sobota, 28 lutego 2015

Rozdział 9: Poświęcenie



Żałuję, że nie udało złapać mi się żadnej taksówki. Już dawno byłbym w zbrojowni. A nie jestem nawet w połowie drogi! Biec nie mogłem, implant mógłby nie wytrzymać. Nie ukrywajmy, padłbym na chodnik jak zużyta bateria. Czasami wydaje mi się, że to wszystko nie ma sensu. Moje życie, podwójne życie. Nie na długo dam rade ukrywać przed Robertą, kim jestem. Męczące staje się powoli to ukrywanie, maskowanie. Widzę, że Rhodey'ego też to męczy jednak nie przyzna się. Wie, że mi zależy na tym aby ratować innych. Najczęściej to on tłumaczy się przed jego mamą gdzie byliśmy, co się z nami działo przez ten czas. Wiem, że nie raz był wycieńczony. Ja czułem to samo, chciałem to wszystko rzucić, zostawić tak bez niczego. Pewnie po pewnym czasie wróciłbym nie wytrzymując być może z nudów, jak i z ciągłych pytań zadawanych przez lokalne media:
,,Gdzie jest Iron Man?" 
,,Bohater zrezygnował?"
Na dodatek nie mógłbym patrzeć na cierpienie innych i rozszerzanie się działalności złoczyńców w mieście. Gdybym zrezygnował byłoby ich dwa razy tyle. Nie oszukujmy się byłoby im łatwiej napadać na banki, prowadzić nielegalne interesy. Każdy z nich mógłby robić co chciał. Fakt, była jeszcze policja mimo to nie była wystarczająco skuteczna.
Kiedy moje myśli zeszły na temat policji, przypomniałem sobie o Pepper. Jej ojciec pracuje w FBI, a teraz siedzi pod blokiem operacyjnym razem z Rhodey'm. Nie ma czasu na rozterki i rozczulanie się! 
Przyśpieszyłem kroku. Jeszcze trochę i będę w zbrojowni. Obym tylko w miarę szybko się naładował, chce jak najszybciej wrócić do szpitala. Wrócić do niej.


~*~

Walczyłem z tym aby nie zamknąć oczu. Powieki ciążyły, jakby były wielkimi kamieniami i usilnie próbowały mnie zgnieść. Nie wiem ile czasu już tutaj ślęczę, ale czuję, że minęły dobre trzy godziny. Najgorsze było to, że operacja wydawała się nie mieć końca. Z bloku od czasu rozpoczęcia zabiegu nie pokazał się żaden lekarz, a co dopiero mówić o tym żeby przeszła tędy pielęgniarka. Gdzie tam! 
Zamknąłem oczy chociaż na chwilę. Nie było mi dane odpocząć, gdyż usłyszałem jak drzwi od sali otwierają się. Podskoczyłem i otworzyłem oczy. 
Dwie pielęgniarki pchały łóżko, na którym leżała nieprzytomna Pepper. Była jeszcze trzecia pielęgniarka, która ciągnęła kroplówkę. Za pewne była ona dla rudowłosej. 
Z sali wyszedł lekarz. Rozmowę zaczął ojciec dziewczyny.
- Doktorze co z nią? - widziałem, że był bardzo zdenerwowany i zrozpaczony. 
- Podaliśmy jej kroplówkę, jednak dziewczyna jest bardzo słaba. Nie obędzie się bez transfuzji.
Słysząc to z wrażenia usiadłem na krześle. 
- Jestem gotowy oddać krew. - odpowiedział ojciec Pepper.
- Spokojnie, najpierw musi się przebadać. Potrzeba tej samej grupy krwi. 
- Jej matka miała inną grupę krwi, więc ja muszę mieć taką jak ona. 
- Wszystko zaraz sprawdzimy, proszę na razie iść do pielęgniarek. Tam się pan wszystkiego dowie. 
Ja tym czasem wykręcałem numer do Tony'ego. Musiałem go poinformować, że jej stan jest bardzo poważny. 

~*~

Czemu to aż tyle trwa! Siedzę tu już godzinę, implant powinien być naładowany. Jeszcze parę procent. Niecierpliwiłem się, nie dostałem żadnego telefonu od Rhodey'ego. Chciałem wiedzieć co się dzieje, czy już wiadomo coś z Pepper. Jak na zawołanie, usłyszałem dźwięk mojego telefonu. Bez zastanowienia odebrałem.
- Halo?
- Witaj Iron Man'ie. - usłyszałem zachrypnięty, szorstki głos.
- Słucham? To jakaś pomyłka. - powiedziałem i rozłączyłem się.
Cholera, przecież dobrze strzegłem swojej tożsamości. Nikt o tym nie wiedział, oprócz mojego przyjaciela oczywiście. Może nie powinienem się rozłączać? Teraz pewnie utwierdziłem go w przekonaniu, że dobrze trafił.
Telefon zadzwonił drugi raz. Spojrzałem na wyświetlacz, dzwonił Rhodey. Co za ulga!
- Co z nią?
- Jest tragicznie. Nie mogą znaleźć dla niej dawcy.
- Co?! Potrzebna transfuzja?! - wrzasnąłem.
Jest aż tak źle? Przecież mówili, że uda im się zamknąć ranę i powinna wrócić do zdrowia pod kroplówką. Chociaż jak teraz sobie przypomniałem, w jakiej kałuży krwi ją znalazłem, przetaczanie krwi nie wydawało mi się już takim absurdem. Odłączyłem ładowarkę, mogłem iść już do szpitala.
- Tak. Ile jeszcze to potrwa?
- Już idę.
- Tony, tylko spróbuj wyjść ze zbrojowni nienaładowany do końca! Wiesz co już nie raz było!
- Nie martw się, tym razem jestem na sto procent gotowy. - odpowiedziałem i dodałem - Widzimy się w szpitalu.
Rozłączyłem się bez pożegnania. Wyszedłem ze zbrojowni i skierowałem się na główną ulicę. Tym razem udało mi się złapać taksówkę.
Wszystko się tak skomplikowało! Przecież lekarz mówił, że kroplówka powinna wystarczyć! Fakt, rana była duża, krwi też straciła zanadto. Gorsze jest to, że nie mogą znaleźć dawcy. A co z jej tatą? Pewnie miała grupę krwi taką jak jej matka. Ale się porobiło!
Auto zatrzymało się przed szpitalem. Zapłaciłem i wbiegłem do środka. W zawrotnym tempie znalazłem się tuż przy Rhodey'm.
- Jest dawca?
- Nie. Co gorsza, mają mało czasu, dawca musi być teraz, natychmiast.
Załamałem się. Nie mogą znaleźć odpowiedniej osoby. Ale chwilę... może ja mógłbym?
- A jaką ma grupę krwi? - spytałem.
- Z tego co słyszałem A+. - odpowiedział i spojrzał na mnie. - O nie, Tony! Zwariowałeś!
- Nie! Jeśli to ma uratować jej życie, to wcale nie zwariowałem.
- Ale twoje serce! - prawie wrzeszczał.
- Uspokój się! Nic mi nie będzie.
- Wiesz, że moja mama musi się zgodzić, nie jesteś pełnoletni... - powiedział do mnie.
- Dzwoń do niej. Powiedz żeby przyjechała, na pewno będzie musiała podpisać jakieś bzdety. - powiedziałem do niego i usiadłem na krześle.
Rhodey już w tym czasie rozmawiał ze swoją mamą.


~*~

Roberta właśnie podpisywała potrzebne dokumenty. Cieszyłem się, że się zgodziła. Na początku wahała się, tak jak Rhodey. Ostatecznie zgodziła się. Mnie w tym czasie przygotowywano do zabiegu. Miałem nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. Oby zrobili to sprawnie, z Pepper podobnież coraz gorzej, kroplówka nie wystarcza. 
- Tony, jesteś pewny? - spytała mnie po raz setny mama przyjaciela. 
- Tak. 
Teraz czas na zabieg. 


~*~

Minął tydzień od kiedy Pepper jest w szpitalu. Ja w tym czasie chodziłem do szkoły, ratowałem świat. Jednak nie mogłem się za bardzo skupić. Zabiegł przebiegł pomyślnie, nie było żadnych komplikacji. Lekarze mówią, że rudowłosa powinna niedługo się wybudzić. Niedługo, to znaczy za ile? Chciałem z nią porozmawiać, zapytać się czy coś pamięta. Chciałem po prostu usłyszeć jej głos i nie martwić się, że jest z nią źle. Moje myśli krążyły wokół niej od czasu tego feralnego dnia. Przejmowałem się jeszcze telefonem, który dostałem będąc w zbrojowni. Jednak zignorowałem to szybko, ponieważ nikt nie zadzwonił drugi raz. Może uznał, że to naprawdę była pomyłka? Wątpię, ale przynajmniej na razie miałem spokój. W wolnych chwilach chodziłem do szpitala, do Pepper i oczywiście szukałem Whitney i Cornelii. W sumie to moje życie krążyło tylko wokół tych dwóch spraw. Czasami miałem już dość, ogarniała mnie złość i bezsilność. One jakby nie istniały, zniknęły, ot tak! Byłem zły sam na siebie, że nie wyciągnąłem od Whitney większej ilości informacji. 
Usłyszałem dzwonek obwieszczający koniec lekcji. Spakowałem książki i wyleciałem z klasy jak torpeda. Nie czekałem na przyjaciela, on i tak wiedział gdzie mnie znajdzie.
Szkoła była nie daleko szpitala, dlatego znalazłem się tam po jakiś piętnastu minutach. W szpitalu już mnie znali, nie musiałem się przedstawiać. Mogłem wchodzić do Pepper o każdej porze dnia i nocy. Dotarłem pod drzwi sali i wszedłem. Zobaczyłem paru lekarzy nad jej łóżkiem a moje serce zabiło mocniej. 
- Panie Stark, proszę jeszcze chwilę poczekać. - powiedział jeden z lekarzy.
Wyszedłem na korytarz, usiadłem na krześle. Ciekawe co się stało. Oby to nie było nic poważnego, przecież po oddaniu krwi miało być w porządku. 
Lekarze wyszli z sali. Do mnie podszedł jeden z nich. Mogłem już do niej wejść, a cieszyłem się jeszcze bardziej, gdyż obudziła się.
Otworzyłem drzwi. Wszedłem do środka i zatrzymałem się przy jej łóżku. Wyglądała świetnie, tak jakby była w pełni zdrowa. Policzki nie były zapadnięte, nabrała kolorów. Wręcz promieniała. Cieszył mnie taki obrót sprawy.
- Cześć Pepper, jak się czujesz? 
- Cześć Tony. Świetnie. A ty? - spytała z uśmiechem, jednak widziałem w jej spojrzeniu coś dziwnego. Coś, czego nie umiałem rozszyfrować. 
- Dobrze. Wyglądam źle? - odparłem i zaśmiałem się. 
Ona tylko się uśmiechnęła. Chyba coś było nie tak. Zawsze dużo mówiła, Uśmiechała się, dogryzała.
- Stało się coś? - spytałem i usiadłem na krześle obok niej.
Westchnęła. Widziałem, że była zdołowana i nie wyglądała wcale na taką wypoczętą. Miała nie złe wory pod oczami, jakby płakała. 
- Muszę Ci podziękować. - spojrzała na mnie. 
- Nie masz za co... 
- Jest. - odparła i wyciągnęła do mnie ręce. 
Przytuliłem ją. Zwykły przyjacielski gest, ale... czułem się dziwnie. Inaczej. Nie wiem jak to określić. Nim się zorientowałem, usłyszałem jak cicho płacze. 
Oderwała się ode mnie i spuściła głowę na dół.
- Pepper?
- Dziękuję ci, że jesteś. 
Złapałem ją za rękę i uśmiechnąłem. Miałem dużo czasu, może powie dlaczego płacze.



