowiem, jestem szczęśliwa, że go poznałam i nie oddałabym tamtego momentu za nic. Po prostu go kocham i żałuje tylko jednego - że nigdy on nie będzie w stanie pokochać mnie tak jak ja jego. Czułam jak do moich oczu powoli napływają łzy, dlatego szybko wstałam i podeszłam do okna. Westchnęłam głęboko i ciężko na myśl o tym, że można kochać, ale nie być kochanym. Obróciłam głowę w stronę przyjaciela, który wydawał się jeszcze bardziej zapatrzony we mnie niż zwykle. Czułam się bardzo niezręcznie i miałam ochotę po prostu zniknąć. Było to oczywiście możliwe, ale co pomyślałby sobie Tony... 
- Czemu nie odbierałaś moich telefonów? Martwiłem się. - powiedział poważnym głosem. - Nie rób tak więcej, przecież wiesz, że Mandaryn może w każdej chwili zaatakować. 
- Przepraszam, długo spałam. 
Znowu nastąpiła niezręczna cisza. Dalej stałam przy oknie rozmyślając nad tym wszystkim co się zdarzyło. Oj, Tony dlaczego to nam się to przytrafiło? Czemu to wszystko nie może być tysiąc razy łatwiejsze? Czy nasze życie już zawsze takie będzie? 
- Pójdę już. - powiedział niespodziewanie, zerkając na telefon. 
- Stało się coś? - spytałam podejrzliwie. 
- Nie, nie. - odpowiedział zbyt szybko. 
Tony nie umiał kłamać, choćby nie wiem jak się starał jest okropnym kłamcą. Wiedziałam, że coś na pewno musiało się stać, a jeśli on nie chce mi powiedzieć to sama się tego dowiem. 
Tony skierował się w stronę drzwi a ja tuż za nim. Otworzył je i już miał wychodzić kiedy nagle, znienacka mnie przytulił. Odwzajemniłam uścisk. Jego ciało było tak ciepłe i przyjemne, że mogłabym spędzić wieczność w jego ramionach. Po tym uścisku, Tony wyszedł. Odczekałam chwilę aż Tony się oddali. Stałam się niewidzialna i wyszłam z domu. Zobaczymy co nasz geniusz przede mną zataił. 



~*~

Kolejny POWRÓT. Wiem, miałam pisać regularnie, ale moja szkoła mnie wykańcza już dłuższą chwilę. Rozdział napisany w prawie dwa wieczory. Naszła mnie wielka wena i oto 30 rozdział na moim blogu!

czwartek, 24 sierpnia 2017

Rozdział 29: Nic nie zdarza się dwa razy


Jej usta, jej wzrok, spojrzenie... Czegoś nie potrafiłem zrozumieć. Gdy oderwała swoje usta od moich, nie mogłem na nią spojrzeć bo ona tego nie zrobiła. Może się pomyliłem? Może ona tego wcale nie chciała? Może nic do mnie nie czuje a tylko ja sobie coś ubzdurałem? Za dużo pytań a odpowiedzi brak. Choćbym chciał ją dogonić i powiedzieć, że kocham ją całym sercem i tylko ona jest dla mnie ważna, tylko ona się liczy, tylko z nią będę szczęśliwy - to nie mogę tego zrobić, bo wiem, że ona nic do mnie nie czuje. Dała się ponieść chwili. Wokół taka piękna sceneria, księżyc w blasku i jej cudowna, twarz. Twarz, którą zapamiętam do końca życia, te cudowne piegi, które zimą delikatnie znikają i przygasają przez co jest bardziej słodka niż była. Te rude włosy, które teraz skąpane w zimowym wietrze, powiewają we wszystkie strony, tak długie jak jeszcze nigdy nie były. I te najcudowniejsze, najpiękniejsze oczy, zielone jak najprawdziwszy szmaragd w letnim, południowym słońcu. To wszystko w niej, zadziałało na mnie jak magnes, nie mogłem się powstrzymać aby nie zatopić się w jej pełnych, różowych jak truskawka ustach. Rozpaliły mnie do czerwoności, obudziły na nowo to co czułem od dawna. Miłość. Tak, kocham ją i nie mogę przestać. Najgorsza jest myśl, że ona nie odwzajemnia moich uczuć, a przez to mogę stracić przyjaciółkę. Dla niej to było coś czego się nie spodziewała i nawet nie myślała, że kiedyś do tego dojdzie. Jeśli nie mogę liczyć na miłość, chcę chociaż móc się z nią przyjaźnić. Jest dla mnie bardzo ważna i nie pozwolę żeby odeszła. Nie, nie mogę jej pozwolić odejść. Jednak teraz najlepszym rozwiązaniem będzie pobycie w samotności. Niech nasze serca się uspokoją, bo moje łomocze i nie może przestać. Czułem się cudownie, tak jakbym moje prawdziwe serce odżyło na nowo. A z drugiej strony mam wrażenie, że rozpadło się już na zawsze.
Ta noc zmieni wszystko w naszym życiu. I będziemy sobie musieli z tym poradzić, moja słodka, mała Pep.



~*~


Błąkałam się po mieście. Było gdzieś grubo po dziesiątej ale nie przeszkadzało mi to. Nie przeszkadzało mi również zimno panujące wkoło. Chciałam się komuś wyżalić, ale komu? Tak naprawdę krążyłam niedaleko zbrojowni, miałam nadzieję, że Tony'ego tam nie ma a Rhodey będzie w stanie mi pomóc.
Zdecydowałam. Idę tam, potrzebuję wiedzieć, czy Tony mnie kocha, czy jest jakaś nadzieja.
Dotarłam do zbrojowni, otworzyłam drzwi kodem i zastałam tam tylko Rhodey'ego. Kiedy zobaczył mnie taką zapłakaną podszedł do mnie.
- Pepper! Co się stało? Gdzie Tony?!
Wzięłam głęboki wdech, bo zaczęłam się trząść z nerwów.
- Nie mam zbyt dużo czasu.
- Co to znaczy? - Rhodey zaczął coraz bardziej panikować.
- Tony mnie pocałował.
Zapadła cisza. Rhodey zmieszał się i nie wiedział co powiedzieć. Patrzył na mnie przenikliwie, jakby chciał zajrzeć w głąb mojej duszy i zobaczyć to wydarzenie na własne oczy.
- Jak to? To czemu tutaj jesteś?
- Jestem tutaj bo spanikowałam, uciekłam po tym jak powiedział, że nie powinien tego robić... Rhodey, ja nie wiem co mam myśleć.
- Pepper, nie wiem jak mam Ci pomóc, Tony mało mówił mi przez ostatni czas. Jedyne co widziałem to to jak tworzył Ekstremis oraz jaki przejęty i zamknięty w sobie siedział przy twoim łóżku. Nie było dnia żeby tego nie przeżywał, nie płakał, nie rozpaczał. Udawał, że jest twardy ale ja dobrze wiedziałem, że bardzo go boli strata ciebie. I to nie jak na zwykłego przyjaciela.
Coś mnie tknęło. Co Rhodey miał na myśli? Czy on coś sugerował? Nie zdążyłam zapytać, bo drzwi od zbrojowni zaczęły się otwierać.
 - Nie było mnie tutaj. - szepnęłam i stałam się niewidzialna.
Rhodey przez chwilę stał rozkojarzony ale otrząsnął się i usiadł na kanapie. Ja w tym czasie stałam w kącie zbrojowni i obserwowałam wszystko.
- Gdzie byłeś? Gdzie Pepper? - spytał James jak gdyby nigdy nic.
Ucieszyło mnie to, że postanowił dochować tajemnicy.
- Pepper wróciła do domu. Trafiła na Mandaryna, próbował ją zaatakować ale wypaliła mu dziury w zbroi.
- To czemu jesteś taki przybity?
- Pocałowałem ją a później odwaliłem totalną głupotę... Powiedziałem, że nie powinienem. A przecież tego chciałem...
Słysząc to prawie zemdlałam. I przez przypadek z emocji znów stałam się widzialna dla ludzi. Tony'emu to nie umknęło. Od razu mnie zauważył.
- Pepper? Nie miałaś być w domu?
Nim odpowiedziałam, poczułam, że słabnę i opadam na podłogę. Obraz był rozmazany, widziałam nad sobą tylko sylwetkę Tony'ego, który coś do mnie mówił. Jednak nie docierało to do mnie, oczy zrobiły się ciężkie a ja odpłynęłam.