~*~

Wiem, znowu krótki. Chce was podtrzymać w napięciu, dlatego tak kończę ten rozdział. Dowiecie się dlaczego Pepper jest w takim stanie w następnym rozdziale. 
Pozdrawiam.




wtorek, 24 lutego 2015

Rozdział 8: Niemożliwe a jednak - Dwie maski czy jedna?



Wbiegłem do zbrojowni. Podszedłem do obrotowego fotela dzięki, któremu mogłem się połączyć z Tony'm i widzieć co się dzieje. Połączyłem się z przyjacielem, jednak usłyszałem kilka sygnałów za nim odebrał. Myślałem, że zwariuję.
- Tony! - wykrzyknąłem. - To Cornelia! To ona wszystko zaplanowała!
- Co?...- słyszałem w jego głosie zakłopotanie i strach. - To Whitney! Ja widziałem w Stark International Whitney!
- Niemożliwe! - odparłem z niedowierzaniem. - Cornelia była u mnie w domu! Specjalnie wszystko zaaranżowała! Pogasiła światła... to wszystko jakiś cholerny podstęp!
- Whitney zrobiła to samo! One musiały działać razem! - wrzasnął Tony, jeszcze bardziej zrozpaczony niż przedtem. 
- Tobie też powiedziały, że mają zlecenie? 
- Tak! A najgorsze jest to, że dalej nie wiem gdzie jest Pepper. A... - chciał coś dodać ale przerwałem mu.
- Whitney powiedziała Ci, że z nią źle. - domyśliłem się co chciał powiedzieć. - To samo i ja usłyszałem...
- Rhodey wskakuj w zbroję, lecimy jej szukać. 
Nie zastanawiałem się ani przez chwilę. Założyłem zbroję najszybciej jak się dało, jednak wydawało mi się, że trwa to dłużej niż zazwyczaj. Pewnie wszystko przez ten stres i strach. Spokojnie, ktoś tu musi racjonalnie myśleć, zwłaszcza kiedy Tony w takich sytuacjach nie potrafi się opanować i robi wszystko spontanicznie wpakowując wszystkich przy tym w kłopoty. 
Już po chwili szukałem Pepper z przyjacielem. Było to jednak żmudne poszukiwanie, gdyż nie mieliśmy żadnych wskazówek. 
- Tony, to bez sensu. - powiedziałem zatrzymując się w powietrzu. 
- Co? Jak to bez sensu?! - wrzeszczał na mnie bez opamiętania. - Chcesz zrezygnować, kiedy wiesz, że ona umiera?!
- Oczywiście, że nie! Zwariowałeś? - ja też dałem się ponieść emocją, mimo to dodałem już spokojniej. - Zastanówmy się gdzie może być. Skoro Whitney wysłała Ci fałszywe współrzędne, a mnie Cornelia zaprowadziła do domu to Pepper musi być w...
- Domu. - odpowiedział cicho Tony. 
- Cornelia mówiła, że była u niej w domu i jej nie było... - zacząłem, jednak po chwili zrozumiałem. - Zrobiła to specjalnie...
Wystrzeliliśmy jak z torpedy, w kierunku domu Pepper. Oby nie było za późno. 


~*~

Cholera! Jak mogłem być taki głupi i ominąć tak ważny znak! Czasami wydaje mi się, że mam większe zaćmienie niż słońca lub księżyca. Głupek! Zrobiła to specjalnie, chciała żebyśmy tak długo zwlekali, chciała żeby Pepper... nie przejdzie mi to przez gardło. Obym się tylko nie spóźnił.
Wylądowałem przed jej domem. Drzwi były otwarte. Ktoś tutaj był wcześniej niż ja? Na pewno to Whitney i Cornelia. Tony, nie wyobrażaj sobie, że wszyscy od razu chcieli napaść na Pepper.
Wbiegłem do środka i o mało co nie potknąłem się. A o kogo? O rudowłosą. Leżała w wielkiej kałuży krwi od razu na wejściu. Usłyszałem, że Rhoedy wylądował na podwórku. Patrzyłem na dziewczynę i nie wiedziałem co zrobić i przede wszystkim czy ona jeszcze żyje. Sprawdziłem jej puls. Mało wyczuwalny, jednak udało mi się go wyczuć. Słaby, bardzo. Odwróciłem się w stronę Rhodey'ego, w tym samym momencie zdejmując hełm. A właściwie odkrywając miejsce gdzie znajdowała się moja twarz. Mój przyjaciel stał w drzwiach, wyglądał na bardzo załamanego.
- Dzwoń po karetkę. - powiedziałem stanowczo.
Wyszedł przed dom, najwyraźniej skontaktować się z pogotowiem. Oby szybko przyjechali nie chce mieć żadnego człowieka na sumieniu, zwłaszcza dziewczyny, której wcześniej ocaliłem życie. Jest silna, przetrwa to. Będzie zdrowa. Zanim się obejrzysz Tony będziesz widział ją pełną życia.
Spojrzałem na nią. Była bardzo blada,  można powiedzieć, że  jak ściana. Usta jakby trochę posiwiały, a policzki zapadły.
Nachyliłem się i zacząłem oglądać jej ranę. Jest gorzej niż myślałem. Podniosłem ją delikatnie i przewróciłem na brzuch.
Usłyszałem sygnał karetki. Zasłoniłem twarz i wyszedłem przed dom. Wzbiliśmy się z Rhoedy'm w powietrze, patrząc jak lekarze transportują Pepper do karetki a potem jadą w kierunku szpitala.
- Tony?
Zamiast mu odpowiedzieć, odleciałem. Tak po prostu, bez niczego. Nie wiem dlaczego tak postąpiłem. Chyba za bardzo wstrząsnął mną stan Pepper i całe wydarzenie, które było z tym wszystkim związane.
Wylądowałem w zbrojowni. Schowałem pancerz i podszedłem do głównego komputera. Byłem wściekły a zarazem zdezorientowany, Od czego mam zacząć? Zawsze wiedziałem co robić aby zlokalizować wroga. A teraz? Czułem się jak w czarnej dziurze, co gorsza jakbym był sam. A przecież zawsze był przy mnie Rhodey. Czasami zdawało mi się, że przyjaciel to nie wszystko. Fakt był przy mnie, pocieszał, dawał dobre rady. Robił wszystko by mi pomóc, powstrzymać przed moimi głupimi decyzjami. Nie wiem co bym bez niego zrobił. Jednak ostatnio zacząłem zauważać, że mnie Tony'emu Starkowi, potrzeba miłości. Zrozumienia od płci przeciwnej i troski. Chciałem mieć kogoś przy sobie i wiedzieć, że to nie jest przejściowe. Szkoda tylko, że nie mogłem znaleźć odpowiedniej dziewczyny, która byłaby zarówno piękna, mądra i inteligentna. Spotykałem się z paroma dziewczynami, jednak żadna z nich nie miała nic do zaoferowania, co mogło mnie zainteresować. Po dłuższym czasie ,,poszukiwań" stwierdziłem, że nic na siłę. Mam nadzieję, samo to wszystko przyjdzie. Jednak przeszkodą do pełnego szczęścia był Iron Man i ciągłe zagrożenia wiążące się z nim. Nie chciałem nikogo narażać na gniew, któregoś z moich wrogów. Zwłaszcza osoby, której wyznałbym co czuję. Nie dałbym sobie rady po stracie kogoś bliskiego. Ledwo pogodziłem się ze śmiercią taty. Jak mógłbym pogodzić się ze śmiercią osoby, którą bym pokochał? Nie chce nawet o tym myśleć. Nie mogę po prostu robić sobie nadziei. Mogłem nie decydować się na Iron Man'a, wtedy moje życie wyglądałoby inaczej. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie życia bez ratowania świata. Widocznie za bardzo się do tego przywiązałem, a może traktuję to już jako rutynę? Nie, to zdecydowanie nie to. To coś więcej niż tylko zaangażowanie. To także poświęcenie.
- Tony?
Ciekawe ile Rhodey już tutaj jest. Pewnie przyleciał za mną i stoi tutaj od jakiś dziesięciu minut.
- Tak?
- Idziemy sprawdzić co z Pepper? - spytał.
Ja natomiast zamiast mu odpowiedzieć znowu się zamyśliłem. Na myśl o tym, że Pepper jest w jeszcze bardziej opłakanym stanie niż mi się wydaje mam ochotę znaleźć Whitney i Cornelię. Teraz, natychmiast. Jak można zrobić coś tak strasznego? Wiem, Whitney nie lubiła rudowłosej z tego co słyszałem od Rhodey'ego. Ciągle się ze sobą kłóciły i przezywały. Jednak Cornelia również była zdegustowana panną Stane. Zawsze stawała po stronie przyjaciółki. Myślałem, że jej co najmniej nie lubi a tutaj... sojusz? W dodatku blondynka powiedziała mi, że dostała to zlecenie od kogoś innego. Tylko od kogo? Nie była skora do rozmowy, mówiła bardzo zwięźle i zdawało mi się, że jakimś dziwnym szyfrem. Z pewnością to wszystko przez stres, dlatego nie mogłem jej dostatecznie zrozumieć.
- Tony! - wrzasnął Rhodey. - Żyjesz?!
Spojrzałem na niego. Ciężko było mi wydobyć jakieś słowa, jak nigdy.
- Nie możemy do niej iść. Skąd niby byśmy wiedzieli, że jest w szpitalu? Zbyt podejrzane.
- Właśnie dostałem telefon od mamy. Tata Pepper do niej dzwonił, możemy jechać. Wiedziałbyś to gdybyś mnie słuchał. - odparł lekko rozdrażniony.
Po tym wyszedł a ja pobiegłem zaraz za nim. Wyszliśmy ze zbrojowni, kierując się do szpitala. Stwierdziliśmy jednak, że taksówką będzie o wiele szybciej. Po kilkunastu minutach byliśmy już na miejscu. Wpadliśmy do szpitala potrącając wszystkich, którzy szli środkiem. Nim się obejrzeliśmy byliśmy przy tacie Pepper.
- Co z nią? - spytałem ledwo łapiąc oddech. Podparłem się rękami o kolana.
- Jest gorzej niż przedtem... operują ją, ale straciła dużo krwi. Na razie próbują zamknąć ranę. Będą ją trzymać pod kroplówką a jeśli to nie poprawi jej stanu trzeba będzie przetaczać krew.
- Jest aż tak źle?! - spytałem i usiadłem na krześle.
Zakręciło mi się w głowie. Pewnie to przez informacje związane z Pepper. Cholera! Nie byłoby tak źle gdybym pojawił się wcześniej w jej domu!
- Tony, w porządku? - spytał mnie Rhodey siadając obok.
- Tak. - odparłem i zwróciłem się do ojca dziewczyny. - Możemy tutaj zostać dopóki nie dowiemy się czy wszystko jest dobrze?
On tylko kiwnął głową.
Teraz pozostało tylko czekać. Posiedzimy tutaj długo, na pewno. Oby tylko wszystko poszło jak po maśle. Nie będzie potrzebna transfuzja, zaszyją ranę a Pepper będzie zdrowa. Gdyby wszystko było takie piękne i proste...


~*~

Dlaczego to tyle trwa? Siedzimy tutaj już dwie godziny. Wszystko byłoby dobrze gdybyśmy mieli jakiekolwiek informacje. Czułem zmęczenie, musiałem naładować implant. Nie byłem skory do tego aby stąd odejść, zwłaszcza, że dalej nic nie wiemy. W razie czego szpital na wyciągnięcie ręki. Gdybym i ja wylądował w szpitalu Rhodey chyba by nie wyrobił. Dwa wypadki w jeden dzień? Mnie samego by to przerosło. Nie chciałem sprawiać większego zmartwienia przyjacielowi, więc powiedziałem mu po cichu, że muszę do zbrojowni. Ten chyba źle mnie zrozumiał, bo zrobił kwaśną minę. Uznał, że śpieszno mi do Iron Man'a i odszukania maski. 
- A ty tylko o jednym! Pepper na operacji, a tobie w głowie blaszak! - powiedział bardziej zdenerwowanym tonem, jednak dalej szeptał.
- Muszę się naładować. - odparłem.
Jak śmiesznie to brzmi. Człowiek bateria ze mnie...
- Przepraszam... - widziałem, że zrobiło mu się głupio. Pewnie za jego wybuchowość.
- Nie musisz przepraszać. Wracam najszybciej jak tylko się da.
Wyszedłem ze szpitala. Chciałem złapać taksówkę, jednak żadna jak na złość nie chciała się zatrzymać.
No cóż, chyba nie wrócę tak szybko jak to możliwe.




Jest nowy rozdział, przed czasem. Aż sama sobie się dziwię, że wyrobiłam się dwa dni przed terminem. Starałam się żeby był dłuższy i chyba znowu nie wyszło. No, może jest i dłuższy ale nie taki jaki bym chciała. Z drugiej strony muszę was podtrzymywać w napięciu, dlatego taki rozdział być może w sam raz.
Pozdrawiam :-*






czwartek, 19 lutego 2015

Rozdział 7: Wybór należy do nich



Sonar znalazł Pepper w miejscu, którego w ogóle bym się nie spodziewał. Co Madame Mask i Pepper robiły w Stark International? Wylądowałem na dachu budynku i wszedłem do firmy. Wszędzie było ciemno, musiałem użyć reaktora jako światła. Włączyłem podczerwień, aby sprawdzić, czy ktoś się nie ukrywa. Nic, pusto. Rhodey chyba miał racje, chciała nas rozdzielić. A właśnie, kto chciał nas rozdzielić? Whitney czy Cornelia? Przez to jego gadanie i szalone teorie, ja też zacząłem wariować. Nie dość, że Madame Mask wysłała mi fałszywy adres, to martwiłem się o Pepper. Przecież ona dopiero co wyszła ze szpitala, a tutaj kolejny wypadek. Czasami ciężko być Iron Man'em, zwłaszcza kiedy chodzi o innych ludzi, bliskich tobie. Oby tylko nic jej się nie stało. Pozostaje kwestia jej porwania. Nie znała mojej tożsamości, więc po co ktoś zadawał sobie tyle trudu? Jeśli ten ktoś chciałby mnie wykończyć mógłby zrobić to teraz, ale po co wciągał w to Madame Mask? Poza tym ona dała mi słowo, że już nigdy nie wdzieje tej przeklętej maski. Przez nią tylko same kłopoty. Myślałem, że chociaż ją mam za sobą, a tutaj okazuje się, że to dopiero początek.
Zszedłem na niższe piętro. Doskonale znałem tą firmę, w końcu założył ją mój tata. Tyle, że teraz było tu jakoś inaczej. To chyba przez brak światła, z pewnością.
Znalazłem drzwi do gabinetu ojca, Właściwie to Stane'a, ale tylko tymczasowo. Jeszcze tylko dwa lata i przejmę firmę. W końcu ona należy do mojej rodziny, nie pozwolę, żeby ojciec Whitney nią zarządzał. Poza tym, on nienawidzi Tony'ego Starka tak samo jak Iron Man'a. Co by to było gdyby, dowiedział się, że to te same osoby.
Przy oknie stała osoba, której się spodziewałem. Whitney. Wiedziałem, że to ona. Kto inny mógłby posiąść maskę oprócz niej? Tylko ona miała dostęp do skarbca, w którym znajdowały się wynalazki mojego taty, w tym i maska. Byłem wściekły, że złamała daną mi obietnicę.
- Witaj Iron Man'ie.
- Whitney, dlaczego? Obiecałaś, że nie założysz tej maski!
- Mam nowe zlecenie. I tym razem nie chodzi tylko i wyłącznie o ciebie. - powiedziała i założyła spowrotem maskę.
- Nie rób tego, przecież wiem, że nie chcesz być zła. Zawsze byłaś dobrą dziewczyną, nie psuj tego. - powiedziałem błagalnym tonem. Mimo, że za nią nie przepadałem, nie chciałem żeby  przeszła na złą stronę.
- Nie wiesz, jaka chcę być. Już wybrałam. - odparła patrząc w okno. - A co do rudej dziewczyny... Hmm... bardzo waleczna. Jednak nie wiem czy przeżyje, rana jest bardzo głęboka.
Mówiąc to śmiała się jak wariatka. Przestraszyłem się, to znaczyłoby, że Pepper tutaj nie ma.
- Gdzie ona jest?! - wrzasnąłem i zacząłem biec w stronę Whitney.
Ona tylko machnęła mi ręką niby na pożegnanie i wyskoczyła przez okno. Patrzyłem jak spada. Zorientowałem się, że Madame Mask rozpłynęła się a ja stałem jak głupi w oknie. Teraz liczy się każda sekunda, chodzi o życie rudowłosej.


~*~

Byłem już przy furtce do domu. Szedłem najszybciej jak tylko mogłem. Mimo, że zbrojownia była tuż obok domu musiałem pokonać niemały dystans. Zdziwiłem się, ponieważ w domu były pogaszone światła a byłem pewien, że mama będzie na nas czekać z kolacją. Wyjąłem klucze i włożyłem je do zamka. Kiedy chciałem przekręcić, okazało się, że drzwi są otwarte. Uchyliłem je, po czym rozejrzałem się. Nie wiele mogłem zobaczyć, gdyż było ciemno. Wydawało mi się, że nawet bardziej niż zazwyczaj. Coś jest nie tak. Wszedłem i omackiem szukałem włącznika światła. Znalazłem go, jednak światło się nie włączyło. Znalazłem się w salonie, dobrze, że nawet po ciemku nie traciłem orientacji w terenie, zwłaszcza w moim domu. Szukałem latarki, jednak nie za bardzo mi to wychodziło. Tak naprawdę spodziewałem się tutaj Cornelii, mówiła, że jest w drodze. Usłyszałem trzask drzwi.
- Witaj Rhodey. 
- Cornelia? - spytałem. Chciałem się upewnić czy to na pewno ona. 
Odwróciłem się i zobaczyłem kogoś kogo się nie spodziewałem. Madame Mask! Moje zdziwienie wzrosło, zwłaszcza wtedy kiedy zdjęła maskę. Mimo to, po chwili zdałem sobie sprawę, że moja teoria wcale nie była taka szalona na jaką się mogła wydawać. Tylko skąd Cornelia wzięła maskę, skoro miała ją Whitney?
- Zgadłeś. - odpowiedziała i zaśmiała się. 
Zawiodłem się na niej. Myślałem, że jest przyjaciółką Pepper i... moją. Przynajmniej tak mi się wydawało, a nawet liczyłem na coś więcej. Nie chciałem się do tego przyznać ale chyba się w niej zakochałem. Lubiłem spędzać czas w jej towarzystwie, choćby nawet była z Pepper. Rzadko zdarzyły się chwile abyśmy mogli spędzić je tylko we dwoje. Czasami chyba bałem się, że się przy niej zbłaźnię. Teraz to już wszystko nie ważne. Ona nic nie czuła do mnie i nie będzie. Ja też zapomnę, tak będzie lepiej. 
- Dlaczego? 
- Och, to proste. Zło jest bardziej pociągające. A poza tym bycie Madame Mask daje wiele możliwości. - powiedziała to z taką lekkością, że aż poczułem ucisk w sercu.
- Cornelia jeszcze nie jest za późno. Jesteś dobrą dziewczyną, znam Cię od początku liceum. 
- Nie, Rhodey. Wybrałam. - powiedziała po czym skierowała się w kierunku drzwi. - Powiedz Tony'emu żeby się śpieszył. Pepper jest w ciężkim stanie, oj ciężkim. 
Założyła maskę. Odwróciła się jeszcze i dodała:
- A może raczej Iron Man'owi, prawda War Machine? 
Rozdziawiłem szeroko usta. Już miałem zaprzeczać, kiedy zorientowałem się, że ona jakby się rozpłynęła. 
Zaświeciły się wszystkie światła w całym domu, jednakże nie miałem czasu ich zgasić. Nawet się nie przejąłem tym, że tak szybko się zaświeciły, akurat po jej wyjściu. Wybiegłem z domu prosto do zbrojowni. Muszę skontaktować się z Tonym. Znaleźliśmy się wszyscy w poważnych tarapatach. A w największych rudowłosa.