~*~


Odpłynęłam, bardzo odpłynęłam. Byłam w zupełnie innym miejscu niż zbrojownia. Poznałam od razu to miejsce, ogarnął mnie ogromny lęk. Zobaczyłam ją.
- Miałaś już odejść raz na zawsze! - krzyknęłam w stronę mojej dawnej przyjaciółki a zarazem wroga.
Tak, nie mylę się to była Cornelia. Stała w białej, jedwabnej, długiej sukni. Wyglądała na zmartwioną i przygnębioną, jakby coś nieustannie ją trapiło. 
- Jesteś w niebezpieczeństwie Pepper, tak jak Tony i Rhodey. Musicie uważać, jeszcze bardziej niż kiedykolwiek. Mandaryn jest wśród was, nie dajcie się zwieść. 
- Co to znaczy, że jest wśród nas? - spytałam bo było to bardzo niepokojące.
- W waszym otoczeniu, szkoła, znajomi, przyjaciele. Nikomu nie możecie ufać oprócz was samych. 
- Dlaczego nam pomagasz? Przecież sama nas w te kłopoty wpakowałaś! 
Nic z tego nie rozumiałam. Jaki był sens najpierw próbować nas zabić a później udawać dobrą i dawać rady? To się w ogóle nie trzymało żadnych reguł, zero w tym logiki. 
- Wiem, że źle zrobiłam, bardzo źle. Nie mogę cofnąć czasu, mogę jedynie was nakierować. 
- A co jeśli my nie chcemy twojej pomocy? - warknęłam. 
Zmieszała się bardzo i spuściła wzrok. Powinno mi być jej szkoda, bo była moją przyjaciółką ale co to za przyjaciel, który cię wykorzysta, zdradzi i porzuci? 
- Wybacz, Pepper. To co się wtedy tam stało jest bardziej skomplikowane niż ci się wydaje. Nie miałam wyboru. 
- Nie miałaś wyboru?! - wrzasnęłam. - Zawsze jest jakiś wybór! Zrobiłaś to bo chciałaś.
- Nie, Mandaryn zagroził, że zabije moją rodzinę. Wybacz mi, Pepper ale nie wiedziałam kogo mam ratować. Wiedziałam, że Tony to Iron Man a Rhodey mu pomaga. Wiedziałam, że dacie radę... Ale nie sądziłam, że prawie umrzesz. 
- Nie sądziłaś tak? Szkoda, że tak późno to przemyślałaś, dałoby się jeszcze wszystko uratować w trakcie. 
Zrobiło mi się jej żal. Nie była taka zła jak mi się naprawdę wydawało. Nie wiedziała co zrobić, musiała wybrać między złem a większym złem. Szkoda tylko, że nic już nie da się zrobić... Jest martwa, a ja rozmawiam z jej duchem.
- Teraz już wiesz, że nie zawsze jest tak jakbyśmy chcieli, prawda Pepper?
Spojrzała na mnie tajemniczo. Zrozumiałam co chciała mi przekazać. Wie o naszym pocałunku. Wie, że Tony mnie pocałował. Tylko dlaczego ona to robi? Przecież nie musi mnie strzec, nie musi zachowywać się jak mój Anioł Stróż. 
- Dlaczego to robisz? Przecież nie musisz się zachowywać jak mój strażnik.
- Chce żebyście przeżyli. Nawet nie wiesz jak ciężko było mi się rozstać z Rhodey'm kiedy musiałam tak postąpić. 
Widziałam ten smutek w jej oczach. Teraz już wiem, że musiało jej być bardzo ciężko. Nie mogłam się z tym pogodzić, że tak nas zraniła i przeszła na stronę wroga ale z drugiej strony... zaczynałam ją rozumieć. Rodzina znaczy wiele, tak samo dla mnie. Pewnie też nie wahałabym się tak postąpić. A z Rhodey'm myślałam, że będą tworzyć dobrą parę. Jednak nie było im to dane. 
- Powiedziałaś mu co czujesz? 
- Tak, ale to teraz już niczego nie zmieni. - odpowiedziała wymijająco. - Pepper, nie popełnij tego błędu co ja. Nie mów o swoich uczuciach kiedy będzie już za późno.
Zaskoczyła mnie i przeraziła mnie tym. Skąd ona tak dużo wie? Przecież nie ma jej obok mnie, jedynie teraz możemy porozmawiać. Jestem bardzo skołowana a jednocześnie ciekawa tego co jeszcze może mi powiedzieć.
- Co masz na myśli? - zanim usłyszałam odpowiedź, postanowiłam, że powiem jej o mojej wizji. - Kiedy dotknęłam zbroi Tony'ego zobaczyłam jak walczy z Mandarynem. On próbował mu wyrwać rozrusznik, na końcu słyszałam same krzyki i tak jakby trzęsienie ziemi. 
- Nie możesz tego lekceważyć, nie w takiej sytuacji. Uważaj na niego, jedna zła decyzja i wszyscy możecie cierpieć.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć Cornelia dodała.
- Na mnie już pora. Wracaj, bo Tony odchodzi od zmysłów.
Wzięłam głęboki oddech. Po tym co usłyszałam nie jestem pewna czy chce wracać. Boję się co może wyniknąć z tej całej sytuacji jaka nam się przydarzyła. 
- Zobaczymy się jeszcze? - spytałam.
- I to nie raz. - uśmiechnęła się lekko.
Obraz zaczął się zamazywać, a ja znów miałam czarno przed oczami. Tym razem jednak zaczęłam je powoli otwierać, bo bardzo raziło mnie światło. Widziałam nad sobą głowę Tony'ego i Rhodey'ego. Oby dwoje wyglądali na zmartwionych. 
- Pep, słyszysz mnie? - spytał niebieskooki.
Pep. Uwielbiałam kiedy tak do mnie mówił, sprawiało mi to wielką radość. Dodatkowo jego oczy wprawiały mnie w zachwyt i osłupienie. Zwłaszcza teraz, kiedy wiedziałam jak smakują jego usta. 
- Tak, nic mi nie jest. 
Po tych słowach zwyczajnie wstałam a Tony wydawał się jeszcze bardziej zaniepokojony niż przedtem. 
- To nie było przypadkowe omdlenie. - powiedziałam na co oni rozdziawili buzie.
- Zrobiłaś to specjalnie? To też Ekstremis? - spytał oszołomiony Rhodey.
- Nie. - zaśmiałam się. - Cornelia, to ona. Powiedziała, że musimy uważać, każdy nasz jeden błąd może kosztować nas życiem.
- I ona nam to mówi?! - powiedział podirytowany Tony. - Przecież ona prawie Ciebie zabiła!
- Tony, nic nie jest tak jasne jak ci się wydaje. Nie miała wyjścia, Mandaryn groził, że zabije jej rodzinę. Musiała wybierać między złem a jeszcze większym złem.
Po tym co powiedziałam Tony trochę spokorniał. Usiadł na kanapie i patrzył na mnie bardzo intensywnym, więc przeszywającym wzrokiem. Było mi głupio po tym co usłyszałam. Ciekawa jestem czy zastanawia się nad tym tak samo jak ja. Zamiast telekinezy chyba wolałabym czytać w myślach. Chociaż to bardzo ryzykowne.
- Wybaczcie, ale teraz wrócę już do domu. Jest późno a ja jestem zmęczona, dużo się dzisiaj wydarzyło. - mówiąc to czułam, że zaczynam tracić grunt pod nogami.
Co jeśli Tony teraz będzie chciał coś powiedzieć, zrobić? A ja nie będę wiedziała jak na to zareagować? Byłam pewna, że wszystko się totalnie skomplikuje a nasza przyjaźń zostanie wystawiona na ciężką próbę... Chociaż czy tą relację można nazwać przyjaźnią? Wątpię, zaczęło sie coś nowego, innego. Tylko oby dwoje jeszcze nie wiemy w jakim kierunku zmierzamy i czego chcemy.
O dziwo Tony nic nie odpowiedział. Spuścił głowę i tak pozostał dopóki nie wyszłam ze zbrojowni. Może miał nadzieję, że powiem coś odnośnie tego co usłyszałam? Myślę, że miał nadzieję, że jednak coś zrobię. A co jeśli jednak nie o to mu chodziło? Znaleźliśmy się w bardzo trudnej i skomplikowanej sytuacji. Czas pokaże jak to wszystko będzie wyglądać. Martwi mnie to co powiedział Rhodey. Wydaje mu się, że ze strony Tony'ego to nie tylko przyjaźń. To coś więcej. Według mnie to bardzo głęboka i oddana przyjaźń. Wymagała ona dużo poświęcenia i zaufania. Może Tony się pogubił sam nie wiedział co zrobić i stąd ten pocałunek? Niczego już nie jestem pewna. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić tego co będzie dalej. Boję się o to, że nie przetrwamy tej próby czasu.