~*~

Otworzyłam oczy, z trudem. Powieki wydawały mi się jeszcze cięższe niż zazwyczaj kiedy wstawałam. Na dodatek słabo czułam, że gorzej widzę, kręciło mi się w głowie. Nie byłam w stanie nawet się podnieść. Dookoła było ciemno. Udało mi się dotknąć ręką pleców. Z rany dalej sączyła się krew, a ja czułam, że leżę w wielkiej kałuży. Jeszcze trochę a się wykrwawię. Chociaż czy już to nie nastąpiło? Może ja już nie żyję? Pepper, przestań! Lepiej pomyśl co się stało. Ach, tak. Napadła na mnie Madame Mask, przynajmniej tak się przedstawiła. 
Usłyszałam jak ktoś otwiera drzwi i tupanie obcasów. Osoba ta podeszła do mnie, a zaraz za nią druga. Sądząc po sylwetkach to dziewczyny.
- Witaj Pepper. A może raczej żegnaj? - zaśmiała się jedna z nich. 
- Kim jesteście? - spytałam cichym, słabym głosem.
- Nie poznajesz przyjaciółeczki? 
Wtedy błysnęło światło na jedną z dziewczyn. Nie mogłam uwierzyć! Cornelia! Stała i patrzyła na mnie szydzącym wzrokiem, jednak gdzieś czaiła się nuta współczucia, która po chwili przygasła. Ubrana w czarny kostium, zupełnie jak ta dziewczyna, która mnie napadła. Czy to mogła być ona?!
- Przywitaj się też z Whitney. - blond włosa, wskazała na drugą osobę, na którą również błysnęła lampa.
- Czego chcecie? - chciałam to wykrzyknąć, jednak usłyszałam tylko jakby słabe piski. 
- Właściwie już to dostałyśmy. Ty na granicy życia a śmiercią, Tony nie może się pozbierać po tym jak dowiedział się, że ponownie założyłam maskę... - mówiąc to, Whitney patrzyła na mnie litościwym a zarazem wzrokiem pełnym pogardy, dodając jeszcze. - A Rhoedy... cóż... sam na sam, ze złamanym sercem. 
- Jak mogłaś! Myślałam, że się przyjaźnimy i czujesz coś do niego! - powiedziałam już trochę lepszym głosem. Może to przez wzburzenie i złość?
- Byłaś w błędzie. Nie mylę się, prawda? - tutaj zwróciła się do Cornelii.
- Owszem, nie. 
- Po co ci to wszystko Whitney?! 
- Wiedziałam od Cornelii, że pojawiło się coś między tobą a Tony'm. Tylko dlatego zgodziłam się przyjąć to zlecenie. - kiedy to mówiła jej twarz wykrzywił grymas.
- Natomiast ja dostałam zlecenie wtedy kiedy miałaś wypadek. Miałam zlikwidować ciebie, Iron Man'a i War Machine. Wszystkich po kolei. - uśmiechnęła się złośliwie - Mogę cię skreślić z listy... chyba, że Iron Man cię uratuje. 
- Tymczasem żegnaj Pepper, módl się aby się nie spóźnił. 
Zaśmiały się oby dwie, po czym światło zgasło. Dalej tego nie rozumiałam. Co ja miałam wspólnego z Iron Man'em i tym drugim? I kto chciałby mojej śmierci? 



~*~


I jest nowy rozdział. Wiem, jeszcze nie wszystko jest wytłumaczone i na dodatek urwałam w najbardziej wyczekiwanym momencie. Może wam się to dalej wydawać pogmatwane, ale wszystko wyjaśni się w najbliższych rozdziałach. Na razie zdradzę tylko, że planuję wprowadzić nową postać, tyle, że to nic pewnego. 
Pozdrawiam :-*








sobota, 7 lutego 2015

Rozdział 6: Nowe kłopoty


Nie mogłam uwierzyć własnym oczom! W drzwiach nie zastałam Cornelii, tylko jakąś postać w masce! Była to dziewczyna, mniej więcej w moim wieku, ciemnowłosa. Maska imitująca złoto, choć kto wie czy właśnie z tego materiału nie była wykonana. Kostium ciemny, pokrywający całe ciało. W dodatku szczupła, zgrabna sylwetka. Zastanawia mnie kim jest ta osoba i co ją tu sprowadza? 
- Kim jesteś? - zapytałam poważny tonem uważnie badając dziewczynę.
Jednak zamiast odpowiedzi, dostałam czymś podobnym do pistoletu, jednak to nie było to. Nie wystrzelało kul, tylko promienie podobne do laserów. Tak, to chyba dobre określenie. Uderzenie odrzuciło mnie w tył. Obiłam się boleśnie o ścianę. Poczułam ciepło na plecach. Tak to krew, pękły mi szwy. Nic dziwnego, siła uderzania była wielka. Nie mogłam się ruszyć, zrobiłam się bardzo słaba, traciłam kontakt z rzeczywistością. 
- Gadaj! Gdzie jest Iron Man! - dziewczyna w masce zbliżyła się do mnie, dalej celując laserem. 
- Ja... nie rozumiem... - powiedziałam słabym głosem, próbując dźwignąć się na rękach. Udało mi się, trochę podeprzeć, lecz czułam, że nie na długo.
Wtedy czarnowłosa wbiła swój obcas w moje plecy, tym samym wbijając mnie w podłogę. Zawyłam z bólu, chyba jeszcze bardziej otwarła ranę. Teraz to już po mnie!
- Jesteś pewna? - krzyknęła, patrząc na mnie. 
Jestem pewna, że skądś znam ten głos. Słyszałam go już wiele razy, ale nie mogłam sobie jak na złość przypomnieć kto jest jego właścicielem. 
Zdołałam tylko kiwnąć głową, a już tego pożałowałam. Dziewczyna kopnęła mnie z całej siły nogą w brzuch, po czym jeszcze raz strzeliła z broni. 
Widziałam tylko jak zbliża się do mnie a ja tracę przytomność. 


 ~*~

Siedziałem z James'em w zbrojowni. Czarnoskóry oglądał telewizję, widać było, że przysypia. Chyba z nudów, które dopadły nas jak co każdy czas wolny. Brak akcji Iron Man'a powodował jeszcze większą nudę niż tą, którą mieliśmy w szkole. Czasami jednogłośnie stwierdzaliśmy, że nawet w akademii nie jest aż tak źle, więc to chyba musiał być ostatni akt desperacji. Spojrzałem na przyjaciela, który w tym momencie jakby się ożywił i słuchał uważnie, nie tak jak przed chwilą. Ciekawe, co go tak zainteresowało. Podszedłem bliżej i przypatrywałem się wiadomością. Na moje wielkie szczęście skończyły się, jednak twarz Rhodey'ego nie zmieniła się cały czas była poważna i nawet można powiedzieć, że zdruzgotana. 
- Co się stało? Zamykają twoją ulubioną restaurację? - chciałem rozładować napięcie, jednak chyba mi nie wyszło. Rhodey wygląd na jeszcze bardziej zmartwionego. - Powiesz co się stało? 
- Madame Mask... wróciła. - powiedział, a ja spojrzałem na niego jak na idiotę. 
Wiedziałem kim była Madame Mask, znałem ją od kiedy tata zatrudnił Stane'a w firmie. Tak, Whitney była dziewczyną, która zakładała maskę i napadała na mnie. Może źle to określiłem, napadała na Iron Man'a. Nie wierzyłem, że złamała dane mi słowo, Poza tym, to dlaczego mówiono o niej w mediach? Cholera, co ta dziewczyna z sobą zrobiła. Nigdy jej za bardzo nie lubiłem, ale znałem ją długo i wiedziałem, że ma dobre serce. 
- Whitney? Nie, obiecała, że już nigdy więcej nie założy maski. - powiedziałem, czując, że narasta we mnie złość. 
- Tony, wiesz, że obiecała to Iron Man'owi. - powiedział, a kiedy zobaczył, że chce powiedzieć to co zawsze, w tej kwestii miałem do powiedzenia, dodał - Tak, Iron Man i ty to ta sama osoba. Ale Whitney tego nie wie i to ją właśnie zmotywowało do dalszych działań.
- Dlaczego mówią o niej w mediach? Co się stało?
- Podawali, że napadła na jakąś dziewczynę, jednak nie wiadomo jeszcze o kogo chodzi. Bądź w pogotowiu. Coś czuję, że to jest związane z tobą.
- Jak wszystko w tym mieście, od kiedy pojawił się Iron Man. - mruknąłem sam do siebie.
W tym czasie Rhoedy rozmawiał z kimś przez telefon. Pewnie znowu mama go o coś prosi. Jednak kiedy skończył rozmowę, pobladł na twarzy, jeszcze bardziej niż wtedy kiedy dowiedział się o powrocie Madame Mask. 
- Co tym razem? - spytałem poirytowany.
- Cornelia dzwoniła. Była umówiona z Pepper...
- I co w związku z tym? - spytałem patrząc na niego wyczekująco. 
- Nie zastała jej w domu... Natomiast wielki bałagan... I ślady krwi na ścianie... - powiedział roztrzęsionym głosem. 
- CO? JAK TO? ŚLADY KRWI? - nawet nie zauważyłem kiedy mój głos zmienił się w krzyk, połączony z rozpaczą. 
- Tony, spokojnie. 
- JAKIE SPOKOJNIE?! 
- Cornelia powiedziała, że zaraz będzie u nas w domu, lepiej się pośpieszmy. 
Jednak za nim wyszliśmy, na ekranie komputera pojawiło się połączenie, od zastrzeżonego numeru. Podbiegłem do komputera i odebrałem. Nie było widać osoby, która dzwoniła, szkoda. 
- Witaj Iron Man'ie. 
Bez wahania rozpoznałem ten głos. Jednak Rhodey, był szybszy, wykrzyknął na cały głos na dodatek czegoś czego się w ogóle nie spodziewałem:
- CORNELIA?!
- Nie, głupku. Gdybym nią była nie dzwoniłabym teraz do Ciebie Iron Man'ie, z bardzo ważną wiadomością. - odparła dziewczyna z politowaniem. 
- Whitney, obiecałaś, że nigdy nie włożysz tej maski! - powiedziałem waląc pięścią o blat. 
- I tym razem też nie zgadłeś. 
Tą odpowiedzią mnie zaskoczyła. Dobrze znałem ten głos i byłem pewien, że to blond włosa. Nie, to musi być ona, musi. 
- Przejdźmy do sedna. Mam twoją przyjaciółeczkę, którą chyba bardzo sobie cenisz, skoro uratowałeś ją wtedy kiedy było tak blisko do jej śmierci! 
- To ty chciałaś jej śmierci?! Jesteś podła Whitney! 
- A może raczej Cornelia... - odparł Rhoedy. 
- Widzę, że masz współpracownika, blaszaku... jednak wiedzcie obaj. Wiem kim jesteście i nie zawaham się tego wykorzystać przeciwko wam. Jeśli chcesz ją odzyskać przybądź w miejsce, którego za chwilę wyślę ci współrzędne. Masz piętnaście minut, nie więcej. - zaśmiała się, po czym dodała - pośpiesz się, jest bliska śmierci. 
- O co Ci chodzi? Chcesz mnie? 
- Oczywiście. A raczej twojej technologi. 
Nie zdążyłem nic odpowiedzieć, a dziewczyna rozłączyła się. Po chwili na ekranie widniały współrzędne. 
Spojrzałem na Rhodey'ego, który był wściekły. 
- To na pewno jest Cornelia. Znam doskonale ten głos, to musi być ona. Wiem, że wydaje Ci się, że to Whitney, ale to nie jest ona. 
- Skąd ta pewność? Po co miałaby dzwonić do Ciebie przed tym telefonem?
- Po to żeby nas zmylić, chciała nas rozdzielić. A Pepper by się pozbyła wcześniej. Ona to planowała od kiedy cię poznała. Musiała wiedzieć, że jesteś Iron Man'em i, że ja właśnie się przyjaźnię z tą odpowiednią osobą. Dlatego była taka podekscytowana kiedy cię poznała... teraz to by się wszystko zgadzało...
 - Nie uważasz, że twoja teoria jest nieco ekscentryczna? Za dużo w tym zbiegów okoliczności. 
- Przekonasz się tylko wtedy jak polecisz po Pepper. Ja idę do domu, zobaczymy, czy ona tam czeka. Równie dobrze mogła dzwonić spod domu. W końcu tam się umówiliśmy. - zastanawiałem się czy on aby nie zwariował. To wszystko brzmiało jak szalone gadanie, walniętego naukowca. 
- Nie mamy czasu, zrobimy tak jak mówisz. Nie mamy innego wyjścia. 
Rhodey wybiegł jak z procy ze zbrojowni, a ja włożyłem zbroję i wyleciałem przez tunel, uprzednio ustając gdzie mam się udać. Zostało mi się tylko dziesięć minut. Mam nadzieję, że się nie spóźnię, zależy mi na jej życiu, cholernie. Zwłaszcza, że dzisiaj nie wyglądała dobrze, udawała radość. Nie zastanawiałem się nad tym dłużej, gdyż komputer ustalił miejsce, w którym miałem spotkać się z Madame Mask. Jednak to, zdziwiło mnie jeszcze bardziej. 


~*~

Przepraszam was, kochane, że musiałyście tak długo czekać. Rozdział pojawia się dopiero dzisiaj ponieważ, moja wena i lenistwo nie są idealną parą. Jednak w końcu się zmobilizowałam i tak oto macie nowy, świeżutki rozdział, z małą dawką adrenaliny :) 
Pozdrawiam i życzę weny wszystkim innym :-* 

Ps. Rozdział wydaje mi się jeszcze bardziej badziewny niż zazwyczaj i jeszcze krótszy. Cóż, myślę, że dacie radę to przeboleć... :) 

niedziela, 25 stycznia 2015

Rozdział 5: Powrót do rzeczywistości


Otworzyłam oczy i je przetarłam. Spojrzałam na zegarek i... no pięknie! Zaspałam! A miałam wstać o dziewiątej a tu dziesięć minut do jedenastej. Wprost cudownie! Zawsze jak chcę wcześniej wstać to zaśpię albo obudzę się parę godzin później. Następnym razem pójdę spać normalnie, bez żadnych postanowień. Wtedy na pewno wstanę wcześnie bez niczego. Dobra, nie ma czasu na zastanawianie się. Zaraz Tony będzie a ja nie gotowa.
Zanim zdążyłam się ubrać, przyszedł lekarz. Przebadał mnie i powiedział, że już nie ma żadnych przeciwwskazań żebym została dłużej. Nawet jakby istniała konieczność dłuższego pobytu tutaj to na wszelkie sposoby uniknęłabym tego. Kilka dni to katorga, ale dłużej niż tydzień jeszcze gorzej! Akurat mi musiało się przydarzyć coś takiego. Pepper Potts, ma bardzo dużo szczęścia, czyli wcale.
Wybiła dziesiąta. Zaczęłam się przebierać. Chciałam to zrobić szybko jednak moja rana na plecach, która jeszcze się w pełni nie zagoiła utrudniała mi to. Nałożyłam bluzkę w ostatniej chwili. Tony wparował do środka, uśmiechając się szeroko. Widać było, że energia rozpiera go od środka. Przynajmniej on się wyspał, nie to co ja. Płakałam z dwie godziny, jak nie dłużej. A nad czym? Nad tym, że musi odbierać mnie kolega, a nie własny ojciec. Znowu ucisk w sercu i łzy cisnące się do oczu. Ok, głęboki wdech i wydech. Nie rozklejaj się przy nim, pomyśli, że płaczesz z byle czego. Po chwili przeszło, jednak nie było łatwo zapomnieć. W każdym bądź razie, nie w tym momencie i nie tak szybko.
- To jak gotowa? - spytał uśmiechając się do mnie.
Odwzajemniłam uśmiech i kiwnęłam głową. Nie spojrzałam mu w oczy, nie chciałam żeby zobaczył jak wyglądam. Jak nie miałam opuszczoną głowę, to patrzyłam się gdzie indziej byleby nie na niego.
Wzięłam torbę do ręki jednak Tony mi ją zwyczajnie wyrwał. Zaśmiałam się lekko, jednak to brzmiało bardzo sztucznie. Chyba się za bardzo stresuję, że zauważy coś. Spokojnie, jesteś mistrzem w ukrywaniu emocji. Wszystko się uda.
Zjechaliśmy windą na parking. Wzrokiem szukałam auta Starka jednocześnie zastanawiając się czym tym razem będę zaskoczona. Może Ferrari? Porsche?
Nie myliłam się. Podeszliśmy do czerwonego Ferrari. Muszę przyznać, że prezentowało się nadzwyczajnie pięknie. Wywoskowany, że aż błyszczał. Zupełnie jak z salonu. Chociaż, któż to wie, mógł i być prosto z fabryki. Wiadomo, że Stark miał wiele znajomości, zwłaszcza tych wpływowych. A to wszystko dzięki jego ojcu i firmie. Oraz oczywiście geniuszowi, który on odziedziczył.
Wsiadłam do auta i zapięłam pasy. Zabolały mnie plecy jak wsiadłam, ale co poradzić. Teraz przez pewien okres moje życie będzie wyglądało jakby ktoś kopnął w układankę, a ona się rozsypała. Dobrze, że miałam przyjaciółkę, na którą mogłam polegać. Chociaż z tym mi się w życiu poszczęściło.
- Pepper?
- Tak, Tony?
- Wszystko w porządku? - a niech to! Zapytał.
Powiedz mu coś, byleby nie drążył tematu. Chociaż to Anthony Edward Stark, będzie wiercił, gnębił, dociekał aż w końcu dowie się wszystkiego. Uparty!
- Tak, dlaczego pytasz?
- Jesteś strasznie zamyślona. Na ogół dużo mówisz i obserwujesz. A teraz nawet na mnie nie spojrzysz i myślisz nie wiadomo o czym. Powiesz co się dzieje?
- Źle spałam, to wszystko. Ty za to jesteś wypoczęty, chyba aż za bardzo. - szlak! Zapomniałam o tym, że mam zachowywać się naturalnie. Czyżby to obecność czarnowłosego tak na mnie działała? Wątpię, jednak przy nim trochę ciężej mi się skoncentrować.
- Tak, z pewnością. - powiedział a jego twarz wykrzywił grymas.
Przycisnął gaz, jechaliśmy coraz szybciej. Licznik wskazywał prawie dwieście kilometrów na godzinę! Czy on zwariował?! Dopiero co wyszłam ze szpitala, a on ponownie chce mnie wprowadzić do świata wpół żywych?!
- Tony! Do jasnej cholery, co ty robisz?!
- Nie widać? Prowadzę.
- Zwolnij, Nie chce wrócić spowrotem do szpitala.
- Spokojnie, już nie raz tyle jechałem i nikogo nie zabiłem. - powiedział uśmiechając się. Jednak o dziwo zwolnił. A to pewnie dlatego, że znaleźliśmy się u mnie pod domem. Wyszłam wkurzona z auta, po czym wyjęłam torbę z bagażnika. Tony wyszedł zaraz za mną i patrzył się na mnie dziwnie. Westchnęłam z rezygnacją.
- Dzięki, że mnie odebrałeś. - powiedziałam wymuszając uśmiech. Kurcze chyba znowu się nie udało.
- Nie ma sprawy. - powiedział uśmiechając się, jednak czułam, że bada mnie wzrokiem. - Jak będziesz chciała powiedzieć o co chodzi, to wiesz gdzie mnie szukać.
Wsiadł do samochodu i odjechał. Zaskoczył mnie, chyba miałam nieźle zdziwioną minę. Jak zwykle wszystko muszę popsuć. Jak to jest, że Cornelia zawsze daje się na to nabrać a on nie? Znam go krócej od przyjaciółki, a on tak łatwo się domyślił. Aż dziwne, że tak szybko wyczuł zaistniałą sytuację.
Postanowiłam, że teraz nie będę się tym przejmować. Mam nadzieję, że tata już jest w domu, powinien być chociaż po to by mnie przywitać, zapytać czy wszystko w porządku. Zawsze tak było kiedy w domu mieszkała mama. Ojciec witał mnie co rano i żegnał, co wieczór. Jednak wszystko się pozmieniało od jej śmierci.
Włożyłam klucz do zamka i przekręciłam. Weszłam do przedpokoju, w którym panował jeszcze większy bałagan niż zazwyczaj. Buty były poukładane byle jak nawet, niektóre nie do pary. Płaszcze i kurtki powieszone, jednak wiele wisiało jedno na drugim. Zdjęłam swój płaszcz i powiesiłam na jedynym wolnym wieszaku z sześciu. Buty rzuciłam w kąt, nie miałam ochoty na sprzątanie. Przynajmniej nie dzisiaj. Torbę położyłam w salonie na kanapie. Tam też panował niezły rozgardiasz. Pudełka po różnych daniach na szybko jak i puszki po piciach. Co tata tutaj wyczyniał? To wyglądało na gigantyczną domówkę nie na lokum, w którym mieszkają dwie osoby! Zwłaszcza, że ta druga była trochę nieobecna.
- Już jestem, tato!
I znowu cisza. Krzyknęłam sama do siebie, jak każdego dnia w moim marnym życiu. Wiecznie samotna, opuszczona.
Dalej była kuchnia. Oczywistością były niepozmywane naczynia i inne porozrzucane pudełka po jedzeniu. W kącie stał nawet jeszcze jeden worek na śmieci, nie wyniesiony. Załamałam się i ciężko westchnęłam. Coś ostatnio za często wzdycham. Nie miałabym nic przeciwko gdybym wzdychała do płci przeciwnej... Ale tym razem to nie to. Zwykła, czysta bezradność.
Skierowałam się do salonu po czym na piętro, do mojego pokoju. Przynajmniej tutaj jest czysto. Łóżko zasłane, na biurku ład i porządek. Nie to co na dole. Jak on mógł tak żyć? Fakt, to ja zawsze sprzątałam dom, bo robiła to mama. Wcześniej mi to nie przeszkadzało, ale jak mnie nie ma to jakby nic nie było! Mógł chociaż trochę to wszystko ogarnąć, przecież to nie dużo... No cóż. Znowu zajmę się tym co zawsze. 
Zeszłam na dół i zaczęłam sprzątać kuchnię, Pomyłam wszystkie szafki i naczynia. Wyniosłam śmieci oraz zmyłam podłogę. Po godzinie kuchnia lśniła, a plecy bolały gorzej. Nie zważając na dolegliwość zabrałam się za sprzątanie salonu. Tutaj zeszło o wiele dłużej. W końcu trzeba było poodkurzać dywan i umyć podłogę, która nie była przykryta. Półki pościerane, butelki wyniesione jak i puszki. Chyba mogę odpocząć. 
Ledwo co weszłam po schodach. Położyłam się na łóżku na plecach, gdyż myślałam, że tak ból szybciej ustanie. Nie przechodziło, jednak postanowiłam zasnąć. Już po chwili, zamknęłam oczy i odpłynęłam.