~*~


Między nami panowała cisza. Była to niezręczna cisza, taka której nie lubię. Wiedziałem, że Pepper tutaj po coś była. Tylko po co? Na to może mi odpowiedzieć tylko Rhodey, ale znając rudą powiedziała mu żeby mi nic nie mówił bo inaczej go udusi. A, że Rhodey zawsze dochowuje tajemnic - i za to go bardzo cenie - nie będzie łatwo się dowiedzieć co ruda od niego chciała. Ale zawsze warto spróbować.
- Rhodey, czemu Pepper tutaj była?
- Dobrze wiesz, że nic się ode mnie nie dowiesz.
Moje przypuszczenia były trafne. Nie ma co, choćbym bardzo nalegał Rhodey nie piśnie ani słówka. To prawdziwy materiał na przyjaciela.
- Spodziewałem się takiej odpowiedzi. Możesz mi tylko powiedzieć czy chodziło o mnie?
Rhodey przez chwilę się zastanowił czy może mi odpowiedzieć. Jednak po chwili kiwnął głową na tak. Mogłem się tylko domyślać o co Pep go zapytała.
- Co tam się stało? Czemu jej powiedziałeś, że nie powinieneś skoro tego chciałeś?
Zamyśliłem się. Dlaczego ja jej to powiedziałem? Przecież chciałem tego jak cholera! Tak bardzo pragnę jej całej. Jej dotyku, ust, pięknych, zielonych oczu, cudnych rudych włosów tak bardzo lśniących w słońcu. Co ja najlepszego zrobiłem? Gdybym jej powiedział, że ją kocham może wszystko potoczyłoby się inaczej. Nie czułem żeby nie chciała mnie pocałować. Odwzajemniła ten pocałunek z pasją. Dopiero po chwili oderwała się ode mnie i spuściła wzrok. Może jednak tego nie chciała? Sam już nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Jeszcze sytuacja w zbrojowni. Słyszała to co powiedziałem a mimo to nie zrobiła nic. Nie powiedziała najmniejszego słowa, nie okazała żadnych uczuć wobec mnie. Już nic nie rozumiem, pogubiłem się w tym wszystkim bardzo. Czemu to jest takie trudne? Los postawił przede mną tak cudowną i niespotykaną osobę a ja nie potrafię jej przy sobie zatrzymać, dać tego co najlepsze. Nie chce zobaczyć jak mnie opuszcza bo nie dałem jej tego czego pragnie. Pepper jest bardzo skomplikowana co bardzo mnie w niej pociąga. Jednak nie jestem pewien co ona czuje do mnie. Przyjaźń czy miłość? Może oprócz przyjaźni wielką wdzięczność za ratunek, która być może skłoniła ją do oddania pocałunku?
Nie dowiem się tego dopóki z nią nie porozmawiam. Na razie jest to niemożliwe, ale oboje dobrze wiemy, że kiedyś ta niezręczna rozmowa nastąpi. A wtedy każde z nas będzie musiało wiedzieć czego chce.
Pozostaje jeszcze jedna wątpliwość. Czy mogę ją podwójnie narażać? Jestem Iron Man'em i kiedyś obiecałem sobie, że jeśli będzie trzeba to całe życie będę sam aby nikogo nie obarczać taką odpowiedzialnością i sekretem. Jednak Pepper jest inna, czułem to tego pierwszego dnia kiedy ją zobaczyłem. Czułem, że ten dzień zmieni całe moje życie. To prawda, moje życie pomimo wszelkich przeszkód, wrogów, walk nabrało odrobinę szczęścia właśnie dzięki niej. Ale czy mogę ją tak narażać? Nie mogę sobie wybaczyć tamtej chwili kiedy pozwoliłem spać jej z tego dachu. Do tej pory mam koszmary, widzę jej spojrzenie. Widzę w nim coś czego do tej pory nie potrafię odczytać. Ale mimo to chciałbym żeby jeszcze raz na mnie spojrzała. Oprócz niewyobrażalnego strachu było tam coś jeszcze. Tak jakby chciała mi coś powiedzieć. Coś co mogłoby zmienić nasze życie.



~*~


Dotarłam do domu. Oparłam się plecami o drzwi mojego pokoju. Ojca jak zwykle nie było, nawet nie zauważyłby, że tak długo mnie nie było. Czemu to wszystko musiało się tak skomplikować? 
Najpierw mnie całuje. Niby jest wszystko dobrze ale kiedy odrywam się od niego on nagle zmienia zdanie. Później w zbrojowni wychodzi całkiem co innego. Nie rozumiem już nic. Sam sobie przeczy, przez co nie pozwala siebie zrozumieć. Coś czuje, że teraz może być niezręcznie, wręcz bardzo niezręcznie. Oby tylko moje obawy nie były trafne. Jeszcze w dodatku ta dziwna wizja. Cornelia ma rację, że nie jesteśmy bezpieczni a moja wizja wcale nie jest bezpodstawna. Po pierwsze Tony lubi pakować się w kłopoty i zbagatelizuje to co mu powiedziałam. Po drugie po Ekstremis całkowicie się odmieniłam jeśli chodzi o wygląd i moje zdolności. Nie ma podstaw żeby myśleć, że to przypadek. Muszę pilnować Tony'ego jak oka w głowie chociaż po dzisiejszej sytuacji wolałabym się zaszyć w dom i nigdy z niego nie wyjść. 
Ale przecież go kocham i nie pozwolę żeby stała się mu krzywda. 




~*~

I oto 29 rozdział. Mam nadzieję, że nie zawiodłam. Rozdział pełen przemyśleń. 

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Rozdział 28: Nocą wszystko jest inne


Minął tydzień od balu. Był już prawie koniec stycznia. Mandaryn nie odpisał na moją wiadomość. Oczywiście, dalej nie wiedzieli nic o tym Tony i Rhodey. Pan Stark w lutym ma urodziny. Ciekawe co dla niego szykuje James. Ja też powinnam powoli się za czymś rozglądać.
Korzystając z tego, że była sobota wybrałam się do centrum handlowego. Co mogłabym kupić Tony'emu? Nie miałam zielnego pojęcia... Może zastanowię się jeszcze nad tym w spokoju?
Kupię sobie coś, tak dawno nie byłam na zakupach. Właściwie tydzień temu po sukienkę, ale nikt nie musi o tym pamiętać. Rozejrzę się za czymś na przyjęcie z okazji urodzin Starka. Na pewno James będzie prosił mnie o pomoc w zorganizowaniu, a później na kupno czegoś nie będzie czasu. Przecież trzeba dobrze wyglądać. Gdybym tylko wiedziała co planuje Rhodey... Zadzwonię do niego.
Wybrałam numer przyjaciela i czekałam na sygnał.
<Rhodey, co planujesz na urodziny Tony'ego?>
<Jeśli to on kazał ci się zapytać, to nic nie powiem.>
<Jestem w centrum handlowym, szukam czegoś na tą okazję...>
<Ehh, baby, muszą się wystroić. Robimy huczną imprezę, mam nadzieję, że mi pomożesz.>
<Oczywiście, cześć.>
Nie zwróciłam uwagi na jego docinki, zamierzałam znaleźć coś pięknego. Coś co wprawi Tony'ego w zachwyt i to nie byle jaki. Chcę osiągnąć taki sam efekt jak tydzień temu, na balu. Tylko teraz postanowiłam znaleźć coś w innym kolorze i coś krótszego. Może mini? Nie głupi pomysł, ale czy nie będę wyglądać zbyt wyzywająco? W sumie jeśli mam się jakoś przypodobać Starkowi to może zacznę od zdobycia ładnej sukienki?
Chwila Pepper... O czym ty myślisz? Przypodobać się Tony'emu? Po co? Przecież on traktuje cię jak przyjaciółkę, nie będziecie razem. Ale wyglądać mimo wszystko jakoś trzeba, prawda?
Chodziłam od sklepu do sklepu, kiedy nagle na wystawie zobaczyłam sukienkę idealną. Była to czarna mini, z dwoma srebrnymi paskami w talii. Od talii odchodził tiul, który lekko opadał na uda. Była ona bez ramiączek, z według mnie dość dużym dekoltem. Weszłam do sklepu, znalazłam swój rozmiar i poszłam do przymierzalni. Sama byłam zaskoczona, że dobrze w niej wyglądam. Cieszyłam się, że znalazłam coś co dobrze na mnie leży i jednocześnie do mnie pasuje. Bez zastanowienia zapłaciłam za nią i poszłam rozglądać się za prezentem dla Tony'ego.
Teraz będzie z tym problem. Jak mogłam mu podziękować za to wszystko? Tyle dla mnie zrobił, tak dużo, że żadna rzecz nie jest w stanie tego wyrazić. Może... Może pójdę do kogoś kto wykona figurkę Iron Man'a z dopiskiem ,,Najlepszy przyjaciel i bohater na świecie!" Wiem, że to ryzykowne powierzyć komuś wykonanie takiej figurki ale dlaczego by nie? Do tego jakieś perfumy i prezent gotowy!
Z tą myślą wyszłam z centrum handlowego i zaczęłam szukać kogoś kto w jak najkrótszym czasie wykona dla mnie coś takiego. Niedługo później udało mi się i figurka miała zostać wykonana w ciągu tygodnia. Mam nadzieję, że Tony'emu spodoba się prezent.
Najpierw postanowiłam pojechać do domu aby zostawić zakupy. W między czasie coś zjadłam i pojechałam prosto do zbrojowni. Spodziewałam się, że zastanę tam chłopaków. Tak też było, przywitałam się z nimi i usiadłam na kanapie. Dopiero teraz odczułam, że bolą mnie nogi. Chyba nie jestem stworzona do chodzenia po centrum handlowym. Było mi strasznie gorąco, bardziej niż zazwyczaj. Siedziałam w bluzce z krótkim rękawkiem, a chłopaki byli poubierani w bluzy. Aż mi dziwnie było na nich patrzeć. Im tak zimno, a mi tak gorąco.
Tony jak zwykle majstrował coś przy zbroi a Rhodey siedział w fotelu. Dziwiła mnie atmosfera panująca pomiędzy nami. Nie rozmawialiśmy, co było dla mnie dziwne... Zawsze o czymś rozmawialiśmy a teraz panowała cisza. Zaczęło mnie to zastanawiać.
- Chłopaki? Stało się coś?
Odpowiedziała mi oczywiście cisza. Zaczęłam się już naprawdę denerwować. Nawet na mnie nie spojrzeli, nie zrobili nic. Tony dalej zapatrzony był w zbroje a Rhodey w dodatku założył sobie słuchawki! Poczułam się naprawdę zignorowana. Wtedy stało się coś dziwnego. Pomyślałam o tym, żeby Tony staną przede mną i wytłumaczył o co chodzi. I tak się stało! Jakaś tajemnicza siła przyciągnęła Tony'ego wprost przede mnie. Zdziwiłam się, a Tony wyglądał na lekko przerażonego.
- Możesz mi do cholery powiedzieć czemu się nie odzywacie?!
Spojrzałam na niego morderczym wzrokiem ściskając ręce. Pomyślałam, że zaraz go uduszę jak nic nie powie. Nagle Tony zaczął się dusić. Przeraziłam się i rozluźniłam pięści. Zrozumiałam, że to ja. To ja to zrobiłam. On usiadł na kanapie i łapał oddech.
- Przepraszam, ale to przez emocje... Właściwie to nie wiem jak to się do końca stało... Ja... Tony...
Spanikowałam, wstałam z kanapy i stałam się niewidzialna. Odsunęłam się od niego. Chciałam wyjść jednak zauważyłam, że na kanapie leży moja bluza. Wyciągnęłam rękę i pomyślałam o tym, że chce mieć bluzę w dłoni. Tak się stało, bluza dotknęła mojej dłoni i również stała się niewidzialna. Nie zwróciłam uwagi na wyraz twarzy Tony'ego tylko wybiegłam czym prędzej ze zbrojowni. Zastanawiałam się gdzie mogę pójść. Pomyślałam, że pójdę na plażę mimo panującego wokół zimna.
Niedługo później siedziałam już na ławce, spoglądając na częściowo zamarznięte morze. Wokoło panowała cisza, nie było tutaj nikogo oprócz mnie samej. Wreszcie mogłam przestać być niewidzialna. Zastanawiałam się co ja zrobiłam Tony'emu... Prawie go udusiłam! Obawiam się, że nie jestem w stanie panować nad swoimi emocjami jednocześnie nad mocami również. Nie chciałam skrzywdzić czarnowłosego, przecież jest moim przyjacielem... Właśnie. Od pewnego czasu zastanawiam się czy to tylko przyjaźń, wydaje mi się, że go kocham ale czy nie jest to pewnego rodzaju wdzięczność za ratunek? Może pomyliłam się i wcale go nie kocham? Wydaje mi się, że to faktycznie może być wdzięczność za ratunek. Chociaż teraz zastanawiam się czy Tony dobrze zrobił ratując mnie... Wiem, że chciał dobrze, nie wyobrażam sobie jak mogłabym mu za to podziękować ale myślę, że byłoby lepiej gdybym dalej tkwiła w szpitalu. Przynajmniej nie zdarzyłaby się ta sytuacja. Westchnęłam ciężko. Podniosłam wzrok i spojrzałam na morze. Zaczęłam się rozglądać, zawsze lubiłam spędzać czas na plaży. Mimo, że było już ciemno, to księżyc oświetlał wszystko. Można powiedzieć, że to magiczne miejsce.
Mój wzrok przykuła pewna postać. Stała na brzegu i wyraźnie wpatrywała się we mnie. Zmrużyłam oczy, starałam się zobaczyć kim jest ta osoba. Nie musiałam się wysilać, tajemnicza postać podążała w moją stronę a ja uświadomiłam sobie, że to Mandaryn. Przestraszyłam się, ale stwierdziłam, że zaryzykuje. Gdy zrobi się gorąco po prostu ucieknę używając niewidzialności. Siedziałam na piasku udając spokojną, mimo to w środku czułam strach. Starałam się opanować emocje, bo mimo, że potrafię parę nowych rzeczy to nie powinnam się ujawniać.
- Nie boisz się zostawać sama po tym wszystkim co cię spotkało? - słyszałam wyraźną kpinę w jego głosie.
- Teraz nie. - odpowiedziałam odważnie.
- Wiem co potrafisz, jestem tylko ciekaw na jaki durny pomysł wpadł Stark tym razem żeby zrobić z ciebie mutanta.