~*~

- Jak tam Pepper? - spytał Rhoedy kiedy jedliśmy obiad. 
Jego mamy nie było, więc zamówiliśmy trzy pizze. James miał niesamowity apetyt, Za każdym razem jadł dużo, a i tak wciąż powtarzał, że był głodny.
- Wydaje mi się, że coś ją męczy.
- Dlaczego tak myślisz? Może po prostu nie spała dobrze.
- Mówisz zupełnie jak ona! - powiedziałem poddenerwowany.
- Przesadzasz. Pepper nigdy mi się nie zwierzała, ale nie widziałem żeby była kiedykolwiek zdołowana.
- To chyba potrzebujesz okularów... - powiedziałem i zająłem się jedzeniem. Już trochę się zdenerwowałem. Może nie potrzebnie? W końcu to z Cornelią chyba powinna gadać o takich sprawach. Pewnie jakieś babskie, czyli to w czym ja się nie orientuję. Zupełnie nie moja bajka.
- Tony, nie gorączkuj się tak. Jestem pewien, że wszystko jest w porządku, a ty wyolbrzymiasz. O takich sprawach powinna rozmawiać z Corny. Lepiej ją zrozumie.
- Chyba masz rację.
Zaśmialiśmy się oby dwoje i zabraliśmy się za dokańczanie drugiej pizzy.


~*~

Była godzina jedenasta, a ja nie spałam od dwóch godzin. Plecy mnie dalej bolały, ale to nie było istotne. Czekałam na tatę, nie wracał już długo z pracy. Bałam się, myślałam o najgorszych rzeczach. Tak to jest jak ojciec pracuje w FBI. Leżałam w moim pokoju i oglądałam jakiś durny program telewizyjny. Żadnego, konkretnego filmu. Nie mogłam już wyleżeć, zwłaszcza sama.
Nagle zadzwonił mój telefon. Dzwoniła do mnie moja przyjaciółka Cornelia. Chciała zostać u mnie na noc, zgodziłam się. Ojciec pewnie będzie siedział do rana w pracy, a jak wróci to nawet nie zauważy, że Corny u mnie była. Minęło pół godziny, a ktoś zapukał do moich drzwi. Radosna z przybycia przyjaciółki, pobiegłam otworzyć drzwi. Bez patrzenia w wizjer, przekręciłam zamek, jednocześnie witając się z blond włosom. Jednak tego się nie spodziewałam.





Przepraszam za tak długą zwłokę. Rozdział krótki i fatalny, mogłam dać z siebie o wiele więcej. Jednak moja wena jest w tym momencie tragiczna i nie wiem czy się poprawi. 
Z góry dziękuję za przeczytanie i proszę o komentarze, w których macie jakieś zażalenia bądź uwagi :) 
Pozdrawiam!


sobota, 10 stycznia 2015

Rozdział 4: Między zmartwieniami a obowiązkami


Jeszcze tylko jeden dzień tutaj i żegnam to okropne miejsce. Wprost nie mogę się doczekać. Już teraz rozsadza mnie z radości i z energii w środku. Co prawda z raną na plecach nie jest wspaniale, jednak tragicznie też nie jest. Można powiedzieć, że jest dostatecznie dobrze abym mogła wreszcie stąd wyjść. Leżę tu jakiś tydzień przestałam liczyć po czterech dniach, straciłam rachubę czasu. Marzyłam o tym by wrócić na zajęcia do akademii, co wydaje się bardzo dziwne gdyż nienawidzę szkoły. Jednak nauka lepsza niż leżenie w jednej pozycji, czytanie gazet, oglądanie telewizji. Po za tym w szkole widzę się w przyjaciółmi, mogę z nimi porozmawiać, powygłupiać się. Co prawda Rhodey i Corny odwiedzali mnie codziennie ale to nie jest to samo co w szkole i jeszcze nie raz po zajęciach. Nawet Tony odwiedzał mnie razem z nimi, jednak po chwili wybiegał mówiąc coś Rhodey'emu na ucho. To było dziwne, ale pewnie jak to Stark, młody geniusz miał coś ważnego i pilnego do załatwienia. Dochodziła godzina dziewiętnasta, przyjaciele poszli jakieś pół godziny temu. Zjawiła się o dziwo tylko Corny. Posiedziała niecałą godzinę, bo mama znowu coś od niej chciała. Zdrzemnę się, to najlepsze aby nie myśleć o tym wszystkim. Może szybciej spadnie. 


~*~


Byłem z Rhodey'm w zbrojowni. James siedział w obrotowym fotelu i sprawdzał czy coś nie dzieje się na mieście. Pewnie nudziło mu się strasznie, bo od tego jest alarm, który zasygnalizuje jeśli coś faktycznie się stanie. Ja w tym czasie byłem w osobnym pokoju, w którym znajdował się pancerz War Machine. Ostatnia poprawka co do repulsorów i gotowe! Teraz tylko pokazać to cacko przyjacielowi. Właściwie dlaczego nie zrobić tego teraz?
- Rhodey!
- Tak?
- Możesz tu na chwilę przyjść?
Słyszałem jak coś gadał do siebie, pewnie z niezadowolenia, że musi wstać. Ale to co zobaczy na pewno przywróci jego wszystkie chęci do życia. Okryłem zbroję jakąś płachtą. James wszedł do pomieszczenia i od razu spojrzał na miejsce, na którym leżała niespodzianka. Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem po czym zapytał:
- Znowu kolejna zbroja? Tony, ile ty chcesz ich mieć?
- Nie, ta zbroja jest dla ciebie. - przerwałem mu za nim zacząłby, monotonny wykład na temat mojej postawy i olewania szkoły.
- Na prawdę?! - wykrzyknął. Jego wyraz twarzy natychmiast się zmienił, teraz górowało nie dowierzanie pomieszane z euforią radości. Wiedziałem, że będzie zadowolony.
- Nazwa robocza to War Machine. - mówiłem jednocześnie zdejmując pokrycie z pancerza. - Oczywiście możesz zmienić w każdej chwili.
- Dzięki Tony! To najlepszy prezent jaki w życiu dostałem! - prawie wykrzyknął, po czym dodał - Nazwa jest świetna, patrząc na gabaryty tej zbroi.
Fakt, miał rację. Pancerz był bardziej napakowany od mojego bronią, stąd ta nazwa. Po za tym był biało-niebieski. W sumie można powiedzieć, że zbroja była dwa razy ,,grubsza" od mojej. A tylko dlatego, że pancerz ten jest stworzony do walki, w mniejszym stopniu do obrony. Dlatego dołączyłem tutaj wiele pocisków.
- Chcesz go przetestować?
- Jeszcze się pytasz?!
Potraktowałem to jako aprobatę. Założyłem zbroję Iron Man'a, Rhodey zaś War Machine. Wylecieliśmy ze zbrojowni i szybowaliśmy nad miastem. James miał jeszcze małe problemy z lataniem. Raz wpadł na budynek, to na ptaki. Dobrze, że chociaż ludziom nic nie jest. Ja też tak miałem za pierwszym razem. Do wszystkiego idzie przywyknąć, zwłaszcza do takiej wspaniałej rzeczy jak zbroja. Tym razem przeszedłem samego siebie. Nikt jeszcze nie wpadł na pomysł aby stworzyć coś tak cudownego i zaawansowanego. Nawet naukowcy Stane'a stwierdzili, że to co nosi Iron Man wyprzedza technologię, którą teraz mamy co najmniej o dziesięć lat. Mogę być z siebie dumny jednocześnie też powinienem bardzo uważać. Schematy Iron Man'a, zbroi zwiadowczej oraz Hulkbuster muszą być dobrze strzeżone. Nawet nie chcę myśleć co by było gdyby Stane lub Justin Hammer zdobyli schematy. Wtedy walczyłbym z samym sobą. Z pewnością przerobiliby prototypy na maszyny do zabijania lub broń, która zagroziłaby całemu światu. Nie mogę do tego dopuścić. Druga sprawa, której też muszę chronić to ja sam. Chodzi o moją tożsamość. Co by to było gdyby, moi najwięksi wrogowie dowiedzieli się kim tak na prawdę jest Iron Man... Teraz jeszcze dochodzi tożsamość War Machine, też bardzo ważne aby ją ukryć. Dopiero by się porobiło gdyby Rhodey'emu coś się stało. Nie wybaczyłbym sobie tego. Oddałbym życie za moich przyjaciół. Tak, Corny i Pepper też są moim przyjaciółkami. Chociaż znamy się krótko to czuję, że mogę im zaufać. Trochę martwi mnie rudowłosa ponieważ jej ojciec jest agentem FBI. Jednak sądzę, że jeżeli by się dowiedziała strzegłaby tajemnicy jak oka w głowie. 
Teraz tylko czekać do osiemnastki i firma ojca będzie moja. Skończy się rola Stane'a i jego produkcja broni, chore zamiary wobec mnie, a raczej Iron Man'a. Wynajmować zbirów żeby zdobyć mój pancerz? Obadiasz tak bardzo zaślepiony jest jego chorym wymysłem, że dzięki każdej broni, którą stworzy bądź zdobędzie zmieni oblicze świata. A zwłaszcza swoje oblicze i zamożność. Uznali by go za najlepszego producenta broni na świecie, co wiązałoby się z natychmiastowym wzbogaceniem. Tak, czasami wydaje mi się, że przyjaźnił się z moim ojcem tylko dlatego, aby kiedyś przejąć firmę. Obłudny, zakłamany zdrajca! 
Rhodey'emu coraz lepiej szło, już prawie całkowicie objął kontrolę nad pancerzem. Sądzę, że nie długo będzie mógł uczestniczyć w akcjach. Postanowiliśmy, że już pora wracać. 
Po chwili byliśmy już w zbrojowni, schowaliśmy pancerze i udaliśmy się do domu. Jutro wychodzi Pepper, ma ją odebrać jej ojciec i odwieźć prosto do domu. Szkoda, że nie mogłem jej dzisiaj odwiedzić ale nie mogę zaniedbywać też Rhodey'ego. Chociaż za tym kryje się jeszcze drugi powód, dla którego minimalnie ograniczam kontakt z rudowłosą. James nie był głupi, za to na tyle spostrzegawczy, że zaraz zacząłby mi zadawać pytania dotyczące dziewczyny. Dobrze wiedział kiedy wpadła mi w oko jakaś dziewczyna. Chociaż nie jestem pewien czy tak było i z Pepper. Była ładna, jednak była tylko moją przyjaciółką. Może to nawet brzmi naciąganie. Uznajmy, że jest dobrą koleżanką. 
- Ej Tony?
- Mówiłeś coś? - mruknąłem. Nie lubiłem gdy ktoś wyrywał mnie z zamyślenia. 
- Pepper właśnie napisała, że ma kłopot. Ojciec po nią nie przyjedzie. 
- I co w związku z tym?
- Czasami się zastanawiam czy ty na prawdę jesteś geniuszem, czy nie. - powiedział Rhoedy dusząc się ze śmiechu. Walnąłem go pięścią w ramie, jednak ten nic sobie z tego nie zrobił. - Masz prawko i kilka samochodów.
- Dobra, napisz jej, że to nie problem. Przyjadę po nią. Tylko niech napisze, o której. 
Nie wiem dlaczego ale jakoś poczułem się o wiele lepiej. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Wszedłem z przyjacielem do domu po czym położyłem się na łóżku. Jutro będzie dobry dzień, czuję to.