Oburzyłam się. Jak on w ogóle śmie tak mówić, próbował mnie zabić a właściwie chciał i teraz się wymądrza? Nie pozwolę mu na to.
- Przypomnę ci, że to ty chciałeś mnie zabić i było naprawdę blisko, tylko pogratulować bo znowu ci  nie wyszło.
Musiały go to bardzo zdenerwować bo podszedł do mnie z wyciągniętą jedną ręką jakby chciał mnie nią podnieść za szyję i zacząć dusić, jednak to ja byłam szybsza, złapałam go za nadgarstek, skupiłam się i zaczęłam roztapiać mu zbroję. Próbował się wyszarpnąć jednak dodatkowo używałam siły.
- Nie próbuj nigdy więcej zbliżać się do mnie ani do moich przyjaciół. - zagroziłam mu i puściłam jego rękę.
- To jeszcze nie koniec.
Powiedziawszy to teleportował się a ja zostałam sama. Cieszyłam się, że nie jestem już bezbronna i teraz nawet ja mogę pomóc w pokonaniu Mandaryna.
- Wracaj do bazy Pepper.
Wzdrygnęłam się. Odwróciłam się i ujrzałam Tony'ego w zbroi. Nie wiem czy widział to co zrobiłam, czy dopiero teraz przyleciał ale jedno wiedziałam na pewno - z żadnego z tych faktów nie będzie zadowolony.
- Tony? Co ty tutaj robisz? Śledzisz mnie? - spytałam.
- Nie zadawaj pytań, bo to ja powinienem je zadać tobie! Co ma znaczyć ten sms?! - mówiąc to pokazał mi mój telefon z wyświetloną wiadomością od Mandaryna.
No pięknie! Kiedy wychodziłam z kieszeni mojej bluzy musiał wysunąć się telefon a Tony oczywiście postanowił, że pobawi się w detektywa!
- To Mandaryn go wysłał, nikt inny.
- Domyśliłem się ale czemu mi o tym nie powiedziałaś! Czemu mnie tak lekceważysz!
- Nie chce przysparzać ci zmartwień, dużo przeżyłeś przez ten ostatni czas, nie chce być dla ciebie jeszcze większym problemem niż jestem... Tony, zbyt dużo się wydarzyło żebyśmy mogli żyć normalnie.
Ale wypaliłam. Miałam na myśli oczywiście nasze życie ale razem, jako para, jako dwoje ludzi razem idących przez życie. Oczywiście czarnowłosemu to nie umknęło  i zapytał.
- Co masz na myśli?
Wstrzymałam na chwilę oddech. Powiedzieć mu co czuje czy wyminąć i zmienić temat?
- Miałam na myśli to, że wydarzyło się tak wiele, że nie jestem w stanie tego wszystkiego zrozumieć i pojąć. Byliśmy wystawieni na wiele prób, daliśmy radę ale teraz jeszcze bardziej musimy się trzymać razem.
Stchórzyłam. Przecież nie to miałam na myśli, może po części. Spanikowałam dlatego, bo nie chciałam go przestraszyć, nie chce stracić przyjaciela, który oddałby za mnie życie. Nie jestem przekonana czy odwzajemniłby moje uczucie. Czemu to wszystko musi być takie skomplikowane?
- Pepper, wiem, ale tym bardziej nie możesz zatajać przede mną takich rzeczy. Widzisz do czego on jest zdolny?
- Wybacz, Tony. Ale teraz już tak się go nie boję, on to wie.
- Pepper, to nie kwestia tego czy się go boisz czy nie. On prawie cię zabił, i gdyby mógł zrobiłby to raz jeszcze. Zrozum to!
- Tony, uspokój się! Wiem, że chcesz mnie chronić ale teraz nie jestem już taka bezbronna jak kiedyś, mogę wam pomóc.
Po tych słowach Tony wściekł się.
- Nie ma mowy! - mówiąc dotknął mojej ręki.
Poczułam coś dziwnego, jakby ktoś chciał przeszyć mnie spojrzeniem na wylot i dotrzeć przy tym jak najgłębiej. Nie widziałam już Tony'ego tylko jakiś lekko rozmazany obraz. Widziałam Iron Mana podczas walki z Mandarynem. Mandaryn powalił Tony'ego na ziemię z dużej wysokości i próbował rozwalić jego rozrusznik. Wtedy nagle obraz stał się zamazany, słyszałam jedynie czyjeś krzyki i tak jakby nastąpiło trzęsienie ziemi. ,,Wizja" skończyła się a ja powróciłam do rzeczywistości.
Miałam wrażenie, że czas stanął w miejscu, Tony mówił coś do mnie a ja zupełnie nie reagowałam, rozglądałam się wkoło, ale nic nie przypominało miejsca, które przed chwilą widziałam.
Odzyskałam w pełni świadomość i spojrzałam na Tony'ego. Wydawał się bardzo zdenerwowany a jednocześnie przestraszony.
- Pepper! Co z tobą?
Wzięłam kilka głębokich wdechów żeby się uspokoić.
- Widziałam coś.
- Co? - zapytał.
Wydawał się zdezorientowany.
- Miałam wizję, kiedy mnie dotknąłeś.
- Co miałaś? - dalej mi nie dowierzał i nie rozumiał co się stało.
- Tony, skup się! Kiedy mnie dotknąłeś zobaczyłam ciebie walczącego z Mandarynem. Powalił cię na ziemię i próbował wyrwać rozrusznik. Słyszałam tylko krzyki i jakby trzęsienie ziemi na końcu mojej... wizji?
- Jak to możliwe? - chyba zapytał sam siebie.
- Jak? Przecież dobrze wiesz. - spojrzałam na niego wymownie.
On również na mnie spojrzał. Jednak to spojrzenie było inne niż wszystkie. Tak jakby chciał mi powiedzieć coś ważnego, jednocześnie nie będąc tego pewnym. Poczułam dreszcze, które przeszyły moje ciało. Tony zbliżał swoją twarz do mojej, a ja nie potrafiłam na to zareagować. Stałam, patrzyłam mu w te cudowne, piękne, niebieskie jak fala morska oczy, które chciały mi coś przekazać. Jego usta już prawie muskały moje. Żadne z nas nie umiało tego opanować, tak naprawdę żadne z nas nie chciało przestać. Czułam się bardzo dziwnie a jednocześnie bardzo tego chciałam. Musnął moje usta swoimi rozgrzanymi jak wulkan wargami. Przez krótką chwilę stałam i nic nie robiłam, nie odwzajemniałam pocałunku bo byłam w szoku. To naprawdę się działo! Odwzajemniłam pocałunek, Tony przyciągnął mnie do siebie i pogłębił pocałunek.
To czego tak pragnęłam działo się naprawdę. W tamtym momencie chciałam żeby ktoś mnie uszczypnął, chciałam się przekonać, ze to nie sen.
Jednak uświadomiłam sobie, że to nie może trwać wiecznie. Co jeśli to tylko wpływ księżyca i pięknego widoku? Poniosło nas, co jeśli on nic do mnie nie czuje?
Przerwałam pocałunek i spojrzałam na niego wzrokiem pełnym pytań.
- Wybacz, nie powinienem. Nie wiem co we mnie wstąpiło.
Usłyszałam to czego najbardziej się obawiałam. Nic do mnie nie czuje oprócz bardzo oddanej przyjaźni. Poczułam jak moje serce kruszy się na malutkie kawałeczki i jeszcze ten niewyobrażalny ból. Czułam, że tracę kogoś bardzo mi bliskiego, kto nigdy nie będzie w stanie mnie pokochać. Kto nigdy nie spojrzy na mnie jak na kogoś kogo można pokochać, kto nigdy nie przytuli jak osobę, którą kocha i będzie kochać. Poczułam ogromny smutek i chęć pozostania w samotności. Ogarnęła mnie wielka rozpacz i rozczarowanie. Byłam rozczarowana, ale najbardziej samą sobą. Na co ja głupia liczyłam?
- Muszę już wracać do domu. - oznajmiłam chłodnym tonem.
Nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy. To za bardzo boli abym mogła z nim normalnie teraz rozmawiać. Na pewno nie dzisiaj, nie jutro. A może już nigdy? Co jeśli to zmieniło wszystko i od tej pory już zawsze będzie tak jak teraz? Czyli obco? Co jeśli już nigdy nie spojrzymy na siebie tak jak do tej pory? Miałam bardzo złe przeczucia, że to co stało się chwilę temu zmieni nasze życie na zawsze. Tylko na lepsze czy na gorsze?
- Odprowadzę cię.
- Nie! - zareagowałam zbyt impulsywnie.
Spojrzał na mnie dziwnie i przenikliwie jakby chciał się dowiedzieć co teraz myślę.
- Dam radę, poradzę sobie sama.
Powiedziawszy to odwróciłam się i poszłam w swoją stronę. Modliłam się tylko w duchu aby nie ruszył za mną albo przypadkiem nie porwał w powietrze. Na szczęście nic się takiego nie stało, a ja mogłam odetchnąć z ulgą. Czułam, że to będzie jedna z cięższych nocy jakie miałam.



~*~

Wielki powrót! Wybaczcie, ale w moim życiu znów podziało się za dużo abym mogła pisać notki regularnie.
Jutro minąłby okrągły rok od dodania ostatniej notki.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Rozdział 27: Niepokojące efekty


Wyszłam na pole. Było mroźno jednak mi to nie przeszkadzało. Było mi ciepło wręcz gorąco. Ciekawe co Tony chce mi pokazać i czego chce mnie nauczyć. Sądzę, że mogę sobie nie dać rady, ale czemu by nie spróbować? 
Pojawił się Tony w zbroi. Nic się nie zmieniła, czerwona ze złotymi elementami. I na środku kształt implantu, tym samym broń czyli repulsor. 
Zaczął padać śnieg. Spojrzałam w niebo. Jak cudownie patrzeć na taką pogodę kiedy jest Ci gorąco. Ciekawe co będzie w lato, może być problem. Cóż zamknę się w zbrojowni tam zawsze było chłodno w upalne dni. 
Tony odsłonił twarz. I te jego oczy. Niebieskie, teraz wręcz stalowe patrzyły na mnie jakby chciały mi coś powiedzieć. Gdyby mówiły usłyszałabym: tęskniłem. Może się myliłam ale z tego co powiedział mi Tony w zbrojowni tak wynikało. 
- No to od czego zaczniemy? - chciałam przerwać ciszę. 
- Może na początek spróbuj mnie uderzyć. 
Czy on oszalał? Chce żebym znowu wylądowała w szpitalu tym razem z otwartym z łamaniem? Chociaż nie wiem czy byłoby co ratować przecież to tytanowa zbroja... Nie miałabym ręki. Co z tego, że jestem silna ale nie aż tak. 
- Zwariowałeś? Chcesz żebym straciła rękę?! - wrzasnęłam na niego.
- Pepper nic ci się nie stanie. 
Ja zamiast zaprotestować, zdenerwowałam się i uderzyłam go pięścią w brzuch. Zanim zorientowałam się co się stało, Tony leżał kilka metrów dalej i nie dawał znaków życia. Leżał bez ruchu. Czym prędzej do niego podbiegłam. Nie zdążył zasłonić twarzy, widziałam jego zaskoczoną minę. Nie wiedziałam, że mam aż tyle siły! 
- Tony! Nic ci nie jest? Bolało cię coś? 
Spojrzałam na jego brzuch i klatkę piersiową. Nie było widać żadnego wgniecenia. Całe szczęście, chociaż to i tak było destrukcyjne. 
- Nic mi nie jest. - odpowiedział po chwili namysłu. - Nie wiedziałem, że masz aż tyle siły. Może teraz spróbujesz być nie widzialna i zaatakujesz? 
- Chcesz żebym cię zabiła czy co? - spojrzałam na niego jak na wariata.
- Nie, jestem w zbroi nic mi nie zrobisz. 
Westchnęłam z żalem. Oby tylko nie wynikło nic złego z tego. 


~*~


Postanowiłem, że wrócę do zbrojowni do Tony'ego i Pepper. Ciężko było mi uwierzyć w to co przekazała nam rudowłosa ale nie miałaby po co kłamać. One już nie żyją nie wrócą. A ja jednak wciąż za nią tęsknię. Tak, żeby nie czuć tego bólu, który nam zadała nie wypowiadam jej imienia. Ale czy to właśnie mi nie zadała największego ciosu? Prosto w serce. Muszę się ogarnąć i o niej zapomnieć, użalanie się nad sobą nic nie da. W końcu to ona chciała nas wykończyć. A mimo to wciąż za nią tęsknię. 
Wyszedłem na pole i zobaczyłem jak Tony walczy. Nie wiedziałem jednak z kim bo nie widziałem tej osoby. Może po prostu ćwiczy sam ze sobą? 
Jednak sytuacja wyglądała inaczej. Ktoś podniósł Tony'ego. Wiedziałem to bo nie miał włączonych silników. Przez chwilę trzymał go w górze a później rzucił o jakieś dziesięć metrów dalej. Cholera!
Czym prędzej biegłem do niego jednak dalej nie widziałem przeciwnika. Po chwili wszystko stało się jasne. 