~*~

Świetnie! Kolejny raz ojciec zostawia mnie w takiej sytuacji... Obiecał, że mnie odbierze a tu tymczasem znowu praca, praca i jeszcze raz praca! Czasami wydaje mi się, że tylko to jest dla niego ważne. Jednak staram się o tym nie myśleć zbyt często, ba nawet w ogóle. Zawsze mnie to jakoś przytłacza i dołuje... Napisałam do Rhodey'ego, że mam problem. Ciekawe co wykombinuje, nie sądzę by miał prawo jazdy. Byłoby cudownie gdyby jego mama mnie odebrała. Właśnie, jak to brzmi... Mama przyjaciela musi mnie odebrać bo mój ojciec ciągle pracuje! Dobra Pepper dość, nie rozczulaj się tak nad sobą. Jesteś silną dziewczyną, w prawdzie zawsze byłaś sama i dawałaś radę więc dlaczego teraz nie dasz rady? Musisz, nie masz wyjścia. 
Usłyszałam dźwięk przychodzącej wiadomości. Wzięłam telefon i odczytałam wiadomość.
<Nie ma problemu, Pepper. Tony po ciebie przyjedzie, napisz tylko, o której.> 
Jak to Tony? To on ma prawko? Dziwne, jednak cieszę się, ze to czarnowłosy. Polubiłam go, wydaje się godny zaufania. Jest trochę skryty, z tego co mówiła mi Corny często znikał podczas lekcji i nie wracał, jednak to nie moja sprawa. Mimo to jest to dość interesujące. Odpisałam mu. Niech przyjedzie na dwunastą. Wyśpię się - taką mam nadzieję - spakuję i pojadę prosto do domu. 
Spojrzałam na wyświetlacz telefonu. Dochodziła godzina jedenasta. Zdziwiłam się, chyba już całkiem straciłam rachubę czasu. No cóż, pora spać. Nic tylko ostatnio śpię i odpoczywam. No nic, nie długo wszystko się zmieni.

~*~

Wpatrywałem się bezmyślnie w sufit dopóki nie usłyszałem jak ktoś otwiera drzwi do pokoju. James usiadł przy biurku i mruknął:
- Masz przyjechać o dwunastej. Radzę Ci się nie spóźnić... Pepper nie przepada za spóźnialskimi. - powiedział nie patrząc na mnie, tylko wgapiając się w książkę od historii. - Chociaż... chyba z dnia na dzień nie przestanie cię lubić.
Oho! Zaczyna się. Tak jak myślałem Rhodey jest na tyle bystry, że zdążył zauważyć moje dobre relacje z Pepper. A czarnoskóry lubił koloryzować zwłaszcza jeśli poznałem jakąś nową dziewczynę, Od razu zaczyna sobie wyobrażać Bóg wie co i potem nie mam ani dnia spokoju. Kurcze, myślałem, że zacznie drążyć temat trochę później, a jednak. 
- Co masz na myśli? 
- Nic, po prostu wiem, że polubiła cię dość szybko nawet jak na nią w zawrotnym tempie. - powiedział James i zwrócił głowę w moją stronę. - Jest dość nieufna co do nowo poznanych. Szczęściarz, już można powiedzieć zdobyłeś jej przyjaźń.
- ,,Można powiedzieć", że zdobyłem jej przyjaźń? - spytałem podnosząc się i unosząc prawą brew. 
- Jeszcze się trochę pomęczysz zanim ci dostatecznie zaufa. Jednak myślę, że warto. - powiedział i uśmiechnął się chytrze.
Wiedziałem co miał na myśli. Miał nadzieję, że między mną a Pepper nie stanie tylko na przyjaźni, a na czymś więcej. I pewnie będzie robił wszystko żeby do tego doprowadzić. Tony, nie daj się wplątać w sidła, z których potem nie wyjdziesz. Nie możesz się zakochać... Naraziłbyś za dużo osób, przy tym jeszcze nieświadomie je krzywdząc. Jesteś Iron Man'em, jeśli masz wrogów to powinieneś chronić bliskich aby przypadkiem nie stała im się krzywda. To oznacza, że do końca życia będę sam... Trudno, muszę się poświęcić. Nie wyobrażam sobie mojego życia bez rodziny, przyjaciół. To byłoby  zbyt trudne aby przeżyć ich śmierć. Krótko mówiąc nie czas na rozterki i miłostki. 
Zerknąłem na zegarek. Było po jedenastej. Położyłem się, nie zważając na to co robi mój przyjaciel. Zamknąłem oczy i wtuliłem się w poduszkę. Od razu pochłonął mnie sen.


~*~

Dochodziła druga w nocy. Nie mogłam zasnąć, sama nie wiem dlaczego. Chyba za bardzo przejęłam się tym, że przez tą cholerną pracę tracę ojca... Tak, miałam się tym nie przejmować, ale kto by się nie przejął gdyby nie widział się z ojcem nawet raz dziennie. W domu kiedy wychodziłam do szkoły jego nie było, wracałam i znowu to samo. Pusta, cisza. Czasami miałam dość tego wszystkiego, chciałam przed tym uciec, ale nie miałam jak i gdzie. Wprawdzie Corny nie raz dotrzymywała mi towarzystwa, ale to nie to samo co ojciec. Teraz został mi tylko on, po śmierci mojej mamy wszystko się zmieniło. Kiedyś było inaczej, wspólne śniadanie i kolacje. Teraz to nawet jednego wspólnego posiłku nie zjemy. Raz nawet się zdarzyło, że nie było go na Święta Bożego Narodzenia. Wtedy akurat te spędziłam u Cornelii. I znowu na doczepnego. Czuję się trochę jak sierota, a przecież mam ojca! 
Zorientowałam się, że płaczę. Znowu to samo. Obiecałam sobie, że od śmierci mamy ani razu nie uronię łzy. A złamałam to postanowienie już wiele razy z tego samego powodu. Dzisiaj było tak samo. Widocznie historia lubi się powtarzać.
Wtuliłam się w poduszkę i zamknęłam oczy. Zasnęłam z nadzieją na lepsze jutro. 




Nowy rozdział już jest. Szybciej niż się spodziewałam, chociaż nie wiem czy jest się czym zachwycać. To już wam drogie czytelniczki pozostawiam do opinii! :-* :>



czwartek, 8 stycznia 2015

Rozdział 3: Drugie wrażenie



Nie wytrzymam tutaj dłużej! Ranek sama, popołudnie też. Około piątej wpadają Rhoedy i Corny oraz mój ojciec, ale to tylko na godzinę może trochę dłużej. Nie mam sama co tutaj robić, mam dość nieustannego leżenia. Muszę leżeć nieruchomo, ponieważ plecy jeszcze się dostatecznie nie zagoiły. Kiedy ja nie jestem taką osobą, że potrafię być tylko i wyłącznie w jednym miejscu! Okropność, że mnie musiało spotkać coś takiego. Przeczytałam już wszystkie modowe i plotkarskie magazyny, które przyniosła mi blond włosa. W każdej gazecie to samo, nic nowego... Już chyba lepszy program telewizyjny do czytania! Najgorsze jednak jest to, że nie wiadomo ile tutaj spędzę, a coś czuję, że prędko mnie nie wypuszczą. 
Intryguje mnie również sprawa z moim wypadkiem. Tylko ja poszkodowana? Uratowana przez Iron Man'a? Powinnam się cieszyć, że ktoś tak znany ocalił mi życie. Faktycznie, cieszę się jednak to wszystko jest bardzo dziwne. To wygląda tak jakby ktoś chciał żebym zginęła, albo zapadła w długą i intensywną śpiączkę. Och, jak ja nie lubię tajemnic i zagmatwanych spraw! To jeszcze bardziej komplikuje życie, które i tak jest zawiłe.
Nim się spostrzegłam do sali wszedł lekarz.
- Jak się czujesz Virginio? 
- Dobrze, chciałabym już wyjść. - powiedziałam z nadzieją, że lekarz ujawni przybliżoną datę.
- Za dwa dni. 
Powiedziawszy to skierował się do drzwi. Znowu zostałam sama. Dopiero za dwa dni? Zanudzę się tu na śmierć i nici z powrócenia do normalnego życia. Pewnie z tą codziennością, która była dotychczas pośpieszyłam się ale postaram się, aby wszystko wróciło jak najszybciej do normy. W sumie to przynajmniej nie muszę chodzić do Akademii Jutra. Nie to, że nie lubię tam chodzić ale jak to ze szkołą. Nikomu nie chce się wstać a tym bardziej pisać testów i kartkówek a co dopiero uczyć się na nie i przerabiać tyle materiału, z którego połowa jest nam w ogóle nie potrzebna.
Jeszcze wracając do tego wypadku to... był u mnie Tony Stark. Przyszedł razem z Rhoedy'm. Wyglądał na trochę zagubionego i przejętego ale wydał mi się miły i zabawny. Powiem, że jest przystojny nie można narzekać. Z pewnością ma branie w akademii, mogę się założyć. W końcu jest bogaty i całkiem przystojny. Wszystkie na niego lecą, pewnie łatwo znajdzie tą jedyną. O ile nie jest typem macho... Mam nadzieję, że nie bo nawet go polubiłam i nie chcę mieć już na samym początku znajomości złego mniemania o Starku. Zobaczymy co będzie, może nie będzie aż tak źle? Chyba za dużo o tym wszystkim myślę.
Zamknęłam oczy i postanowiłam, że choć przez chwilę się zdrzemnę.