~*~

Zobaczyłam Rhodey'ego, który biegł do Tony'ego. Sama to robiłam tylko on nie mógł mnie zobaczyć bo stałam się niewidzialna. Chyba trochę przesadziłam. Znokautowałam Iron Man'a! 
Podbiegłam do Tony'ego nad, którym stał już Rhodey. Czarnowłosy odsłonił maskę.
- Pepper... 
Przestałam być niewidzialna, znów byłam widoczna. Rhodey przestraszył się. Najwidoczniej nie spodziewał się, że to ja. 
- Tony! Nic ci nie jest?! - zapytał Rhodey. - Co wy wyprawiacie?
- To ja jej kazałem. Chciałem sprawdzić co z nią zrobiłem. - odezwał się Tony, który powoli wstał. - Jesteś silniejsza ode mnie... A ty nie masz zbroi. 
- Wiem, jestem niewidzialna i mogę wszystkich parzyć. 
- Parzyć? - spytał czarnoskóry.
Dotknęłam jego ramienia. Tym razem starałam się kontrolować to aby go nie poparzyć. Chyba zrozumiał o co mi chodziło. 
- Nieźle, możesz wszystkich ogrzewać.
- Nie poparzyłaś go? - spojrzał na mnie Tony.
- Nie, kontrolowałam to. Tony więcej już nie próbujmy. - westchnęłam. 
- Ona ma rację, gdyby ktoś jeszcze to zobaczył. - potwierdził Rhodes. 
- Dobrze, jak na razie koniec.
Westchnęłam po raz kolejny tym razem z ulgą. 
- Chciałem sprawdzić jeszcze jedno. Jesteś w stanie stopić moją zbroję? 
Czy on do cholery zwariował? 
- Daj jej jakąś starą część a nie zbroję, chłopie! - złapał się za głowę Rhodey.
- Zgoda, niech będzie.
Już miałam iść w stronę zbrojowni kiedy zauważyłam porozumiewawcze spojrzenia chłopaków. Zignorowałam to i ruszyłam przed siebie. Jednak nie dane było mi iść bo poczułam jak czyjeś dłonie mnie oplatają i wzbijamy się w powietrze. Tony! 
- Co ty wyprawiasz? 
- Będzie szybciej. 
Nie odezwałam się już bo po chwili byliśmy już w zbrojowni. Byłam cała mokra od tego śniegu. Kilka razy wylądowałam na białym puchu. Kazałam Tony'emu puścić wszelkie hamulce. Mimo to jednak on dalej miał jakąś blokadę. Cóż może i lepiej w zbroi ma więcej możliwości. Oczywiście przecięłam sobie policzek nie wiem jakim cudem. Gdy Tony to zobaczył zaczął mnie przepraszać. Chciałam to teraz obejrzeć ale kiedy sięgnęłam po lusterko niczego nie zobaczyłam. Dziwne. 
W tym czasie Tony szukał jakiejś starej części. Po chwili przyniósł mi ją a ja zabrałam się do roboty. Skupiłam się i przyłożyłam rękę do kawałka. Po chwili zaczął się lekko przetapiać. Natychmiast odpuściłam. 
- Co ja z tobą zrobiłem. 
Nie to chciałam usłyszeć. Uratował mi życie, więc o co mi chodzi? To, że mam jakieś zdolności nie oznacza, że zaraz wszystkich pozabijam. 
- Uratowałeś mi życie. A te umiejętności to nic. Teraz już nikt mi nic nie zrobi. 
- Gdzie masz ranę? 
- Nie mam... Zniknęła. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. 
- Pepper. Muszę przeprowadzić skan. - widząc moją minę dodał. - To ważne.
Zrobiłam minę jakbym miała od tego umrzeć i westchnęłam ciężko. Żadnego skanu nie będzie, o nie! Po moim trupie! Niech mnie najpierw znajdzie jeśli tak bardzo tego chce. Stałam się niewidzialna i już po chwili zbierałam swoje rzeczy z kanapy. Tony na początku nie zrozumiał co się stało. Postanowiłam go zmylić. Podeszłam pod drzwi od zbrojowni i wyszłam. Oczywiście tylko z jego perspektywy tak wyglądało. Ja zostałam w środku. Nie wiem jak to się stało, ale gdy dotknęłam moich ciuchów stały się przezroczyste. Fajna sprawa, najwidoczniej czego nie dotknę to robi się niewidzialne.
Tony oczywiście był bardzo zły ale w tej chwili mnie to nie obchodziło. Musiał przestać świrować, to wszystko przez tą substancję. Gdyby nie ona leżałabym w śpiączce albo dawno kopnęła w kalendarz. Rozumiem, że się martwi ale teraz już nie ma o co. Dla niego jest ważne to czy nie stanę się maszyną do zabijania a nie to, że żyję!
To naprawdę przykre kiedy przyjaciel... Zaraz przyjaciel? Czemu ja tak o nim myślę. Czułam coś do niego to niewątpliwe, ale czy mogłam go nazywać kimś więcej niż tylko przyjacielem? Właściwie co ja sobie wyobrażam? Może on niczego nie chce? A właściwie to czego chciałby chcieć ode mnie? Jest Tony'm Starkiem, przystojnym bogaczem i skrywa tajemnicę, która każdego zastanawia. Bo on jest Iron Man'em i choćby wydawało się, że jest zepsutym do szpiku kości dzieckiem bogatego tatusia to jednak on nie potrafi przejść obojętnie kiedy innym dzieje się krzywda. Właśnie dlatego go kocham. Bez wątpienia muszę się w końcu do tego przyznać. Zrozumiałam, że chciałabym być dla niego wszystkim... Ostoją, spokojem, radością, muzą, przyjaciółką, kobietą a przede wszystkim dać mu miłość. Czułam coś już wcześniej przed moją ,,śmiercią"*, kiedy przez przypadek mnie dotknął albo spojrzałam w jego oczy. Dopiero ten wypadek uświadomił mi, że mogę stracić wszystko.
Nawet nie zorientowałam się kiedy Tony założył zbroję i wyleciał przez otwór. Nie wiem czy poleciał mnie szukać czy może ochłonąć. Może odezwał się jakiś alarm? Sprawdźmy to.
Podeszłam do komputera i faktycznie coś tam było. O cholera! Jakaś nieznana sygnatura w okolicy centrum. To musi być Mandaryn. Usiadłam przy fotelu i włączyłam system. Widziałam wszystko oczami Tony'ego. Leciał w samo centrum walki. Okazało się, że Mandaryn specjalnie wywołał zamieszanie bo wiedział, że zjawi się tutaj Iron Man.
- Wiedziałem, że przylecisz. Jak Pepper? Słyszałem, że ma się cudownie! - słychać było drwinę w jego głosie.
Prychnęłam pod nosem. Zapomniałam jednak, że dźwięk nie jest wyłączony i Tony może wszystko usłyszeć. Na wszelki wypadek wyłączyłam komunikacje między zbrojownią a pancerzem.
- Ty gnoju! Wszystko twoja wina! - wrzasnął Tony.
Rozumiałam jego rozpacz. Przeze mnie zmieniło się cale jego życie, przynajmniej z kilku ostatni miesięcy. A wszystko zaczęło się od tego feralnego wypadku. Uratował mnie, zawdzięczam mu życie. Te ostatnie trzy miesiące można nazwać ,,W pogoni za Ekstremis".
- Prawie ją zabiłem. Wiedziałem, że uderzę w twój czuły punkt. Ale ty Stark jesteś geniuszem, nie doceniłem cię. Dzisiaj naprawdę dala ci radę bez większego trudu.
Co? Skąd on wiedział, że walczyłam z Tony'm? Cholera, on nas śledzi... Kto wie, może zna kod do zbrojowni?
- Skąd ty to wiesz?
- Obserwuję was, czasami, A raczej, Pepper ostatnio się bardzo zmieniła, przez to co jej podałeś. Z każdym dniem coraz piękniejsza.
Po tych słowach Tony ostro się wkurzył. Nie miał zamiaru odpowiadać więcej na zaczepki Mandaryna. Zaatakował go. Strzelił z repulsorów. I tak rozpętała się prawdziwa walka. Byłam w pogotowiu, bo wiedziałam, że Tony może sobie nie dać rady. Kto wie do czego ten wariat był zdolny. I miałam rację. Już po chwili rozpętała się prawdziwa burza. Tony ledwo dawał sobie radę, a poziom naładowania implantu w dalszym ciągu malał. Zaczęłam z nerwów ściskać pięści. Mandaryn był bardzo silnym przeciwnikiem, atakował Iron Man'a pierścieniami, których miał aż pięć. Jeden z nich pozwalał mu się teleportować, drugi pozwalał używać ognia, w końcu przestałam zwracać uwagę na Mandaryna, tylko na Tony'ego. Jakoś dawał sobie radę jednak oberwał dość mocno i zaczął lecieć w dół. Na ekranie pokazały mi się uszkodzenia zbroi, oraz niski poziom energii. Postanowiłam działać. Włączyłam zdalne sterowanie zbroją i próbowałam zgubić Mandaryna. W tym samym czasie przyszedł Rhodey, który zobaczył jak bardzo jestem przerażona podszedł do mnie i spytał.
- Pepper, co się dzieje?
Jednak nie czekał na odpowiedź tylko spojrzał na ekran.
- Zakładam zbroję i lecę pozbyć się tego gościa. Ty w tym czasie sprowadź Tony'ego bezpiecznie do zbrojowni.
Jednak okazało się to nie potrzebne. Tony przejął kontrolę nad zbroją, uderzył Mandaryna całą mocą i resztkami sił przyleciał do nas. Wylądował. Kiedy zbroja się otworzyła czarnowłosy padł jak długi na ziemie. Razem z Rhodey'm przenieśliśmy go na kanapę. Podłączyłam ładowarkę do implantu i teraz pozostało nam tylko czekać.

~*~

Godzinę później

Tony powoli otwierał oczy. Siedziałam nad nim cały czas bo dopadły mnie wyrzuty sumienia. Gdybym nie uciekła to może bym go powstrzymała. Ale będzie wkurzony, już to czuję. Rhodey w tym czasie poszedł do sklepu bo jak zwykle jest nienażarty! A mnie zostawia z tym wszystkim samą. 
- Co się stało? - spytał Tony patrząc na mnie.
- Mandaryn. 
Wystarczyło jedno słowo a ja widziałam, że zaraz wybuchnie. 
- Czemu uciekłaś?! - krzyknął. - Ja to robię wszystko dla twojego dobra a ty sobie to lekceważysz! 
- Przesadzasz! Nic mi nie jest! To była tylko zwykła rana... Zrozum, że tej dawnej słabej Pepper już nie ma. Jestem silna, niewidzialna, parzę na zawołanie i szybciej się regeneruję. 
- Właśnie, nie ma jej... daj mi przeprowadzić ten cholerny skan i będziesz miała spokój.
- Niech ci będzie. - wywróciłam oczami.
Po chwili było już po wszystkim. Okazało się, że oprócz tych wszystkich zdolności może pojawić się telekineza. Byłam w stu procentach zdrowa, miałam podwyższony poziom regeneracji. To znaczy, że jeśli ktoś zraniłby mnie nożem - oczywiście lekko - to nie będzie po tym śladu. Taka cząstka nieśmiertelności. 
- To nie jest od Ekstremis. Tam nic takiego nie pisało...
- Tony skąd możesz to wiedzieć? Może na każdego reaguje to inaczej.
- Sugerujesz, że mój ojciec nie odkrył wszystkich efektów ubocznych?
Oho, temat ojca Tony'ego był drażliwy, tyle sama zdążyłam zaobserwować. Co tu teraz powiedzieć żeby nie rozpętać niepotrzebnej kłótni?
- Ja nic takiego nie powiedziałam, sugeruję tylko, że tak naprawdę nie znasz do końca właściwości tej substancji.
Po tych słowach chłopak trochę się opanował. Chyba zrozumiał, że każdy ma prawo wyrazić swoje zdanie, zwłaszcza, że to na mnie przetestował tą substancję. Wiem, nie powinnam tak mówić, ale taka jest prawda. Nie mam do niego żalu, w końcu dzięki niemu znów mogę podziwiać świat. Który przyjaciel by się tak poświęcił? Żaden. Ale Tony to wyjątkowy człowiek o wielkim sercu.
- Przepraszam, jestem po prostu zły. Chciałem rozprawić się z nim raz na zawsze, ale mi nie wyszło.
- Tony, nie zadręczaj się tak wszystkim. On cię sprowokował...
Niepotrzebnie to powiedziałam, bo chłopak zorientował się, że coś jest nie tak. Myślał chyba, że Rhodey po mnie zadzwonił.
- Byłaś tutaj cały czas?
- Yy... no tak.
- Pepper! Nie nadużywaj swoich zdolności tylko po to aby się przede mną ukryć!
- Przepraszam, ale nie bądź taki nadopiekuńczy, ja nie umieram.
- Fakt, ale samokontrola się liczy. - odparł Tony z rozczarowaniem.
Postanowiłam, że jednak go posłucham dla dla świętego spokoju. Wiem, że ma rację, ale Pepper Potts słucha samej siebie. Może dlatego pakuje się w ciągłe kłopoty?
Co zrobić... Przecież ja wcale nie robię tego specjalnie, taka już moja natura. Z drugiej strony lubię gdy w moim życiu dużo się dzieje. W sumie to nie raz sama prowokowałam niepotrzebne kłótnie, sytuacje. Najczęściej zdarzało się to w szkole. Starcia z nauczycielami, a później dywanik u dyrektora. Teraz wcale nie będzie lepiej. Muszę zacząć nad sobą panować, przecież Tony nie chce mojej krzywdy.
- Przepraszam. Ciężko mi, to nowa sytuacja. Zrozum, że nie wiem jak mam się zachować.
- Rozumiem, Pep. - mówiąc to uśmiechnął się do mnie.
Chyba nigdy tak do mnie nie mówił. Tak zdrobniale i z takim uśmiechem. Promiennym, szerokim. Właśnie takiego Tony'ego lubiłam najbardziej, to w nim się zakochałam. Sama się teraz uśmiechałam tak o nim myśląc. Oby wszystko było dobrze. Tylko ten cholerny Mandaryn nie daje nam spokoju. Mam nadzieję, że wszystkie nasze kłopoty znikną. Niepokoi mnie ten sms od Mandaryna. Może powinnam mu odpisać żeby dał nam spokój? Tak, to chyba nie jest taki zły pomysł. W końcu to tylko jedna wiadomość. Zrobię to później, bo Tony może coś zauważyć. A tego bym nie chciała, znowu zacząłby robić wszystko by go odnaleźć i zniszczyć. Dzisiejsza akcja mogła skończyć się tragedią. Tony ma słabe serce, nie mogę dokładać mu zmartwień. Wystarczy, że chroni nas wszystkich. Skoro ja jestem super silna i niewidzialna, mogę to wykorzystać. Przynajmniej będę jakoś mogła obronić się przed Mandarynem. To naprawdę ważne.
- Tony, muszę wyjść tata mnie potrzebuje.
- Tata? To on nie jest w pracy?
Właściwie czemu go kłamie? Dlaczego tak powiedziałam? To dziwne, ale to chyba jedyna wymówka jaka przyszła mi do głowy. Tak naprawdę chciałam wysłać sms'a i odpocząć w domu. Trochę ciszy mi nie zaszkodzi, wręcz przeciwnie ukoi nerwy. Tony chyba mi uwierzył, bo już po chwili wychodziłam ze zbrojowni. Odpisałam Mandarynowi żeby zostawił nad w spokoju. Wątpię, że posłucha ale zawsze można spróbować.
Niedługo później byłam w domu. O dziwo zastałam też ojca. Był tylko na chwilę po jakieś ważne dokumenty. Nawet nie zapytał mnie jak się czuje, jak było wczoraj na balu. Cóż, chyba nie przejmuje się mną aż tak bardzo, jak inni ojcowie o swoje dzieci. Przykre, jednak da się przywyknąć. Nie ukrywam, że czasami sprawiało mi to ból. Jestem silna, wielokrotnie radziłam sobie w takich sytuacjach. Teraz też tak będzie.




Nowy rozdział już jest! Komentujcie, przyjmę każdy rodzaj krytyki. 
Pozdrawiam.




Obserwatorzy