~*~

Dzień płynął mi nieubłaganie wolno. Nie lubiłem spędzać czasu w szkole zwłaszcza, że chodziłem tutaj dopiero dwa dni i tylko z woli mojego taty. Czyli z mojej strony z przymusu. Na lekcjach rysowałem nowe zbroje, albo poprawiałem stare. Jednak nie mogłem tego robić ciągle. Czasami musiałem ratować miasto i innych kiedy byłem w akademii. Moją stałą wymówką było to, że idę do toalety. Jednak moje wychodne trwało tak długo, że nie raz kończyły się zajęcia. Ostatnio nawet zacząłem chodzić do zbrojowni i spędzać tam noce, ponieważ chciałem zrobić niespodziankę Rhodey'emu. Robiłem dla niego zbroję. Robocza nazwa to War Machine, można ją oczywiście zmienić. To tylko kwestia tego czy nazwa przypadnie do gustu mojemu przyjacielowi. Nie bez powodu zbroja nosi taką nazwę. Jest przeznaczona do walki, z ciężką artylerią, do ataku. Nie wiem jeszcze co do niej konkretnie wprowadzę, ale to na pewno będzie coś ekstra. James będzie zadowolony, czuję to. Już wcześniej pytał się mnie czy nie byłbym w stanie zrobić dla niego zbroi. Powiedziałem mu, że pomyślę nad tym, ostatecznie się nie zgadzając. Dlatego potajemnie robię tę zbroję. Pewnie teraz myśli, że nic z tego ale ja go zaskoczę. Mam nadzieję, że bardzo pozytywnie.
Już ostatnia lekcja, jeszcze tylko kilka minut do dzwonka. Była teraz historia, ulubiony przedmiot Rhodey'ego. Widziałem jak siedział skupiony, widać było, że spija każde słowo z ust nauczyciela. Czasem nawet zacząłem się zastanawiać czy nie ma obsesji na punkcie tego przedmiotu. Jak można mieć same piątki, bez żadnej czwórki? Zwłaszcza, że historia nie była dla mnie łatwym przedmiotem. Wolałem fizykę, matematykę czy też chemię. Czyli tylko przedmioty ścisłe. Rhodey był natomiast moim przeciwieństwem. Polski, historia, wiedza o społeczeństwie to jego żywioł.
Lekcja dobiegła końca. Wyszedłem z klasy, wiedziałem, że nie ma co czekać na Rhodey'ego. Zostaje jeszcze na koło historyczne. Wyszedłem z budynku i szukałem kogoś znajomego. Dostrzegłem Cornelię, która zmierzała w moją stronę.
- Hej Tony! Gdzie Rhodey?
- Został na kole historycznym.
- Chyba histerycznym... No cóż, idziesz ze mną do Pepper? - spytała blondynka i popatrzyła na mnie z uśmiechem.
Kiwnąłem tylko głową. Udaliśmy się w stronę szpitala w zupełnej ciszy. Jednak nie była to niezręczna cisza, widać było, że każdy myślami jest gdzie indziej.
Po chwili już znaleźliśmy się w sali gdzie tymczasowo była Pepper. Cornelia weszła pierwsza, a ja tuż za nią.
- Cześć Corny. - powiedziała rudowłosa w stronę jej przyjaciółki. - Cześć.
Mówiąc to uśmiechnęła tak, że prawie ujrzałem jej wszystkie zęby. Odwzajemniłem uśmiech i podszedłem do okna. Oparłem się o parapet i oparłem ręce o klatkę piersiową. Blond włosa dziewczyna usiadła przy Pepper. Zaczęły rozmowę, jednak ja ich za bardzo nie słuchałem. Skupiłem swój wzrok na  rudowłosej. Powiem szczerze, że była ładna. Wcześniej nie pomyślałbym, że zwrócę uwagę na kogoś takiego jak ona. Nie chodzi o to, że ruda dziewczyna z piegami jest odrażająca. Po prostu wcześniej gustowałem w blondynkach. Ale ostatnio coś się zmieniło. Przestałem patrzeć tylko na wygląd, teraz liczył się również charakter. Coś mi się wydaje, że Pepper ma bardzo wyszukany charakter. Można powiedzieć, że kiedy ją uratowałem od razu wpadła mi w oko. Limonkowa sukienka kontrastowała z jej bladą twarzą dodając jej tylko uroku. Nie zapomnę tego widoku do końca życia. Nie żebym się zakochał, ale ta dziewczyna miała w sobie coś niezwykłego. I dlatego zamierzałem ją bliżej poznać.
- To może ja pójdę po coś do picia. - powiedziała nagle blondynka i skierowała się w stronę drzwi.
Ja natomiast dalej obserwowałem rudowłosą. Ona spojrzała na mnie i wskazała na krzesło, na którym przed chwilą siedziała jej przyjaciółka. Zrobiłem to co chciała, właściwie nie wiem dlaczego. Postanowiłem zrobić pierwszy krok. Kiedy przyszedłem tu pierwszy raz nie rozmawialiśmy w ogóle.
- Jak się czujesz?
- Jest dobrze, dzięki, że pytasz. - odparła. - A Rhodey gdzie?
- Koło historyczne.
- Ach, tak. Spędza tam wiele czasu.
Miałem jej odpowiedzieć, ale jak na zawołanie do sali wszedł James. Spojrzał na nas i widziałem, że skręca go żeby czegoś nie palnąć. Jednak na szczęście powstrzymał się. Chociaż raz.
- Cześć Pepper.
- James, ile można czasu poświęcać jednemu przedmiotowi? Zaczynam się o ciebie martwić. - powiedziała ze śmiechem w głosie dziewczyna.
- Nie mam takiego szczęścia jak Tony, on nie musi poświęcać nauce zbyt dużo czasu. Ale dobrze wiecie, że bardzo lubię historię. To nic strasznego!
- Czasami się zastanawiam czy to nie obsesja! - powiedziała Pepper i zaśmiała się lekko.
- Czy wy jesteście w jakiejś zmowie? Tony uważa tak samo! - powiedział James, już trochę zdenerwowany.
Teraz to ja się zaśmiałem. Coraz bardziej zaczynałem lubić tą dziewczynę.
- Widziałeś gdzieś po drodze Cornelię? Długo jej nie ma.
- Powiedziała, że musi iść. Mamie jest potrzebna. - powiedział Rhoedy.
W tym samym czasie zadzwonił jego telefon. Wyszedł na korytarz a my znowu zostaliśmy sami. Nie minęło pięć minut a mój przyjaciel wrócił.
- Wybaczcie ale muszę iść, obowiązki. Tony idziesz ze mną? - spytał.
- Nie, muszę gdzieś jeszcze wpaść. - powiedziałem do niego.
Rhodey tylko pokiwał głową i pożegnał się z Pepper. Z pewnością domyślił się, że chodzi o zbrojownię. Właściwie to mogłem iść z nim. W końcu zbrojownia jest tuż koło domu, w którym mieszkam czyli przy domu Jamesa.
- Tony? - drgnąłem i spojrzałem na nią.
- Tak?
- Zamyśliłeś się chyba.
- Tak, może trochę. - powiedziałem i przeczesałem palcami włosy. Wydaje mi się, że to trochę jak tik nerwowy. - Pytałaś o coś? Jeśli tak to przepraszam, często tak mam.
- Zdążyłam zauważyć, kiedy tu byłeś dwa dni temu. Czemu wcześniej nie widziałam cię w akademii? Może chodzisz do innej szkoły? Prywatna? W innym stanie? W innym kraju?
- Wow, wow. Powoli! Zawsze zadajesz tyle pytań za jednym razem?
- Tak, zawsze. Odpowiesz?
- Chodzę do Akademii jutra tyle, że od przedwczoraj. A ty? Wiem od Rhoedy'ego, że się przeprowadziłaś.
- Tak, od dwóch lat.
Wtedy wszedł lekarz. Powiedział, że na dzisiaj koniec odwiedzin. Pożegnałem się z Pepper i wyszedłem na korytarz. Kiedy znalazłem się na ulicy, skierowałem się w stronę zbrojowni. Dzisiaj już powinienem skończyć zbroję War Machine. Jak dobrze pójdzie, to James dostanie ją już jutro. W końcu sobota, więc pewnie prawie cały dzień spędzimy w zbrojowni. Idealna okazja żeby ją dostał. Najwyżej wymyślę coś innego.
Wpisałem kod i wszedłem do swojego drugiego domu. Tak, to było miejsce, w którym mogłem odpocząć i się zrelaksować. Pod słowem zrelaksować miałem na myśli naprawianie mojego pancerza albo tworzenie nowych. W grę nie raz wchodziły jakieś gadżety lub aktualizacje systemu. Nie raz zarywałem nocki, poświęcając się całkowicie pracy. Kochałem to, to jedyne co przypominało mi ojca. Czasami chciałbym cofnąć czas i przywrócić mu życie lub móc spotkać go jeszcze raz. Niekiedy naprawa pancerzy lub ich wzmacnianie było moją ucieczką od uczuć i problemów. Czasami nawet tak się w tym zatracałem, że zapomniałem, że też muszę żyć normalnie. Jednak ratowanie świata jako Iron Man uniemożliwiało mi to.
Teraz jednak postanowiłem o tym nie myśleć, tylko skupić się na zbroi. Tak... znowu uciekam od tego co nieuniknione.

~*~

Tony wydawał się bardzo fajnym chłopakiem. Sprawiał wrażenie wiecznie zamyślonego geniusza, jednak z luźną rozmową nie ma żadnych problemów. Może nie raz potrzebuje pomyśleć, nawet w takiej sytuacji. Ciekawe czy z naszej znajomości rozwinie się coś więcej. O ile można to na razie nazwać nawet znajomością. 




Drogie czytelniczki oto kolejny rozdział :) Proszę o komentarze każdego rodzaju, jeśli widzicie jakieś błędy, piszcie. Wasze uwagi wiele dla mnie znaczą :)





Obserwatorzy